Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘żałoba’

Zrobiłem porządek w jednej kuchennej szufladzie. Na obiad zjadłem ryż z jabłkami. Przeczytałem kilka kolejnych opowiadań Kateryny Babkiny z tomu „Nikt tak nie tańczył, jak mój dziadek”. Obejrzałem przegapiony w zeszłym tygodniu pierwszy odcinek nowego brytyjskiego kryminału „Detektyw z wybrzeża” (Whitstable Pearl). Zastanawiam się nad nocnym spacerem. Skoro pielgrzymka już za mną i odpadła potrzeba treningu, właściwie mógłbym sobie darować to wychodzenie z domu. Schudnę, nie schudnę – różnica tylko dla wynoszących zwłoki, a tym nie ma się co przejmować.

Read Full Post »

Słonecznie i ciepło, 22-24°C.

Sobota

Po trzynastej wychodzę na cmentarz posadzić pelargonie u dziadków i sprawdzić, czy napis na tablicy dobrze wygląda. Wybrałem opcję z zeszlifowaniem starego i wypisaniem wszystkiego od nowa, z pełnymi datami urodzin i zgonów. Wyszło ładnie. A na dole zostało jeszcze tyle miejsca, że będzie można bez problemu i mnie dopisać. Nawet gdyby dodać przydomek do imienia, może tylko ciut mniejszą czcionką wszystko. Jeśli się trochę wkręcę w rodzinę Leszka (ma trzech fajnych synów), to może któryś z nich się tym zajmie, gdy już będzie trzeba. Bo na bratanicę chyba nie mam za bardzo co liczyć. Nieważne.
Wyrzuciłem zwiędnięte wiązanki, wymyłem pomnik. Do domu wróciłem przed szesnastą, już z lekkim bólem głowy, bo jednak słońce przyświecało dość intensywnie, a ja nie miałem czapki. Na szczęście paracetamol pomógł i dałem radę funkcjonować wieczorem.
Po dwudziestej pierwszej idę do Biedronki. Zazwyczaj sobotami brałem Somersby i chipsy. Teraz podstawa moich zakupów to zapas wkładów do zniczy, dla siebie i na wieś, bo wybieram się we wtorek, na rocznicę ojca. Patrząc po rachunku, alkoholizm jest o wiele tańszym hobby od kultywowania pamięci zmarłych.

Niedziela

Przespałem osiem godzin jednym ciągiem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mi się to udało. Może, gdy nocowałem w Warszawie po Paradzie Równości w 2018 roku?
Ranek spędzam na Facebooku, porządkując profil i ustawiając posty, które mają się wyświetlać dla niestandardowej grupy Rodzina i others. Bo dodałem Maję (sąsiadkę) do znajomych, ale przy ograniczonym dostępie nie widzi u mnie nic. Marudną, a bezsensowną pracę (komuś będzie się chciało przeglądać moje aktywności od 2009 roku?) przerywa telefon. Od wzmiankowanej Mai.
– Może chciałbyś z nami na wycieczkę rowerową pojechać? – dziewczyna zaczyna konkretnie. – Jakbym rower dla ciebie pożyczyła.
– Ale ja jestem taki dość masywny – przypominam. – Żeby nie było później problemów, jak się pode mną złoży.
– Już nie przesadzaj. To jak, pojechałbyś?
– No nie wiem… Ciepło jest.
– Po siedemnastej.
– W sumie mógłbym. Jeśli znajdziesz ten rower. I jeśli nie wybierzecie żadnej karkołomnej, długiej trasy. Bo ja dawno nie jeździłem rowerem, dziesięć lat najmniej.
– Bez obaw. Trasę wybiera Marek¹. Powiem, żeby wybrał łatwą.
– Dobrze. Niech będzie – godzę się bez większego entuzjazmu, pełen nadziei, że może to jednak nie wypali.
– To jesteśmy umówieni.
Rower oczywiście się znalazł (w garażu Sławka) i po siedemnastej wyjeżdżamy w piątkę (Marek, Maja, Sławek, Julia i ja) na spokojną rundkę wokół jeziora Mój. Początek był dość ciężki, nie powiem, ale jak już opanowałem z grubsza obsługę przerzutek, jazda stała się całkiem przyjemna. Zwłaszcza jeśli trasa biegła dobrą drogą, z górki i zapomniało się o cholernie niewygodnym siodełku.
Ruch rowerowy był spory, tempo jazdy też (jednak²), bardziej niż podziwianiem widoków zajmowałem się pilnowaniem pionu i pobocza ścieżki rowerowej, ale w sumie było fajnie. Odpocząłem (psychicznie), zrobiłem trochę zdjęć, głównie na postojach, które były dwa. Pierwszy w lesie nad jeziorem (Sławek poczęstował mnie mandarynką, panie jedzą kanapki) i drugi, na przeciwległym brzegu, na plaży miejskiej z bogatą wypoczynkową infrastrukturą (Unia sfinansowała).
Rozmawiało mi się swobodnie i z Mają, i z jej atrakcyjnym narzeczonym. Tylko Julia trzyma się cały czas na dystans od całej grupy. Jak jechała, to na końcu. Jak się rozłożyliśmy na hamakach na plaży, to ona gdzieś znika (później się okazało, że została przy rowerach na parkingu). Aż mnie to zaczęło tak uwierać (i w sumie śmieszyć), że w końcu nie wytrzymałem.
– Coś się stało, że Julia mnie unika? – pytam Mai. – Nie pasowało jej, że jadę z wami na wycieczkę.
– Nie, na pewno nie.
– Bo wiesz, jeśli sobie pomyślała, że chcecie nas swatać, to będziecie mieli teraz problem, żeby ją udobruchać.
– To na pewno nie to.
– Bym nie był taki pewny. Ale to już nie moje zmartwienie. Mówiłem przecież, że nie szukam żony.
Do Kętrzyna wracamy o 20:40. Jeszcze odprowadzam ze Sławkiem rower do jego garażu (facet chyba czuje się trochę niezręcznie, gdy zapada milczenie, więc mówi o sobie i to sporo), a później idziemy (600 metrów) pod blok, w którym mieszka i jedziemy na stare miasto samochodem. Bo Sławek chce jeszcze zajść do Mai.
Jestem w domu prawie punkt 21:00, akurat na telefon mamy, która już była chyba lekko zaniepokojona, że o dwudziestej nie zastała mnie w domu.

____________
¹ Marek to kolega mojego brata z ogólniaka. Był nawet kiedyś u nas na wsi (- A ja się tak zastanawiałem, skąd cię znam – powiedział, gdy mu przypomniałem kilka szczegółów.), więc szybko złapaliśmy dobry kontakt.
² Jak dla mnie. Google twierdzi, że na te 23 kilometry wystarczy godzina i osiemnaście minut.

Read Full Post »

Padam o pierwszej w nocy, a budzę się kwadrans przed siódmą. Bez konkretnego powodu. Na szczęście udało mi się jeszcze zasnąć i wstałem dopiero o dziewiątej. Mama przyszła godzinę później, już po wizycie w zakładzie energetycznym, skąd spławiono ją błyskawicznie. Tak, ma roczne zużycie prądu poniżej 2000 kWh, ale tarcza osłonowa jej nie obejmuje, bo coś tam, coś tam (po śmierci ojca zachciało jej się od razu lecieć i przepisywać licznik na siebie – uważała, że tak trzeba – i chyba jakąś nową umowę przy okazji dostała). Sporo rozmawiamy. Pokazuje mamie zdjęcia przysłane przez Alinę (solo, z żoną i ich córką¹). Chodzimy do ogrodniczego, mama głównie po jakiś dobry środek na czerwone ślimaki, które co roku sieją zniszczenie na jej grządkach. Przy okazji kupujemy rabatowe pelargonie do donicy na grobie dziadków i drobne różowe goździki dla ojca. Na obiad mam zupę jarzynową i białą kiełbasę.
Po piętnastej, wracając z przystanku, zaglądam na cmentarz. Żywe kwiaty już powiędły i są do wyrzucenia, ale ogarnę na pomniku, jak już kamieniarze zamocują płytę z danymi nieboszczyków. Wieczorem przeglądam rzeczy babci z kategorii medyczno-opiekuńczej i odkładam to, co się jeszcze może przydać Mai, sąsiadce z pierwszego piętra, której matkę rozłożył Alzheimer do spółki z Parkinsonem.
________
¹ Panie podzielił się pracą. Alina dała jajeczko, jej żona urodziła
² Według mnie czerwone, według mamy – amarantowe.

Read Full Post »

Dziś trzynasty, ograniczam więc fizyczną aktywność. Pół dnia przesiedziałem w sieci, głównie blogując i słuchając radia (PR2). Ranek był słoneczny, po południu się chmurzy, ale nadal jest ciepło (22°C) i nie pada. Po siedemnastej znów pokazuje się słońce, więc postanawiam nie rezygnować ze spaceru z aparatem fotograficznym. Wychodzę około osiemnastej, już po wizycie Łukasza (żebraka). Chwilę pokręciłem się przy zamku, zrobiłem parę zdjęć i ruszyłem na cmentarz, sprawdzić co u babci. A później zrobiłem dużą rundkę po grobach sąsiadów, dalekiej rodziny i znajomych babci. I drugą, z sąsiadką Mają i jej koleżanką (Julią), bo spotkałem je, gdy już miałem wracać do domu, a one właśnie zaszły odwiedzić babcię.
– Bo my takie cmentarne dziewczyny jesteśmy – zażartowała Maja. – Niedzielami spacerujemy po cmentarzu.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Refleksja natury ogólnej (tak mnie naszło, gdy się zacząłem zastanawiać nad sposobami przeżywania żałoby): Chyba jestem podobny do Jarosława Kaczyńskiego bardziej, niż bym podejrzewał i chciał. Ze mnie w sumie już też zaniedbany dziadyga. Tyle że bez kota i zupełny nikt. Miesięcznice w każdym razie będziemy mogli obchodzić tego samego dnia.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Napisało mi się sześć stron notatek, więc zamiast was tym męczyć zapraszam do lektury archiwalnych wpisów. Obecność Abramasi wśród komentujących sprowokowała mnie do zajrzenia do relacji z jej pierwszej wizyty w Kętrzynie (niedziela 19 sierpnia 2007 roku). I z przyjemnością przeczytałem nie tylko komentarze ówczesnych czytelników tego bloga, ale i własne teksty.
To je vukojebina! Albo przydługi wstęp
Z peronowych notatek
To je vukojebina! Zakończenie
To je vukojebina! Próba rekonstrukcji
Żal, że nie napisałem wtedy więcej i że zdjęć zrobiłem mało.

Read Full Post »

Budzę się o trzeciej pięć i cicho (by przypadkiem mamy nie obudzić) wędruję do kuchni celem uzupełnienia płynów (z tego otwartego kartonu soku jabłkowego babcia nie upiła już chyba nawet łyka). Przy okazji biorę też kolejną tabletkę paracetamolu, żeby zdusić w zarodku powracający ból głowy. A później wracam do pościeli (śpię na tapczaniku babci) i przewracam przez godzinę z boku na bok, bo nie mogę ponownie zasnąć. Mama budzi się normalnie po piątej, co mnie też od razu budzi. Do szóstej próbuję jeszcze drzemać, ale że to próbowanie nie ma najmniejszego sensu, też wstaję i dołączam w kuchni do mamy. Pijemy kawę, rozmawiamy. Mama ma autobus do domu o dziewiątej (jedzie po żałobne ubranie, wróci w piątek). Zastanawiam się, kogo bym mógł jeszcze powiadomić o śmierci babci. Litwa wie, rodzina ze Śląska chyba też¹, miejscowych powinna powiadomić kuzynka Aldonka², a jeśli nie powiadomi, to żadna strata. Mama nie może jej przebaczyć, że przez minione dziewięć lat nie znalazła nawet jednej chwili, by odwiedzić babcię (- A wcześniej było „Kochana ciociu, kochana ciociu…” Wyrachowany fałszywiec!) i chyba najchętniej w ogóle by jej na pogrzebie nie oglądała. Do córki babcinej przyjaciółki ze Szczytna dzwoniłem wczoraj. Miała przekazać smutną informację reszcie rodzeństwa i dać znać, gdyby ktoś się do Kętrzyna wybierał. Przed ósmą dzwonię do pielęgniarki środowiskowej. Babcia ją lubiła, a ona może trochę babcię, bo nawet przed tym złamaniem, które położyło babkę do łóżka, przy przypadkowych spotkaniach w mieście pytała o babcine zdrowie. Gdy przychodziła zmieniać opatrunki przy pierwszej poważnej babcinej odleżynie, opowiadała z żalem, że kiedyś opiekowała się z oddaniem jakimś pacjentem, a gdy umarł, rodzina nie poinformowała jej o zgonie człowieka. Postanowiłem nie być taki i dałem jej znać, że Gieni już nie ma. Po ósmej znajduję w komórce numer do pani Zosi, ostatniej z żyjących babcinych koleżanek. Nie pamiętam skąd go mam i od kiedy, ale sprawdzam, czy jest aktualny. Był. Odbiera córka pani Zosi. Rozmawiamy przez chwilę. Matki na pogrzeb raczej nie puści, bo przy dziewięćdziesiątce pamięć głowa zaczęła jej szwankować i z zachowaniem równowagi ma problemy, ale dziękuje za pamięć i jeśli będzie mogła, przyjdzie sama. O pół do dziewiątej wychodzimy z mamą do autobusu. Sporo za wcześnie, ale na dworze jest ciepło, słonecznie, babci już w mieszkaniu i tak nie ma, więc spokojnie możemy posiedzieć dłużej na przystanku. A tu niespodzianka. Lonia-krawcowa była w Biedronce i po zakupach przyszła poczekać na swój autobus komunikacji miejskiej. Zupełnie zapomniałem, że została jeszcze ona, najmłodsza (w wieku mojej mamy albo niewiele starsza) koleżanka babci z pracy w szpitalnej pralni. To nie była jakaś bliska znajomość, nie na tyle, by odwiedzać się po domach, ale przy spotkaniach na mieście obie z babcią chętnie przystawały, by uciąć dłuższą pogawędkę. W ostatnich latach mnie się to w sumie też zdarzało, bo dość często mijaliśmy się przy okazji zakupów w pawilonie (obecnie Gama, dawniej Nemezja).
– I co tam słychać nowego? – pyta pani Lonia.
– Nie ma już Gieni… – odpowiadam i głos mi się łamie przy imieniu babci.
Mama odjeżdża planowo, o dziewiątej, ja siedzę na przystanku z panią Lonią jeszcze dwadzieścia minut, czekając na jej elektryczną piątkę.
Później idę na cmentarz zrobić lekkie porządki u dziadka. Wyrzucam zimowe gałęzie choinki, przestawiam donicę i znicze-latarenki za sąsiedni grób. Przetarłem nawet płytę pomnika. Do domu wracam o dziesiątej. Przez chwilę zastanawiam się nad drzemką, ale właściwie nie jestem senny. Dzwonię do mamy. Później do mnie dzwoni z Białegostoku Kazik, syn babcinej przyjaciółki, złożyć kondolencje i powiedzieć, że postara się przyjechać z żoną w piątek. Lubił babcię, a babcia lubiła jego, więc chciałby ją pożegnać jako przedstawiciel rodziny.
– Siostry nie mają najlepszego zdrowia. Młodsza w zeszłym roku pochowała córkę. Ze Szczytna mają bliżej, ale dla nich to już za ciężka podróż. Dla mnie trzy godziny jazdy to nie jest tak dużo.
– To może na obiad zostaniecie po pogrzebie? – pytam.
– Dziękuję, ale nie. Chciałbym wrócić do Białegostoku przed zmrokiem.
Rozmawiamy długo, wspominając babcię i nasze pierwsze (i jedyne zarazem) spotkanie, z którego zapamiętałem jedynie, że babcia obsadziła mnie w roli przewodnika i wysłała z gościem do dużego kościoła, żebym pokazał, jak wygląda w środku.
Przed dwunastą dzwonię ponownie do mamy przekazać nowiny. Wraca temat stypy, czy chociaż jakiegoś drobnego poczęstunku (kawa, ciasto) w „Zajeździe pod zamkiem”. Ale że w sumie nadal nic pewnego nie wiemy, ostatecznie postanawiamy improwizować.
– Chce mama Aldonkę, czy tych innych zapraszać na jakiś poczęstunek?
– Nie bardzo.
– To się jutro kupi u Mistrza Jana jakieś ciasto i zaprosimy Kazika do domu. Będzie miał czas i chęć to zajdzie. W dwie dodatkowe osoby zmieścimy się w pokoju.
– Tych naszych też trzeba uwzględnić.
– Pawła i Barbarę?
– Tak. Będę przecież wracała z nimi na wieś.
– Na kanapie, dwóch fotelach, tapczaniku… jakoś się pomieścimy i z nimi.
Reszta dnia to już tylko drobne porządki³, pranie i nieintensywne netowanie.

______________
¹ Tu miało paść kilka soczystych inwektyw pod adresem kuzynki (Kaśki), ale nie będę Stanleya zawstydzał, że się gorzej wyrażam o wnuczce własnej babki, niż on o ukochanym szwagrze. Bo nie, to nie jest tak, że ludzie dostają to, na co zasłużyli, zapracowali. Gienia na pewno nie zapracowała na wnuczkę, która przestała o niej pamiętać, gdy już nie można było do nas przyjechać w wakacje i wyciągnąć kasę na paliwo na podróż w obie strony (a czasem też coś ekstra typu tydzień pobytu nad morzem).
² Na drzewie genealogicznym dość odległa rodzina – córka ciotecznego brata dziadka. Jej babka była siostrą mojej prababki. Mama bardzo lubiła jej rodziców (mieszkali w tym samym bloku co babcia), ale za samą kuzynką nie bardzo przepada.
³ Podstawki pod donice (te na balkon), których nie mogłem nigdzie znaleźć, okazały się stać najzwyczajniej w świecie na strychu, pod nieużywanymi doniczkami z piachem. Nie mam pojęcia, jakim cudem wczoraj tego nie zauważyłem.

Read Full Post »

Zegar na komórce pokazywał 2:58¹, gdy coraz płytszy oddech babki babci uspokoił się i ustał całkowicie. Posiedziałem przy niej jeszcze może z pięć minut, próbując wyczuć niewyczuwalny puls. Później niezdarnie podwiązałem jej brodę apaszką, którą zakrywała ostatnio włosy i poszedłem po telefon, by zadzwonić na numer alarmowy. Dyspozytor przełączył mnie do ratownika medycznego („Moja babcia przestała oddychać.” „Będzie pan próbował reanimacji?” „Po co? To nic już nie da.”), a ten podyktował mi numer lekarki opieki nocnej (?), którą miałem wezwać do potwierdzenia zgonu. Zapisałem, zadzwoniłem. Odebrała jakaś zaspana pielęgniarka (chyba), która przez następne pięć minut usiłowała znaleźć numer komórki do nieobecnej akurat doktorki. Wreszcie poddała się i kazała mi cierpliwie czekać na przyjazd lekarki. Czekałem godzinę, może półtorej, trochę siedząc przy babci, trochę netując i próbując ogarnąć z grubsza sytuację (spisałem numery do miejscowych zakładów pogrzebowych, opublikowałem pierwsze informacje o śmierci Gieni). Wizyta lekarki i wystawienie karty zgonu trwało krótko. Że nie można wpisać starości i ogólnego zużycia organizmu jako przyczyny śmierci, musiałem sobie przypominać i potwierdzać jakieś pierdoły o chorowaniu babci (zawał, choroba wieńcowa, nadciśnienie) do wypełnienia odpowiednich rubryczek dla potrzeb statystyczno-urzędniczych. Po odjeździe lekarki przestawiłem się na czekanie na przyjazd mamy, która miała się u nas zjawić normalnie, celem odwiedzin, jak w każdą środę. Obok płonących w lichtarzykach świec postawiłem zapaloną gromnicę, bo przypomniałem sobie, że jedna jeszcze jest w szafie. Wyciągnąłem też ubranie, które babcia miała od lat przygotowane na ostatnią drogę (sama sobie uszyła i granatową garsonkę, i koronkową bluzkę, a czarne buty zabrała mamie, gdy ta kiedyś kupiła dla własnej potrzeby jakieś wyjątkowo – w babci mniemaniu – zgrabne i eleganckie). Napisałem i przetłumaczyłem na litewski wiadomości dla rodziny w Wilnie. Na FB była akurat Alina (najstarsza prawnuczka babci), zostawiłem jej więc informację na messengerze. Z sugestią, że może poinformować resztę bliskich. Jeśli chce. Przed siódmą zadzwoniłem do Pawła upewnić się, że mama na pewno wybierała się do miasta pierwszym autobusem.
– Bo babci już niestety z nami nie ma – dodałem.
– Ja pierdolę! Chyba miała jechać po dziewiątej – brat nie był pewny. – Właśnie idę na wieś, to będę widział, czy jest na przystanku.
– Sprawdź. Ale jakby co, to o niczym jej nie mów. Niech jedzie na spokojnie, dowie się na miejscu ode mnie. Nie wiem, czy nie będzie chciała sama ubierać babci², więc lepiej, jakby przyjechała już przed ósmą.
– Jak będę przy sklepie, to dam ci znać.
Po kwadransie przedzwonił, że jedzie.
– Z tą moją piękną – dorzucił.
„Kurwa! Jeszcze Barbary tu potrzeba w takim momencie!” – pomyślałem, ale powstrzymałem się od komentarzy.
Panie zjawiły się prosto z autobusu i nastąpiło kilka przykrych chwil. Że czas poganiał, dałem mamie tylko pół godziny na oswojenie z sytuacją i opanowanie emocji.
– Jeśli mamy sami babcię umyć i ubrać, to trzeba się brać do tego już teraz – przypomniałem.
Mama nie była do końca pewna, czego chce i czy sobie poradzi (od strony technicznej, nie z powodów oporów psychicznych). Barbara zaczęła oczywiście przekonywać, że lepiej, jeśli zajmą się tym fachowcy z zakładu pogrzebowego. Tyle że jej głos w ogóle się tu nie liczył, a ja jestem chyba większym tradycjonalistą, niż przypuszczałem³ i chciałem oddać babci jeszcze i tę jedną przysługę. Stanęło oczywiście na moim. Przed dziewiątą bratowa wyszła załatwiać swoje sprawy w mieście, a ja z mamą zabrałem się do pracy. Czas już był najwyższy. Od zgonu mijała szósta godzina, babcia traciła resztki ciepła żywego ciała i co najprzykrzejsze, pojawiły się już pierwsze plamy opadowe. W połączeniu z odleżynami stanowiło to dość przykry, masakryczny wręcz widok. Ale też upewniało nas do końca, że babcia na pewno nie żyje. Przed laty pomagałem ubierać do trumny sąsiada babci. Z zaskoczenia zostałem poproszony do pomocy przez jego syna i w sumie było to dość dziwne przeżycie. Nie jakieś mocno traumatyczne, ale żeby neutralne, to też raczej nie. Teraz, z babcią, było inaczej, całkiem normalnie. Pomijając bezwład ciała w sumie prawie tak, jak jeszcze kilka dni temu, za jej życia, gdy zmieniałem koszulkę, w której leżała. Mamie przypadła w udziale trochę większa część mycia, mnie ubierania. Uwinęliśmy się szybko i bez żadnych problemów, może w pół godziny. Na koniec okazało się tylko, że zabrakło nam odpowiedniej chustki, czy apaszki na głowę. Babcia sama o tym nie pomyślała, przyzwyczajona do trwałej, którą znajoma fryzjerka kręciła jej dwa razy w roku (dwa?), gdy była jeszcze na chodzie. Czarna nie pasowała, kolorowe tym bardziej, a żadnej fioletowej czy białej w szafie nie było. Stanęło na tym, że tu zdamy się na pomoc zakładu pogrzebowego. A wybraliśmy najbliższy, który zajmował się w zeszłym roku pogrzebem ojca.
Do zakładu zadzwoniłem po dziewiątej. Szef był akurat z wozem w myjni, ale prędko się uwinął z tym, co robił i był u nas już przed dziesiątą. W kilka minut ustaliliśmy co najważniejsze, panowie z zakładu zabrali zwłoki, a my z mamą mogliśmy się zająć załatwianiem papierków potrzebnych do pogrzebu. W godzinę odebraliśmy akt zgonu z USC, załatwiliśmy w ZUS-ie sprawy związane z zasiłkiem pogrzebowym i w okolicach 11:30 byliśmy już w zakładzie pogrzebowym dopełnić resztę formalności, wybrać trumnę, doprecyzować szczegóły pogrzebu etc. Miało być godnie, ale bez szaleństw, więc szacunkowa kwota za uroczystość przekroczyła zusowski zasiłek tylko o sześćset złotych. Zaoszczędziliśmy na stypie, której nie będzie⁴, ale przyjdzie jeszcze wysupłać kasę ekstra za rozebranie i złożenie pomnika przez zakład kamieniarski.
Do domu wróciliśmy po dwunastej, wreszcie był czas, by odpocząć, wypić kawę, coś zjeść. A później mama wpadła w amok porządków, czy też usuwania wszelkich fizycznych śladów tego, że babcia kiedykolwiek tu mieszkała. Świadom, że jej to potrzebne (wiem z relacji po śmierci ojca, a i babcia, gdy owdowiała też czuła przymus sprzątania i wyrzucania rzeczy nieboszczyka) nie oponowałem. Zwłaszcza że mama skupiła się na tapczaniku babci, który by pewnie – gdyby miała dość sił – też od razu rozwaliła i wyniosła, ale że jest na to za słaba, zadowoliła się zmotaniem kłębu z pościeli, poduszek i kołdry, pod którą babcia dokonała żywota. Tylko wynoszeniu tego wszystkiego na śmietnik w biały dzień postawiłem zdecydowane veto. I pościągałem co porządniejsze poszewki z jaśków. Koca w czerwono-granatową kratę, do którego babcia była przywiązana (ze związków zawodowych go kiedyś dostała, prezent dla biednej emerytki), który leżał pod materacem przeciwodleżynowym, też nie pozwoliłem wyrzucić. A na koniec, jak już po dwudziestej drugiej wyniosłem ten tobół na śmietnik i rozdzielałem do kontenerów poszczególne sztuki (żeby nie zapchać w całości jednego), amnestią objąłem też kwiecistą apaszkę, którą przykrywałem ostatnio babci głowę. Tak jakoś poczułem potrzebę.
Po piętnastej sąsiadka z naprzeciwka (w sensie, że drzwi wejściowe do mieszkań mamy naprzeciwko; gdy rok temu jeździłem na pogrzeb ojca, zostawiłem babcię jej pieczy) wypatrzyła mamę na balkonie i zaprosiła na kawę. Po godzinie, czy półtorej w obcym miejscu, z kimś, kogo właściwie w ogóle się nie zna (zna jedynie ze zdawkowych rozmów przy przypadkowych spotkaniach na korytarzu, z wymiany pozdrowień z balkonu na balkon) mama wróciła trochę spokojniejsza. Już nie chciała opróżniać szafy z ubrań babci, zadowoliło ją przesadzenie pelargonii do trzech balkonowych donic i wyniesienie prania na strych (zniosła też i złożyła to, które wyschnięte zajmowało strychowe sznury).
Wieczorem zadzwonił Witek z Wilna, mocno wzruszony, z łamiącym się głosem. Cała litewska część rodziny już wie, że babcia odeszła. W piątek oczywiście nikt nie przyjedzie, ale myślą o nas, o Gieni.
Mama padła przed dwudziestą drugą. Ja dzielnie po dwudziestej pierwszej walczyłem z sennością, by obejrzeć odcinek „The Good Doctor”, a później, gdy się już położyłem, nie mogłem zasnąć blisko przez godzinę. Dzwonka SMS-a od Pszczółka po dwudziestej trzeciej już nie słyszałem, więc musiałem paść przed.

______
¹ Później sprawdziłem, że się późni około dwóch minut.
² Żałowała, że dała się zakrzyczeć Barbarze i nie przygotowała do trumny ojca.
³ Zawsze podobało mi się nocne czuwanie przy nieboszczyku i śpiewanie w domu.
⁴ Sąsiedzi i tak zazwyczaj unikają konsolacji, a karmić dalekiej rodziny, która ostatnimi latami nie pamiętała o babci na tyle, by ją odwiedzić, nie mamy chęci.

Read Full Post »

Namieszałem. I to ostro.
Chciałem dobrze, ale to żadne usprawiedliwienie.
Zaiste, dobrymi chęciami piekło wybrukowane.
A najgorsze, że się wszystko skrupia na mamie.
Po piętnastej zadzwonił do mnie Paweł.
– Jakbym był teraz na miejscu, to bym ci mordę obił, baranie – warknął do słuchawki. – Barbara mówi, że więcej w niczym matce nie pomoże. A u ciebie jej noga nigdy nie postanie. Masz ją natychmiast przeprosić!
– Przeprosić? Za co?
– Mam ci przypomnieć tego SMS-a?
– Pisałem tylko do ciebie. I przecież wiesz, że to nie było serio! Nie spodziewałem się, że jesteś aż tak głupi, by żonie cokolwiek przekazywać. Nie chcesz, to możesz ze mną nie gadać. A ona niech nie zachodzi, bo na pewno za nic przepraszał nie będę.
Akurat do pobudek o ósmej w ogóle mi nie tęskno.
Ale po kolei.
W poniedziałek przy codziennej porannej rozmowie mama potrzebowała poużalać się trochę na rodzinę. Że przyszli w niedzielę i Barbara prawie od progu do Pawła „Tylko maszynki¹ nie zapomnij zabrać”. I że brat zegarek ojca wziął „A ja myślałam tobie go dać na pamiątkę…” i takie tam różne, drobiazgi w sumie, nieistotne. Ani mi ta maszynka potrzebna (nie używam), ani zegarek (swoich nawet nie noszę), ale mamy mi szkoda, więc postanowiłem zwrócić uwagę bratu.
Niestety zamiast normalnie zadzwonić wysłałem SMS-a. W którym dla ewentualnego złagodzenia wymowy wyrzutów zachciało mi się błysnąć dowcipem. A dowcip mam momentami niebezpieczny, trochę taki po ojcu w sumie. Przykładowo rozmawialiśmy w grudniu o sytuacji na granicy z Białorusią i ojciec dał się ponieść. I zaczął nawijać, że najlepiej to strzelać do tych nielegalnych imigrantów, bo to jedyna skuteczna metoda rozwiązania problemu. I wszystko tak na serio, że aż zbaraniałem i dopiero na widok mojej miny ojciec przerwał i poczuł się w potrzebie zapewnić, że to przecież tylko takie gadanie żartem. Że przecież go znam i powinienem wiedzieć, że do ludzi by nigdy nie strzelał². W rozmowie wszystko można od razu odkręcić i wyjaśnić, a przy SMS-ie…

SMS
Od: Hebius
Do: brat
Data: 2022-05-30, godz. 13:58:34
Powstrzymajcie się trochę z grabieniem rzeczy po ojcu. Ja biorę tylko pieniądze, a mama nic nie potrzebuje i da ci, co zechcesz. Ale musi mieć trochę czasu na oswojenie z żałobą i teraz jej przykro i widzi w tym pazerność jakąś.

Ten początek miał właśnie zabrzmieć żartobliwie. I może w rozmowie by wybrzmiał, ale nie na piśmie. Brata poniosło. Zaniósł mamie wszystko to, co wziął z domu rodziców, rzucił z hukiem na stół, coś jej jeszcze nagadał („Już więcej nic ci nie powiem – płakała mi później mama przez telefon i musiałem ją długo uspokajać i zapewniać, że więcej nie powtórzę takiego błędu, żeby cokolwiek przekazywać Pawłowi) i się wyniósł wielce obrażony.
A dzisiaj się jeszcze okazało, że Barbarę wciągnął do sprawy.
Bagno i patologia.
Ale głupota moja.

_________
¹ Do strzyżenia elektryczną. Nowej. Dla ojca specjalnie kupili, jak już leżał.
² Taaa…. Sam pisałem kiedyś na forum, że najlepszą metoda na likwidację bezdomności jest wywożenie bezdomnych mroźną zimą głęboko lasu. Że policja powinna się tym zajmować w ramach swoich obowiązków. To też nie było na serio, ale pewnie osoby znające mnie słabo brały te teksty całkiem serio.

Read Full Post »

Older Posts »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij