Feeds:
Wpisy
Komentarze

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Mama z cukinią (błeee), pomidorami oraz papryką z przydomowego ogródka. Miała nocować, ale ojciec po remoncie nie czuje się najlepiej i wymógł, by zrezygnowała z tego pomysłu. Po południu myjemy babce głowę, a wracając przed szesnastą z dworca zachodzę do fryzjerki z zakładu pod blokiem i załatwiam babce strzyżenie.

U sąsiadów przybyło na strychu tyle pudeł z wszelkim bogactwem, że aż się zmobilizowałem i zacząłem powoli wynosić to, co niepotrzebne z naszej części pomieszczenia. Bo też naniosłem już tam różnego badziewia, co to szkoda wyrzucić, bo może się jeszcze przydać. Trzy pary butów babki (drewniaków to już chyba po osiemdziesiątce nie nałożyła ani razu) poszły do kontenera PCJK, wór jakichś gałganów i moich znoszonych sandałów do śmieci.

Rano wstaję wcześniej, bo znajomy pszczelarz ma przywieść lipcowy miód. Na obiad podaję ryż z jabłkami. Babka, trochę przegłodzona, zjada całą swoją porcję. Po „Teleexpressie” przez chwilę czytam, a później kładę się na krótką drzemkę… z której wstaję dopiero przed dwudziestą drugą. Pewnie gdybym miał pościelone łózko, spałbym do rana.

Bratowa zadzwoniła akurat w porze śniadania babki. Początkowo miałem nawet nie odbierać, ale Barbara była bardzo wytrwała, a mnie zabrakło cierpliwości do dalszego ignorowania hałasującego w przedpokoju telefonu.
– Nie przeszkadzam? Jesteś bardzo zajęty? – bratowa zagaiła na powitanie. Dzięki czemu od razu wiedziałem, ze ma do mnie jakiś interes.
I nie myliłem się. Chciała, żebym leki kupił dla Kunegundy.
– Sam wiesz jak teraz [w wakacje] ciężko dojechać do Kętrzyna – bratowa tłumaczyła się ze swojej prośby.
– Dobrze, nie ma sprawy – uciąłem
– Paczkę podasz przez kierowcę ostatniego autobusu. Wyjdę na przystanek i odbiorę.
Zrobiłem jak było ustalone – przekładając obiad na późniejszą porę poszedłem do apteki, kupiłem, co miałem kupić, zapakowałem w pudełko razem z paragonem (Ha! Ha! Ha! Od wiosny czekam na kasę za weterynarza), zaniosłem do autobusy, a na koniec wysłałem nawet SMS-a z informacją, że jest po co wychodzić na przystanek.
„OK, czekam” – odpisała Barbara.
A później już nic więcej. Cisza.
Nie żebym się spodziewał jakichś solennych podziękowań, ale suchą informację, że paczka dotarła do jej rąk, to bym chętnie otrzymał.
A może za dużo oczekuję?
Może jestem uprzedzony (czasem podejrzewam/obawiam się, że po gadkach mamy trochę jestem) do bratowej i robię problem z niczego?

Mieszkanie stygnie powoli. Po nocy z otwartym balkonem temperatura w pokoju spadła do 27 °C.
Przy okazji wymiany rur od centralnego za blokiem nie tylko rozryto kawałek, na którym były moje krokusy i babcina piwonia (może sąsiadka zdążyła wykopać?). Sprzątnięto też kamulec (bo głazem ten kamień nazwać, to byłoby za dużo), na którym babka lubiła sobie przysiąść i odpocząć po pracy na działce. Szkoda.
Wieczorem robię sobie drobną powtórkę z piątego sezonu „Gry o tron” (5×01). A później oglądam jeszcze pierwszy odcinek „Agathy Raisin” (The Walkers of Dembley). Komputer, wyjątkowo (?), nie wyłącza się w trakcie filmu ani razu.

Dzień spokojny. Temperatura zjechała do znośnych wysokości. Trochę pada.
Babce wrócił apetyt. Na obiad kupuję kawałek babki ziemniaczanej.
Poza tym znów upadam i zamawiam w Arosie oba tomy zagadek kryminalnych panny Fisher. Co było w sumie łatwe do przewidzenia.

Śpimy do dwunastej. Temperatura w pokoju dochodzi do 29 °C. W kuchni jest cieplej, zwłaszcza po dziewiętnastej, gdy dogotowuję dżem. Nocą trochę klikam z Pinokiem, przeglądając na FB jego zdjęcia z tegorocznego wypadu do Grecji. Później puszczam sobie jeszcze nowy odcinek „Gry o tron”. Padam około trzeciej.