Feeds:
Wpisy
Komentarze

Paździerz.

Ale nazajutrz grom przyszedł uderzyć —
Córka!!! — Lecz na co z boleścią się szerzyć?
I te mi dziecko sroga śmierć wydarła!
I ta mi córka na rękach umarła!
A była jedna najstraszniejsza chwila —
Kiedy ją bole targały zabójcze,
Wołała: „Ratuj mię! ratuj mój ojcze!”
I miała wtenczas czerwone usteczka,
Jak młoda róża, kiedy się rozchyla. —
I tak umarła ta moja dzieweczka,
Że mi się serce rozdarło na ćwierci —
A piękna była jak anioł — po śmierci!

Juliusz Słowacki, Ojciec zadżumionych

Jestem zmęczony. A może tylko zwyczajnie niedospany?
Wstaję wcześniej, by ogarnąć trochę w pokoju przed wizytą księdza i zdążyć kupić chleb przed śniadaniem. Wikary zjawia się dobrze po czternastej. Doszło mu kilka kolejnych osób do odwiedzenia, a i same wizyty (wnioskując po tej u nas) trwały zapewne ciut dłużej. Po piętnastej wychodzę do apteki odebrać brakujące leki z babcinej recepty (pół reklamówki). Później sunę od razu do Gamy, pod którą stoi tylko dwuosobowa kolejka, więc można spokojnie dołączyć. Listę zakupów zostawiłem w domu, ale pamiętam mniej więcej, co mi trzeba, więc po wejściu do sklepu biorę wózek i ładuję towary, ładuję, ładuję… Rachunek wyszedł mi na ponad 200 zł i ledwo przytargałem na swoje drugie piętro dwie wypchane do granic możliwości torby (a wziąłem dwie największe szmacianki, jakie mam w domu). Na obiad smażę placki z jabłkami. Babka je z apetytem, ja zresztą też. Pod wieczór trochę się rozpogadza (w południe był deszcz z gradem, a jak buszowałem po Gamie, to chyba też trochę śniegu spadło), zakładam więc wojskowe trepy i wychodzę przed dziewiętnastą na godzinny spacer. Tym razem bez empetrójki, bo muszę przemyśleć parę spraw (najpóźniej świąteczne kartki trzeba by wysłać w poniedziałek, a ja jestem w lesie ze swoimi hand made). Po dwudziestej szykuję sobie kolację i zalegam przed komputerem.

Dzień #2210.

Dziesięć dni przeszło, i nocy tak długich,
Że śmierć już mogła na gwiazdy odlecić.
Dziesięć dni przeszło, dziesięć nocy drugich
Przeszło — nadzieja zaczynała świecić…
Po dzieciach ustał wielki płacz niewieści
I naliczyliśmy ranków trzydzieści.
Nareszcie zbywszy pamięci i mocy,
Położyłem się i zasnąłem w nocy.
I we śnie, w lekkie owinięte chmury,
Ujrzałem moje dwie umarłe córy.
Przyszły za ręce trzymając się obie;
I pozdrowiwszy mię pokojem w grobie,
Poszły, oczyma cichymi błyszczące
Nawiedzać inne, po namiocie śpiące.
Szły cicho, z wolna, schylały się nisko
Nad matki łożem, nad dziecka kołyską;
Potem, na moją najmłódszą dziewczynę
Obiedwie – ręce położyły sine!
Budzę się z krzykiem i umarłą dziatwę
Klnąc wołam dziko: „Hatfe! moja Hatfe!”
Przyszła jak ptaszek cicho po kobiercu,
Rzuciła mi się rączkami na szyję;
I przekonałem się że Hatfe żyje,
Słysząc jej serce bijące na sercu.

Juliusz Słowacki, Ojciec zadżumionych

I już wiem dlaczego pod Gamą nie ma wieczorami kolejek. Sklep w połowie marca zmienił godziny otwarcia i teraz zamyka swoje podwoje dwie godziny wcześniej. Niestety nie zwróciłem uwagi na kartę z informacją wiszącą wśród wielu innych kartek na drzwiach pawilonu. Wracając ze spaceru skręciłem w bok celem zrobienia porządnych zakupów… i odszedłem z kwitkiem. Na przyszłość muszę zapamiętać, by nie heheszkować z osób rzucających się na robienie zapasów. Rozsądni ludzie będą teraz spokojnie siedzieć po domach, a mnie czeka przynajmniej raz w tygodniu wystawanie w kolejce pod sklepem.
Poza tym nic nowego. Babka nadal pobudzona, z ciśnieniem, które nie chce się unormować bez mocniejszych tabletek. Tyle, że dziś łyka dodatkową porcję leków już po dziewiętnastej, więc może nocą pośpi spokojnie.
Wieczorem sprawdzam na stronie parafii, że pierwszopiątkowe odwiedzanie chorych nie zostało odwołane. Wolałbym co innego, ale rozumiem, że zwłaszcza tuż przed świętami osoby bardziej wierzące mają inne oczekiwania. Pozostaje żywić nadzieję, że wikary się dokładnie odkaża i nie przyniesie z sobą nic niepożądanego.

Dzień #2209.

Skonał. Myślałem wtenczas — o! rozpaczy! —
Że jeśli reszcie Pan Bóg nie przebaczy,
Jeśli Anioła śmierci przyszle po nie:
Dziecko mi weźmie — żonę — a po żonie
Mnie nieszczęsnego zawoła przed Stwórcę…
Córka! — Ja myśleć nie śmiałem o córce!
I trwoga o nią nie gryzła mię żadna.
Ach, ona była młoda! taka ładna!
Taka wesoła, kiedy moją głowę
Do lilijowych brała chłodzić rączek,
Kiedy zrobiwszy z jedwabiu osnowę,
Około cedru biegała po trawie,
Jak pracowity snując się pajączek.
Patrz! i ten pas mój błyszczący jaskrawie
Ona robiła — i te smutne oczy
Ona rąbkami złocistych warkoczy
Tak przesłaniała; że patrzyłem na nią
Jako na róże, przeze łzy i słońce.
Ach, ona była domu mego panią!
Ona jak jaśni anieli obrońce
Najmniejsze dziecko w kołyseczce strzegła.
I gdzie płacz jaki słyszała, tam biegła;
I wszystkie nasze opłakała ciosy,
I wszystkie nasze łzy — wzięła na włosy.

Juliusz Słowacki, Ojciec zadżumionych

O jedenastej dzwoni lekarz babki z numerem e-recepty. A już zaczynałem powoli tracić nadzieję, że się odezwie. Na wsi spokój. Ojciec przegląda biblioteczkę w poszukiwaniu czegoś do czytania, mama zabrała się za „Grę w klasy” Cortazara. Do miasta na razie nie mają czym przyjechać. Kolega ojca gdzieś przeczytał i uwierzył, że można dostać mandat jadąc w cztery osoby samochodem, więc zabiera na zakupy tylko żonę. W sumie nawet lepiej, bezpieczniej. Głód i tak im nie grozi, bo mają jeszcze dwa worki ziemniaków i piwnicę pełną przetworów. Po trzynastej, doczekawszy się SMS-a z kodem do paczkomatu (sprzedawca z Allegro dosyła tom dramatów Brechta, o którym zapomniał przy pakowaniu zamówienia) wychodzę w miasto. Najpierw załatwiam sprawy w aptece, później zaglądam do saloniku RUCH-u po kwietniowy numer „Kina”. Przed drzwiami Gamy (d. Nemezja), dzięki najnowszym rządowym obostrzeniom, stoi niewielka kolejka, przy paczkomacie też – omijam więc pawilon szerokim łukiem i zaglądam do pobliskiego „Ludwika” (sklep gospodarczy) celem uzupełnienia zapasów toaletowego papieru. Po przesyłkę…

Tu muszę przerwać, bo babka, męczona wysokim ciśnieniem, coraz natarczywiej domaga się mojej uwagi. Łyknęła już tabletkę (drugą), ale zanim lek zacznie działać minie trochę czasu. Zapowiada się atrakcyjna noc.

Dzień #2208.

Miałem na syna trzeciego cierpienia
Powieki bez łez i serce z kamienia.
Boleść już była jako chleb powszedni.
I pod oczyma mi konał mój średni,
Najmniej kochany w mym rodzinnym gronie
I najmniej z dzieci płakany po zgonie.
Toteż Bóg jemu wynagrodził za to,
Bo mu dał cichą śmierć i lodowatą,
Bez żadnych bolów, bez żadnych omamień.
Skonał i skościał, i stał się jak kamień,
A tak okropnie po śmierci wyglądał,
Jakby już próżnych naszych łez nie żądał,
Ale chciał tylko lice swoje wrazić
W serca nieczułe, oczy nam przerazić
I wiecznie zostać w rodziców pamięci
Z twarzą, co woła: — „Jesteście przeklęci!” —

Juliusz Słowacki, Ojciec zadżumionych

Babka z niskim ciśnieniem przesypia twardo większość dnia. Śniadanie dziobie bez większego zainteresowania, z obiadem jest lepiej, z przyniesionej porcji pierogów (z twarogiem, sześć sztuk + pół szklanki jogurtu z wiśniami) zostawia skrawek ostatniego.
Od rana próbuję się dodzwonić do przychodni, by przedłużyć leki babce. Mam spisane trzy numery do rejestracji z kartki wywieszonej na drzwiach – wszystkie non stop są zajęte. Dopiero po 17:30 moje starania zostają uwieńczone sukcesem. Pewnie wszyscy chorzy myśleli, że przychodnia o tej porze już zamknięta. Albo pielęgniarki były przekonane, że wszyscy tak myślą i odblokowały telefony przed wyjściem z pracy. Jutro ma się odezwać na komórkę lekarz babki i podać numer e-recepty.
Na spacer wychodzę o dziewiętnastej. Nadal jest tak chłodno, że nakładam zimową kurtkę. Przy małym kościele wiszą tylko dwa stare nekrologi. Może, skoro pogrzeby są teraz tylko w niewielkiej, pięcioosobowej asyście najbliższych, i kętrzyńskie zakłady zaczęły oszczędzać na klepsydrach?
Kolację (i pół dużej paczki herbatników; ja jednak nie mogę mieć nic ze słodyczy w domu) jem po 21:00 oglądając „Koronera”. Po serialu wracam do sieci.

Dzień #2207.

Pod kręgiem słońca jako krew czerwonym
I pod namiotem tym zapowietrzonym
Żyliśmy, słowa nie mówiąc do siebie,
I śmierć przed samą śmiercią udawali
Myśląc, że Boga oszukamy w niebie,
Że się ten bałwan zarazy przewali. —
Powrócił! — Anioł powrócił morderca!
Ale mnie znalazł bez łez i bez serca,
Już omdlałego na boleści świeże,
Już mówiącego: „Niech Bóg wszystko bierze!”

Juliusz Słowacki, Ojciec zadżumionych

Babka budzi się jeszcze według zimowego czasu wcześniej i już po dziewiątej domaga śniadania. Przewidująco miałem zostawioną piętkę chleba, więc obyło się bez problemów i po świeży bochenek wychodzę dopiero wtedy, gdy ogonek kolejki znikł za rogiem piekarniczego. Z zakupami w pawilonie czekam prawie do czternastej, do SMS-a z InPostu informującego o nadejściu przesyłki z Allegro. Książki, w większości pobiblioteczny szrot w cenie (przedział 4-10 zł) adekwatnej do stanu zachowania, po pobieżnym przejrzeniu pakuję do zamrażarki. Planowałem od razu kończyć lekturę „Burzy w zlewozmywaku”, ale miałem wrażenie że egzemplarz powieści, jak i reszta moich zakupów (oprócz libretta do Piotrusia Pana), trącił lekko stęchlizną. Kilka dni w chłodzie (+ soda) może zaradzi tej przypadłości..
Na obiad mam kawałek babki ziemniaczanej i kiszoną kapustę zamiast surówki. Babce mimo spadku ciśnienia apetyt nadal dopisuje. Jem zaraz po niej, a później taka senność mnie ogarnia, że muszę się położyć na godzinę. Na spacer wychodzę dopiero po 19:30. Wyciągnięte z piwnicy trepy jeszcze nie dopasowały się do stóp. Czuję zwłaszcza, jak mnie lewy uwiera w palcach i obciera pietę. Może jednak przy lepszej, suchej pogodzie, nadal będę nakładał dotychczas noszone buty. Ludzi na mieście nie widać zbyt wiele. Na tablicy przy małym kościele wiszą cztery nekrologi (wczoraj pięć), w tym tylko jeden nowy. Po powrocie do domu myję talerze z obiadu, szykuję sobie kolację i zalegam przed telewizorem, by obejrzeć kolejny odcinek „O mnie się nie martw”. A później odpalam komputer.

Dzień #2206.

Wieczorem horror. Gore wręcz! Zważywszy jednak na wrażliwość Sz.P. Czytelników, którym nawet cytowany Słowacki wydaje się zbyt makabryczny, oszczędzę szczegółów, z krwią zmywaną z parkietu etc. Najważniejsze: babka żyje. I obyło się nawet bez wzywania pogotowia.
Dialog na zakończenie dnia:
Babka: Nic, tylko czekać śmierci!
Ja: Z taką twarzą? Teraz to musi babcia przeżyć jeszcze przynajmniej trzy miesiące, żeby można było trumnę przed rodziną otworzyć.