Feeds:
Wpisy
Komentarze

Tradycyjnie, jak coś się wali, to nigdy samo. Padnięty ciśnieniomierz (akurat cholera nie miała się kiedy zepsuć, tylko w weekend!) otworzył krótką serię nieszczęść.
Wieszając za drzwiami rzuconą niedbale na stół przez Pawła torbę odkryłem, że jest w jednym miejscu rozcięta. Moja wygodna, poznańska torba na zakupy, prezent od Matyldy!
– A tak, też to zauważyłem. Szyjka butelki zaczęła wystawać, jak włożyłem zakupy – stwierdził braciszek. – Już taka była, jak ją brałem.
A później jeszcze dorzucił, całkowicie bagatelizując sprawę:
– Srebrną taśmą sobie skleisz i będzie OK.
Nic, jakoś przebolałem stratę.
„Zacznę używać torby od Pinokia” – postanowiłem. „Też jest wygodna i pakowna”.
Wchodzę do łazienki, co istotne – w mocniejszych okularach na nosie, i pierwsze, co mi się rzuca w oczy, to delikatna, ciemna linię na muszli klozetowej, od jednej śruby, mocującej muszlę do podłogi, do drugiej.
„Już się zabrudziło? Tak szybko?” – zdziwiłem się w pierwszej chwili i rzuciłem do czyszczenia. I tu czekała mnie przykra niespodzianka. Linia przy bliższych oględzinach okazała się rysą pęknięcia.
– Woda się nie leje? – chciał wiedzieć Paweł, gdy napomknąłem, że będę potrzebował wykorzystać jego hydrauliczne umiejętności.
– Nie.
– To nie ma co sobie głowy zawracać.
Cudownie!

Reklamy

Babka rankiem jest ciut nadaktywna, o szóstej mogę już zapomnieć o spokojnym spaniu. Po śniadaniu sytuacja robi się trochę lepsza. Babka usypia, odpoczywam więc przy kompie i słucham radia. O czternastej przychodzi technik podłączyć cyfrowy dekoder kablówki. Komputer przestał sobie radzić nawet z odtwarzaniem podróżniczych relacji Fryka na YpuTUBE, dlatego na razie jednak nie rezygnuję z telewizji. Babka z ciekawością obserwuje krzątaninę w pokoju, przysłuchuje się mojej rozmowie z kobietą wypisującą papiery aneksu do dotychczasowej umowy i nawet sama trochę próbuje się włączać do konwersacji („Ja mam już prawie sto lat!”).
A później przychodzi piętnasta i wszystko zaczyna się sypać.
W radiu zamiast normalnego odcinka Eterka puszczają jakieś nędzne ochłapy, z zapowiedzią, że za tydzień w ogóle już nie będzie Przybory. Marnuję ostatni kawałek brystolu na krzywo złożonym leporellu. A wieczorem to już w ogóle jest kanał, bo nie mogę zmierzyć babce ciśnienia. Ostatecznie daję jej tabletkę w ciemno, chyba trafnie (potrzebnie), bo się po niej uspokaja i zasypia.

Było dobrze. Tak myślę.
Goście (Tomek, jego mama, cudARTeńka i jej koleżanka, blogerka Grażyna) zjeżdżają do Kętrzyna później, niż to było planowane, akurat w porze obiadu, więc wypada podać ciut więcej, niż herbata i ciasto. Żeby mama mogła spokojnie dogotować ryż program wizyty zaczynamy od zamku. Najpierw zachodzimy na kilka minut do galerii rękodzieła, później zaglądamy do muzealnego holu, by ustalić u źródeł, ile mają w zbiorach bab pruskich ().
Ze względu na babkę gości podejmuję w kuchni. Jest dość ciasno, ale (mama wrażenie) sympatycznie. Wymieniamy się darami, (tu powinno być zdjęcie otrzymanej skrzyneczki na kosztowności, ale nie zrobiłem), jemy, rozmawiamy. Mama zagląda z doskoku, bo musi zajmować się babką.
Przed szesnastą jedziemy obejrzeć największy z zachowanych mazurskich (czy raczej wschodniopruskich) pałaców, dawną siedzibę Dönhoffów w Drogoszach. Pszczółek ma tylko polatać dronem i nakręcić filmik z góry, ale kobieta opiekująca się obiektem wpuszcza nas do środka. Jest więc okazja zobaczyć nie tylko odrapaną elewację, ale i pałacowe, trzystuletnie sale, ulegające postępującej destrukcji. Goście chyba mimo wszystko są pod wrażeniem resztek urody obiektu. Dla mnie widok jest dość przygnębiający, bo pamiętam, jak pałac wyglądał przed laty, za schyłkowego PRL-u, może nie w okresie swej świetności, ale całkiem krzepkiego trwania.
Wracając do miasta znów stajemy w polu, by Grażyna mogła zrobić kolejne zdjęcia stada żurawi. To pewnie przez jej profesjonalny sprzęt fotograficzny przez cała wizytę nawet nie wyciągam z futerału swojej cyfrówki dla idiotów. Braknie mi śmiałości. Zresztą wszystko dzieje się jakoś tak szybko i chaotycznie, że brak mi czasu na spokojne cieszenie się spotkaniem z sympatyczną czwórką, która zechciała mnie nawiedzić.

Deszcz popaduje niespiesznie. Babka odsypia spokojnie ciężką noc. Uziemiony oczekiwaniem na kuriera siedzę przy komputerze, coś tam przeglądam w sieci i słucham radia. Zakupy na szczęście zdążyłem zrobić wczoraj, obiad mam gotowy, a do sprzątania wrócę po odbiorze przesyłki. W sumie szkoda, że tak późno zabrałem się do tych porządków. Dodatkowy tydzień i by można bez wstydu wpuścić obcych przynajmniej do kuchni.

Z tej bezsilności aż by się człowiekowi chciało tłuc łbem w ścianę. Niestety z braku odpowiedniego kawałka muru w mieszkaniu jestem pozbawiony możliwości wprowadzenie chęci w czyn. Ścianki działowe do takiego użycia się nie nadają, nośna od strony sąsiadki też, bo jeszcze kobieta nasłała na mnie policję za zakłócanie ciszy nocnej. A reszta jest zastawiona, zawieszona, zakafelkowana. I dupa.

Słonecznie, wiatr się uspokoił, nie pada. Temperatura w okolicach 15 °C. Niestety nie wiadomo, czy równie korzystna pogoda utrzyma się do piątku.
Po porannej wizycie pielęgniarki (była pobrać krew na wyniki) dosypiamy do trzynastej. Po drugim śniadaniu babka od razu ponownie zasypia, a ja się noszę z bólem głowy.

Noc koszmarna. Po pierwszej (01:45) poddaję się i dzwonię na pogotowie. Próbowałem do lekarza z jakiegoś nocnego dyżuru (?), ale mnie zbył. Około drugiej przyjeżdża karetka i ratownicy przez godzinę walczą z podwyższonym ciśnieniem u babki. O czwartej zasypiam, a już po szóstej mam już pobudkę – babce ciśnienie znów skoczyło do 190/106 i (bo? nie wiadomi, co skutkiem, a co przyczyną) przy wstawaniu z łózka zsunęła się na podłogę.
Po ósmej jestem już w przychodni. Na szczęście nasz lekarz rodzinny przyjmuje w poniedziałki od rana i zjawia się chwilę po mnie. Mam okazję złapać go jeszcze na korytarzu i po naświetleniu sytuacji wbić się do gabinetu przed kolejkę i bez rejestracji. O dziewiątej mam już nowe tabletki dla babki, po których ciśnienie spada jej do pożądanych wartości i spokojnie przesypia prawie cały dzień.