Feeds:
Wpisy
Komentarze

Leje w nocy i przez cały dzień. Przy wyjściu na zakupy ślizgam się niebezpiecznie w swoich dziadowskich klapkach (jak przetrzymają jeden sezon, to będzie dobrze) na gumowej podeszwie. A wieczorem dopada mnie ból głowy.

Do południa ciężko, parno, później pada. Na obiad podaję makaron z sosem – babce na słodko, sam dojadam pomidorowy (pikantny) otworzony dla Barbary. U rodziców remont w pełni. Wczoraj mama przez cztery godziny wynosiła książki – dziś ojciec maluje mniejszy pokój.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Rankiem, takim bardzo wczesnym, bo ze wschodem słońca (obecnie to jakaś 4:40), czy może nawet trochę przed, babka robi się ciut niespokojna. Miałem nadzieję dospać po śniadaniu, ale mama uprzedza, że powinienem spodziewać się rodziny. I fakt, po 12:30 zjawia się Barbara z Kunegundą. Do szesnastej muszę się zajmować albo jedną, albo drugą i w sumie chyba łatwiej mi znaleźć tema do rozmowy z bratanicą, chociaż jej koniki (piłkarze i gry komputerowe) nie interesują mnie nawet w minimalnym stopniu.
Pod wieczór babka drzemie spokojnie, mogę więc bez problemu (bez obaw) wyskoczyć o 19 na koncert do zamku. W ramach jarmarku na św. Jakuba ma wystąpić Schola Węgajty z programem średniowiecznej pieśni religijnej (Joculatores Dei. Trubadurzy Chrystusa Pana). Zapowiada się wszystko dość tragicznie, bo na pięć minut przed koncertem w sali rycerskiej (tzw.) zasiada raptem piętnaście osób. Krzeseł jest ustawionych blisko siedemdziesiąt, więc nawet w półmroku rozpraszanym przez płomyki świec ta rachityczna frekwencja robi dość przykre wrażenie.
– I gdzie nasze kętrzyńskie elity? – zastanawia się półgłosem siedząca w pierwszym rzędzie pani S. (znana mi z widzenia emerytowana polonistka) – Na koncercie Martyniuka cały amfiteatr był zapchany.
Na szczęście publika zaczyna się pojawiać z chwilą rozpoczęcia koncertu i w ciągu kwadransa zapełniła wszystkie krzesła. A na zakończenie zgromadzony tłumek bardzo ładnie (i w pełni zasłużenie) dziękuje artystom burzliwymi oklaskami, więc obywa się bez wstydu.

Po południu rozpadało się i już nie mam najmniejszego powodu, by wychodzić z domu. Do obiadu (kalafior) trochę netuję, trochę słucham radia. Później monotematycznie – czytam drugi tom opowiadań z przygodami Sidneya Chambersa i oglądam kolejny odcinek trzeciego sezonu „Grantchester”.

Ciepło, spokojnie, sennie.
Przed obiadem wychodzę pod zamek, rozejrzeć się po straganach Jarmarku na Św. Jakuba. W tym roku jest chyba więcej stoisk z żywnością, także egzotyczną, w postaci jakichś wschodnich słodkości. Korzystając z okazji kupuję kawałek babki ziemniaczanej dla babki. Dla siebie mam kalafiora, ale że w trakcie gotowania obżarłem się wafelkami, cały kwiat zostaje na niedzielę.

Nic, o czym chciałbym pamiętać.
Nic, czym chciałbym się podzielić.
Poranne niedospanie rzutuje na cały mój późniejszy dzień i może stanowić idealne wyjaśnienie średnio rozsądnych (nie do końca przemyślanych) zakupów.
Babka po południu jest tak wymęczona, że nawet nie próbuję jej budzić na obiad. W sumie niewiele (nic) nie traciła, bo kupiona mrożonka z warzywami na patelnię wybrała mi się nieszczególna (w saszetce z przyprawą dominowała sól).
Wieczorem, nawet już po kawie, mam siłę tylko na radio i puzzle.

Przed śniadaniem odbiór paczki w saloniku RUCH-u. Na obiad babce podsmażam trzy ostatnie naleśniki, sobie otwieram puszkę śledzia w pomidorach. Po osiemnastej zakupy w Biedronce – głownie jogurty dla babki. W nocy kolejny odcinek „Grantchester”.
Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ