Feeds:
Posty
Komentarze

Spokojniej, choć wieczorem muszę latać do apteki po krople do uszu, których ostatecznie babka i tak nie dała sobie zaaplikować.
Do obiadu komputer, pod wieczór kuchnia i oblepianie kartonów pod wylepki.
Powinienem już się zabierać za porządki w mieszkaniu, ale czy to cokolwiek pomoże tej zaniedbanej norze?
A… bym zapomniał.
Na obiad miałem zupę jarzynową, gęstą od kartofli, że łyżka staje. Gar na dwa dni.

Światowy Dzień Książki

Dzień # 1134.


Święto, a mnie się nie chce ani sprawdzać, czy lokalne księgarnie otwarte (przy niedzieli? pewnie nie), ani zamówienia w necie składać. Niedostatek wolnej przestrzeni zabija radość zakupów.

Ból głowy załatwia mi cały dzień. Na szczęście babka też nie chce ani jeść, ani pić, ani nic innego, więc po zrobieniu zakupów też mogę nie ruszać się spod koca.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Po obiedzie wizyta w bibliotece. I dobrze, że się wybrałem. Okazało się, że elektroniczna rezerwacja książek działa bez zarzutu (klikając przy sprawdzaniu katalogu byłem przekonany, że to martwa opcja) i na biurku bibliotekarki czekała już na mnie powieść pani Sackville-West. O czym się zresztą dowiedziałem dopiero po pięciu minutach grzebania na półce w bezowocnych poszukiwaniach „Wygasłych namiętności”. Żeby nie było tak różowo – cyfryzacja i bogaty dostęp do różnych treści w internecie (a może względy oszczędnościowe, brak zainteresowania czytelników?) skłoniły osobę odpowiedzialną za prenumeratę prasy w czytelni, do rezygnacji z „Literatury na świecie”. A bardzo chciałem przeczytać, dlaczego Jacek Dehnel jest złym tłumaczem. Bardzo, chociaż nie aż tak mocno, by zawracać głowę bibliotekarce wypożyczaniem międzybibliotecznym (proponowała), zwłaszcza, że to chyba płatne w zakresie pokrycia kosztów przesyłki.
Wieczorem w ramach dobrego uczynku przygarniam dwa niechciane tomy z księgozbioru wietrzącej półki znajomej. Może teraz (tzn po otrzymaniu przesyłki) zmobilizuję się wreszcie do doczytania Opowieści z Narnii.

I kolejny dzień z najazdem rodziny. Przed dziewiątą ojciec wyciąga mnie z pościeli. Zostawił w przychodni protezę do naprawy i czeka do trzynastej na odbiór. Siedzimy w kuchni, gadamy, reperujemy kran nad umywalką (urwałem wylewkę, na szczęście w piwnicy znalazłem jakąś starą).
Po południu nosze do zegarmistrza zegarek babki, ofiarę świątecznych porządków (mama, przy wybieraniu wielkanocnej serwety, zwaliła pudełko z zegarkiem z półki w szafie) i swojego Poljota, któremu chyba zaszkodziło roczne nieużywanie.
Obiad (naleśniki) podgrzewam tylko dla babki. Wieczór (i ból głowy) przesypiam.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Mama. Naleśniki. Ból głowy.
Na dworze zimno, w mieszkaniu za ciepło.
Babka praktycznie przesypia cały dzień, ja non stop ziewam.
Przed śniadaniem opłacam rachunki, po odstawieniu mamy na przystanek robię zakupy w Biedronce.
Z wieczornej drzemki wstaję dobrze po dwudziestej i się obżeram przywiezioną ze wsi swojską kiełbasą.

W poczcie tylko reklamy. Barbara wracając z Olsztyna zachodzi na herbatę. A że autobus ma dopiero przed szesnastą, załapuje się też na obiad. Babka znów głównie śpi i po za śniadaniem nie chce nic jeść. Jeszcze się na jogurt skusiła w ramach kolacji, ale to żadne jedzenie.