Feeds:
Wpisy
Komentarze

UPAŁ
wchodzi
po piętrach
coraz wyżej

skoczył
zajął niebo.
Uciekajmy do dziury

Miron Białoszewski [Wiersze, 1977]

Byle przetrwać do ochłodzenia.

Dzień #3025.

Na dworze 31°C, w pokoju tylko o stopień mniej. Na szczęście późnym popołudniem zaczyna się chmurzyć i już o osiemnastej można otworzyć balkon, by wpuścić do mieszkania trochę chłodniejszego powietrza. Wieczór spędzam przed telewizorem. Po odcinku „Wszystkich stworzeń dużych i małych” oglądam jeszcze „Morderstwo to nic trudnego” z panną Marple (Julia McKenzie), bo tego akurat nie mam i wcześniej nie widziałem.

Jak to z chlebem było (3)

Po piętnastej zachodzę do Mistrza Jana.
– Dzień dobry – wołam od drzwi, bo za ladą nikogo nie widać.
– Dzień dobry – odpowiada sprzedawczyni zanurzona do połowy w gablocie z ciastami (okruchy wygarniała?). – Już podchodzę.
– Spokojnie… nie ma pospiechu… Chleb z pomidorami poproszę. Niekrojony.
– Który? – sprzedawczyni rozgląda się po regale z pieczywem. – Pomidorowo-ziołowy, czy wójta?
– Który?
„Aaa… To ja chyba nawet kiedyś wiedziałem, że są dwa rodzaje takiego z dodatkiem suszonych pomidorów, ale zapomniałem”.
– Po 5,80 – decyduję.
– 5,80… to pomidory z ziołami. Krojony?
– Niekrojony.
– 5,80.
– Zapłacę kartą – informuję. I dodaję żeby nie wyjść na centusia. – Oba są smaczne, ale ten smaczniejszy.

Dzień #3022.

Jak to z chlebem było (1)
Jak to z chlebem było (2)


Słonecznie i ciepło. Temperatura w pokoju po południu dochodzi do 26°C. Babka trochę się męczy, ale jeszcze nie muszę podłączać jej wentylatora. Przed dziewiętnastą dzwoni ciotka Janka pogadać trochę przy okazji pełnego miesiąca od śmierci ojca. Dobrze, że tym razem wybrała mnie, bo mama po ostatnim telefonie od szwagierki nie mogła zasnąć. W nocy włączam Netflixa na nowy sezon „The Umbrella Academy”, ale oglądam dwa pierwsze odcinki „Królowej”. Andrzej Seweryn jako drag queen wygląda zjawiskowo, sam serial niestety paździerz, choć momentami zabawny.

Od rana mama, a po południu też brat i robi się ciężko, bo nie potrafią się dogadać i działają sobie nawzajem na nerwy. Mama nadal w słabej formie i byle co wyprowadza ją z równowagi. Paweł się martwi, że za chwilę będzie musiał ogarniać kolejny pogrzeb.
– Przyjedź na wieś i zobacz, co ona ma w lodówce! – mówi roztrzęsiony. – Nic! Samymi papierosami żyje. Dwie paczki dziennie wypala!
– Za twoje nie palę! – odkrzykuje mama. – Nie jestem dzieckiem, żebyś mi mówił, co mam robić.
Dobrze, że przynajmniej trzeci z dzisiejszych gości, Marce, przystojniak z parteru, zachowuje się nieuciążliwie. Zniecierpliwiony czekaniem, aż sąsiedzi wrócą z pracy, wpadł po czternastej z towarzyską wizytą i uciął sobie krótką drzemkę na fotelu.

Jednak płacę za swój chleb nadal 5,80. Zauważyłem już w zeszłym tygodniu, a teraz się upewniłem.

Pochmurnie, deszczowo, z przyjemną temperaturą w okolicach 16°C. Po piętnastej wykorzystuję przerwę między opadami na szybkie zakupy. Przed piętnastą prawie przez kwadrans rozmawiam z Witkiem (najstarszy bratanek babki), który zadzwonił dowiedzieć się, co u nas nowego. Utwierdza mnie to po raz n-ty w przekonaniu, że w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko rodzina, bo tylko ona nam na koniec zostaje ( o ile w ogóle ktokolwiek zostaje). Z babcinych koleżanek nie dzwoni do niej żadna.
Poza tym biorę przykład z babki i sporo drzemię.