Bardziej by tu pasował klip z reklamą Znaku¹, który blog mi przypomniał (ze względu na kominiarza zapewne) przy okazji poprzedniego wpisu, ale że redakcja materiał ukryła (i wcale się nie dziwię ) zmieniając jego status na „prywatny”, niech będzie (ponownie) Henry Purcell z The Fairy Queen i „One Charming Night” w wykonaniu Davida Hansena.
_____
¹ Ciekawych (ciekawskich?) odsyłam do Web.Archive → Zbędna fatyga
+
Wracając przed dwudziestą z Biedronki pomyślałem, że może jednak niepotrzebnie podsunąłem mamie pomysł obejrzenia „Czarnego motyla” (Black Butterfly, 2017) z podstarzałym Banderasem.
– A nie będzie to za bardzo krwawe? – zaniepokoiła się mama. – Bo ja później mam w nocy koszmary po takich zbyt brutalnych filmach.
– No, raczej film był dość realistyczny – rzuciłem uspokajająco. – Najwyżej przełączy mama na Eurowizję.
Sam oglądam – chyba po raz pierwszy – „Ducha i Mrok” (The Ghost and the Darkness, 1996) z Valem Kilmerem.
Śpię do późna. Słucham radia. Netuję¹. Wieczorem, po godzinie „Koronacji Poppei” Monteverdiego² przenoszę się przed telewizor i oglądam (z przypadku) coś katastroficznego o trzęsieniu ziemi w Kalifornii³ i włoski klimatyczny kryminał⁴. Opijam się Coca-Colą, zażeram piernikiem. Świętuję?
_________
¹ Nie myślałem, że coming out, gdy jest się z drugiej strony, może być takim… szokującym przeżyciem? Nathi, którego znałem od lat jako zwyczajnego, może trochę postrzelonego geja, napisał o swoich doświadczeniach z tranzycją. Zaskoczony wyznaniem pojęcia nie miałem, jak zareagować, mózg mi się normalnie wyłączył. A przecież znajomość z Nathim jest czysto wirtualna i w sumie nawet dość luźna, kontakt mamy głównie na forum, i to, czy jest mężczyzną od urodzenia, czy nie, tak właściwie niczego nie zmienia, więc mógłbym, powinienem lecieć od razu jakimś banałem typu „Spoko luz, jest jak było”.
² Inscenizacja w reżyserii Calixto Bieito ze sceny barcelońskiego Teatre de Liceu. Muzycznie jest to bardzo dobre wystawienie. Inscenizacyjnie tak gówniane, że już chyba bardziej gówniane być nie może. Człowiek patrzy i nie wie, na co patrzy, bo to, co widzi i co słyszy (a rozumie, co słyszy, bo są napisy po polsku) nie składa się w ŻADNĄ spójną opowieść. Ale wykonawcy śpiewają ładnie. I momentami mimo wszystko miło na to popatrzeć, na przykład, gdy Poppea rozbiera Nerona (David Hansen), więc kiedyś pewnie dooglądam całość. Teraz zaliczyłem jedną trzecią i potrzebowałem zrobić przerwę.
³ „San Andreas” (2015) z Ioanem Gruffuddem w roli nieudacznika, który nie sprostał wyzwaniu i z Hugiem Johnstonem-Burtem znanym z „Zagadek kryminalnych panny Fisher” (twarz wydała mi się znajoma, ale nie rozpoznałem gościa bez munduru australijskiego konstabla).
⁴ Akcja dzieje się we Włoszech, w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Tajemniczy a tytułowy inspektor Ricciardi (Lino Guanciale) jest policjantem w Neapolu i ma tę przypadłość, że widuje niespokojne duchy powtarzające ostatnią, przedzgonną myśl. Reszta jest na wskroś realistyczna. Raczej.
Chociaż coś tam zacząłem już pisać. Wielki pean na cześć minimalizmu¹. Który miał się skończyć konkluzją, że fizyczność (typu odwiedzanie grobów bliskich) jest nieistotna, bo najważniejsza jest wdzięczna, żywa pamięć i to, co się ma w sercu. Ale zabrakło mi zapału, by dociągnąć rzecz do końca. I głowa mnie rozbolała. Od spadku ciśnienia ani chybi. Albo przez niedostatek cukru, bo lekarstwem okazało się wypicie butelki Coca-Coli. Trzech kubków (pojemność kubka 400 ml) dokładniej. W każdym razie głowa przestała mnie boleć, ale chęć do pisania nie wróciła. Zresztą tekst i tak miało być na forum, a dzisiejszą blotkę chciałem załatwić wrzutem zdjęcia kartki, która przyszła tydzień temu.
To „One Charming Night” jest w sumie takie dość plugawe, jeśli się zastanowić przez chwilę nad treścią.
__________
¹ Minimalizm? No w sumie…
Mam kuzynkę minimalistkę.
Kiedyś, jak była jeszcze materialistką, bardzo często najeżdżała nas w wakacje i bywało:
– Ooo… Jakie ładne nowe ręczniki – krzyczała w zachwycie po otworzeniu szafy. – I jaki duży babcia ma zapas…
– To weź sobie dziecko kilka – odpowiadała babka, która z wiekiem zaczęła się skłaniać ku minimalizmowi. – Mnie i stare wystarczą.
Albo.
– Ooo… Jakie ładne bursztynowe korale! Mogę przymierzyć, babuniu?
– Możesz, możesz – odpowiadała babka. – Albo nawet weź, jeśli chcesz. Ja i tak nie nosze żadnej biżuterii, więc one tylko tutaj leżą niepotrzebnie.
Przed powrotem kuzynki do domu powtarzał się przeważnie dialog typu:
– Na Śląsk mamy taki kawał drogi… Trzeba koniecznie zajechać na stację i zatankować bak do pełna, żeby nam paliwa gdzieś w trasie nie zabrakło.
– A dużo wydajecie na to paliwo? – martwiła się od razu babka. – Jak wam dam tysiąc złotych, to wystarczy?
– I może byśmy jeszcze po drodze zajechali na nad morze… – zastanawiała się głośno kuzynka. – Kilka dni urlopu jeszcze zostało, można by wykorzystać je do końca, a już jesteśmy tak blisko Bałtyku…
– To dorzucę wam jeszcze kilka złotych – mówiła od razu babka. – Żebyście mieli za co zatrzymać się nad morzem. Tysiąc złotych na kwatery to nie będzie za mało?
A później przyszedł zawale i babka całkiem straciła zainteresowanie sprawami materialnymi.
– Listonosz emeryturę przyniósł – mówiłem.
– To odbierz – odpowiadała babka. – Ja i tak na zakupy już nie wychodzę, więc sam odbieraj, przeliczaj i pilnuj, żeby się wszystko zgadzało.
– Gwiazdka się zbliża – przypominałem. – Może chce babcia coś wysłać wnuczce?
– A czy im to w ogóle potrzebne? – pytała babka. – Zbudowali dom na wsi, mają trzy samochody na trzy osoby, wszyscy pracują, w wakacje jeżdżą za granice, na święta w góry… Wystarczy sama kartka z życzeniami.
– Skoro babcia tak uważa… – przytakiwałem skwapliwie, a chytrze.
Na szczęście w tym czasie kuzynka też musiała przejść wewnętrzną przemianę. Wnioskując ze zdjęć, które podglądałem u ciotki, porzuciła zainteresowania materialne (dom jak był urządzony, tak pozostał), a skoncentrowała bardziej na rozwoju wewnętrznym i podróżach zagranicznych. Czemu sprzyjał fakt, że jej córka zadomowiła się na dobre we Francji i lubiła pokazywać rodzicom tamtejsze rejony. Kontakt z kuzynką ograniczył się do rozmów telefonicznych. Dwóch zasadniczo, przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem („Dostałam waszą kartkę, ale nie mamy poczty na wsi, więc dzwonię….”). A później babkę położyło złamanie i się całkiem rozsypała, więc kuzynka przestała dzwonić nawet przy okazji świąt, żeby jej dodatkowo nie męczyć koniecznością…
Dzień #2598 .
I tak właśnie wyglądają zazwyczaj moje zapiski na papierze. Bełkot i chaos.
Przed śniadaniem zakupy u Mistrza Jana. Od dwunastej ojciec (ciasto, piwo w kuchni). Od czternastej – Barbara (najświeższe wieści chorobowo-prokreacyjne o podlaskiej gałęzi rodziny). Przed piętnastą odbieram z apteki leki babki i dokupuję jeszcze różnych różności za pięć dych (prawie pełna torba dobra). Później krótka wizyta w pawilonie (tylko kawałek pasztetu na śniadanie dla babki) i szybki wypad do saloniku RUCH-u po jesienny numer „Przekroju”. Obiadu (pierogi) mógłbym w ogóle nie szykować. Babka jest w słabej formie, woli spać, niż jeść. Wieczorem trochę czytam i przesłuchuję wreszcie purcellowską płytę Hansena*, utwierdzając się w przekonaniu, że to był dobry zakup.
______________
* a może jednak bardziej purcellowską płytę z Hansenem
Się tak snuję z kąta w kąt, całkiem niekonkretnie, bez celu i sensu. Po południu rozpakowuję przesyłkę z Gildii, przeglądam książki i komiksy, podczytując to i owo. Na obiad babce smażę ostatnie jajko (mówi, że niegłodna, że nie będzie nic jadła), sam kończę pyzy. Wieczór teatralny z „Edwardem II” Marlowe’a (Jan Peszek w roli tytułowej) kończy mi się po trzydziestu minutach oglądania restartem komputera. W odpalonej ciut później „Agrippinie” Haendla (Boston Baroque 2015, David Hansen w partii Nerona) streaming łapie zawiechę w połowie przedstawienia. Kończę ostatecznie na odcinku „Grimma”, w którym (tym odcinku) scenarzyści przeżuwają po raz n-ty opowieść o Piotrusiu Panie.
Deszcz i czekanie na dostawę ziemniaków (1,20 zł/kg) przetrzymały mnie przez cały dzień w domu. Do południa układam puzzle (zły Czartogromski! zły!) słuchając płyty Davida Hansena (drugi tydzień w odtwarzaczu). Później trochę czytam (dwudziesty tom Agathy Raisin – równie słaby, jak wszystkie poprzednie), coś tam oglądam w tv (babkę namówiłem na odcinek Bonanzy) i niestety znów kupuję.