Feeds:
Wpisy
Komentarze

Parada Równości 2021

Gdybym się wybrał do Warszawy pewnie bym teraz umierał gdzieś na ulicach stolicy. Ale nie pojechałem. Mama nadal zbyt mocno boi się koronawirusa, bym mógł ją poprosić o zostanie na weekend z babką. Albo to tylko wygodny pretekst, by zrezygnować z wyjazdu.

Ponoć ostatni, intensywnie słoneczny, ale w miarę chłodny (22°C na dworze, 26°C w mieszkaniu) dzień przed falą upałów. Mama od ósmej do piętnastej. Na obiad naleśniki. W południe wychodzę na chwile do apteki. Po odprowadzeniu mamy na przystanek zahaczam o cmentarz, by podlać pelargonie. W sumie wszystkiego na dworze może ze sześćdziesiąt minut, z trzymaniem się cienia, gdzie to tylko możliwe, a wystarczy, bym wieczór kończył z bólem głowy. Babkę wykańcza samo rozgrzane mieszkanie. Z wieczorem robi się niespokojna, rozpalona i marudna.
Będzie ciężko.

Przelotem (#2645-2648)

Sennie, leniwie… wyczekująco?

Sobota

Pada mniej lub bardziej intensywnie, z krótszymi lub dłuższymi przerwami przez cały dzień. Nie doczytałem, że nocna prohibicja w mieście dopiero od 22 czerwca i wychodzę na zakupy do Biedronki już o dwudziestej. Po powrocie zalegam przed komputerem. Sączę niespiesznie Somersby, pogryzam chipsy i kończę trzeci sezon „Nastoletniego wilkołaka”.

Niedziela

Na dworze ożywczy chłodek. Balkonowe pelargonie toną w deszczówce, więc zapewne i tych na cmentarzu nie trzeba podlewać. Śpię do późna, czytam, słucham radia (PR2). Wieczorem mam transmisję koncertu inaugurującego pierwszy Festiwal Muzyki Barokowej na Zamku Królewskim w Warszawie. W nocy, po późnej kąpieli (ciekawe, czy u sąsiadów z dołu mocno słychać, gdy spuszczam wodę z wanny) oglądam jeszcze po odcinku „Kobiety za ladą” i „Nastoletniego wilkołaka”.

Poniedziałek

Przed południem wpadł na chwilę Paweł. Przyjechał kupić kolejną komórkę. W ostatnio używanej rozlał się wyświetlacz, gdy usiadł zapominając o telefonie w tylnej kieszeni spodni. Wreszcie jakiś oryginalny powód awarii, a nie dotychczasowe „spadł na podłogę, bo…” z rozszerzająca się listą winowajców (kot, pies, Kunegunda, Barbara, sam brat raczej nigdy). Wieczór spędzam nad coraz mocniej wciągającym „Ogniem nad otchłanią” Vernora Vinge (gęsta space opera). W nocy oglądam kolejne odcinki (trzy) „Nastoletniego wilkołaka” i się zastanawiam nad wyborem nowego serialu, gdy już skończę z przygodami Scotta McCalla.

Wtorek

Ranek senny, z niewielkim deszczem. Babka budzi się po piątej, a później dopiero przed trzynastą. Pelargonie na balkonie, zmaltretowane w poniedziałek przez intensywny wiatr, trochę oklapły, ale chyba nie zostały zbyt mocno uszkodzone. Na obiad sobie podgrzewam serdelki, którym kończy się termin przydatności do spożycia. Babka ma makaron z jogurtem. Wieczór znów spędzam nad książką.

Głowa przestaje mnie boleć po południu, jednak rozgrzane mieszkanie (28°C) nie sprzyja żadnej większej aktywności. Na obiad odgrzewam resztę kalafiora ze środy. Babce na szczęście ta powtórka nie przeszkadza. W dzień słucham radia (PR2), wieczorem czytam „Ogień nad otchłanią” Vernora Vinge, a nocą oglądam kolejne odcinki „Nastoletniego wilkołaka”.

Wizyta mamy (8-15) i szczepienie drugą dawką Moderny (10). Przy okazji tego drugiego skorzystałem pierwszy raz w tym stuleciu z kętrzyńskiej komunikacji miejskiej. Dwukrotnie, bo słońce prażyło zbyt intensywnie żebym nawet przy powrocie z punktu szczepień (hala sportowa na skraju miasta) zdecydował się na spacer. Wieczorem rozbolała mnie głowa, ale może to bardziej przez pogodę i niedospanie, niż z winy szczepionki.

Barbara przed czternastą. Sama i tylko na czterdzieści minut. Czasu akurat dość, by wypić kawę (Inkę), zjeść banana i posiedzieć trochę w kuchni.
– A Kunegunda gdzie? – pytam. – Nie zajdzie?
Bo bratowa przyjeżdżała na szczepienie Kunegundy od koronawirusa.
– Dostała pieniądze od mojej mamy – mówi Barbara (z silnym akcentem na „mojej”?) – i poleciała w miasto. Pewnie przyjdzie od razu na przystanek.
Cóż… Gdy byłem szesnastolatkiem też mi chyba nie bardzo zależało na kontaktach ze stryjami.