Feeds:
Wpisy
Komentarze

Samo Mazurskie Święto Kaszy sobie odpuściłem. Poszedłem tylko na wieńczącą imprezę część artystyczna, koncert Aloszy Awdiejewa. W amfiteatrze było całkiem sporo osób, w większości pewnie w wieku emerytalnym, ale ze mnie też żaden młodzieniaszek, a Alosza to już w ogóle senior. Na szczęście na scenie nadal daje radę i słucha się go z przyjemnością, bez zażenowania. W domu mam chyba jedną, czy dwie płyty Awdiejewa, ale nie pomyślałem, że po koncercie będzie możliwość zdobycia autografu artysty. Była. Był też stolik, na którym grający z Awdiejewem gitarzyści sprzedawali płyty. Z rozpędu wziąłem dwie, przepłacając deko, ale wejściówka na koncert była darmowa, więc w sumie żadna strata.
Później (przy okazji rozmowy telefonicznej) się okazało, że rodzice też byli w amfiteatrze jakoś tak do połowy koncertu. Wiedziałem, że przyjeżdżają ze znajomymi na imprezę. Ale mama coś mówiła, ze pani Wielgusowa nie przepada za Awdiejewem. I zjawili się w mieście zaraz po piętnastej (ojciec wpadł na chwilę podrzucić reklamówkę pomidorów), na samym początku imprezy. Nie myślałem, że znajdą dla siebie zajęcie w amfiteatrze przez trzy godziny, więc po przyjściu na koncert nawet za bardzo się za nimi nie rozglądałem.

Reklamy

Piątkowe zakupy okazały się w trzech czwartych nietrafione. Szczególnie niezadowolony jestem z bajek Kołakowskiego. Pół biedy oprawa graficzna Pawła Pawlaka, która do mnie zupełnie nie przemawia. Największy mankament to albumowy rozmiar książki, nieszczęsne A4. Nieporęczne toto przy czytaniu, a i na półce zajmuje za dużo miejsca.

Uwaga! Dziś gwałtowne burze, silny wiatr i ulewny deszcz. Miejscami grad. Unikaj otwartych przestrzeni, zabezpiecz dobytek. Śledź komunikaty pogodowe.

SMS: AlertRCB

W Kętrzynie skończyło się na straszeniu. Po szesnastej wiatr w kilka minut przepędził i deszcz, i burzę. W godzinę nie było śladu, że cokolwiek popadało. Ale przynajmniej pochłodniało przyjemnie.

Nie myśleć. Nie pamiętać. Robić, co trzeba.

I znów na termometrze ponad 30 °C. A muszę dwukrotnie wychodzić do miasta, bo przed śniadaniem pocałowałem klamkę zamkniętego „chwilowo” saloniku RUCH-u.
Na obiad serwuję pierogi z serem i jagodami, ze śmietaną i na słodko. Babka zjada sześć i jeszcze kawałek jogurtowego ciasta na deser. Jesteśmy już na etapie, że cieszy mnie każdy posiłek, który zjada normalnie.
Ciepła noc nie przynosi najmniejszej ulgi w rozgrzanym mieszkaniu. Kładę się wcześniej, z lekkim bólem głowy.

Dosypiam do trzynastej. Reszta dnia jakoś mija.

Temperatura na znośnym poziomie. Od rana wizyta mamy. Na obiad paprykowa. Przy powrocie z przystanku zakupy w Biedronce. Wziąłem duże lody, płytę „Tesinske Niebo – Cieszyńskie Nebe” i dvd z drugą częścią przygód misia Paddingtna.