Kanały:
Wpisy
Komentarze

Piątek

Dzień zaczynam od zakupów. Po śniadaniu odkurzam fikus. Babka zastawia stół w pokoju (w tym roku rezygnujemy z kropidła i kranówki w miseczce) i już się zaczyna emocjonować popołudniową kolędą.
Barbara z Kunegundą zagląda tylko na chwilę – zamiast autobusem przyjechały ze znajomym i z nim też wraca – więc po trzynastej mogę się brać za pieczenie sernika. Sam już nie wiem – mam dwa różne przepisy, czy przy kilku ostatnich pieczeniach zwyczajnie zapominałem dodać proszek do pieczenia?
Ksiądz przychodzi wcześnie, już po szesnastej. W tym roku sporo osób w bloku nie otworzyło mu drzwi, więc z kolędą wyrabia się błyskawicznie. Chociaż siedzi po domach wyjątkowo długo.
O siedemnastej podgrzewam pierogi na obiad. Brat się spóźnia, ale i tak przed wyjazdem zdąża jeszcze mnie naciągnąć na sfinansowanie zakupu nowego albumu Analogsa.
Wieczór spędzam na niespiesznym netowaniu. Miałem czytać przynajmniej jeden rozdziału jakieś książki dziennie, ale znowu nic mi z tego nie wyszło.
Do kolacji siadam przed dwudziestą druga. Przegapiam, że jest jeszcze drożdżowa bułka i robię do kawy kanapki z twarogiem.

Czwartek

Nadal lepiej nie podchodzić.
+
Obejrzałem „Kołysankę” Machulskiego. Nie licząc dialogu przy stringach („Co to jest?” „Slipy.” „A czemu takie wąskie?” „Żeby dupę opalić.”) komedia mało śmieszna, ale mimo wszystko dość przyjemna.

Środa

Wizyta mamy.
I pani Ania u babki, z sernikiem i pralinkami, w ramach spóźnionego urodzinowego najścia.
Na obiad zupa na białej kiełbasie (wieprzowej) „po żydowsku” – pomysły handlowców bywają zadziwiające!
Wieczorem doczytuję powieść Szczygielskiego. A później snuję się bezsensownie po necie.

Wtorek

Odpoczywam od sieci.

Poniedziałek

W Merlinie promocja na klasykę kabaretu.
Mogłem zaoszczędzić kilka złotych, gdybym się nie pospieszył z zakupami.

Niedziela

Czytam. Do późna w nocy.
Nie żeby „Poczet królowych…” był aż tak wciągający.
Nie chce mi się kłaść spać, a mam dość netu.

Sobota

W dzień „Poczet królowych polskich”.
Wieczorem współczesne pasticcio według Szekspira z muzyką Vivaldiego, Haendla i Rameau – „Zaczarowanej wyspy” – w radiowej transmisji z Metropolitan Opera w Nowym Jorku.
Przy książce się zastanawiam, na ile wiernie Szczygielski oddał przedwojenne wileńskie realia. Autor nie przesadził z tym bogactwem pedalskiego życia?
O wieczorze operowym nie wiem co myśleć.
Bawi rozpoznawanie znanych (i lubianych) muzycznych kawałków, ale momentami – na przykład „Cessate, omai cessate” Vivaldiego śpiewane przez Davida Danielsa po angielsku – wszystko brzmi dość dziwnie. Pewnie – sadząc z reakcji publiczności (i po obejrzeniu zdjęć dostępnych w sieci) – sporo tracę na nieznajomości tekstu libretta i braku wizji.

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.