Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Z pamiętnika robola’ Category

Boris Akunin, Sokół i Jaskółka Nie mam jakiś estetycznie wygórowanych wymagań. Zdarzało mi się już przecież grzebać za książką w śmietniku. Ale sposób sprzedaży literatury w Biedronce bywa naprawdę odrażający. Nie wiem, czy to tylko w mojej, czy mamy do czynienia z ogólną praktyką, ale jak patrzę na te skotłowane sterty książek, to mnie odrzuca. Teraz też pomyślałem od razu „Makulatura i chłam”. I gdyby Akunin nie leżał na wierzchu usypiska, pewnie bym nawet nie sprawdzał, jakie tytuły są tym razem w ofercie.

Reklamy

Read Full Post »

SAM_5303 Przed śniadaniem mam wyprawę do paczkomatu po przesyłkę ze Znaku. Paczka przyszła już wczoraj, ale zbyt późnym wieczorem, bym zdecydował się na zostawienie na godzinę babki samej w domu.
Gorey w ilustracjach do „Trzech opowiastek dla dzieci” okazał się skromniejszy, niż w swoich autorskich tomikach. Za to tom Wasowskich jest w całości zadowalający. Że „zachwycający” pisać przed lekturą byłoby na wyrost (a i płyty nie zdążyłem odsłuchać przez nadmiar atrakcji na antenie Dwójki), choć po cichu tak właśnie myślę. Mimo nadmiaru sobotnich przyjemności pod wieczór znów mnie nosi. W związku z czym rzygam tęczą wdając się w niepotrzebne dyskusje na FB.

Read Full Post »

Od przybytku głowa nie boli Z wydarzeń wartych odnotowania – obsługa w Solaris znów stanęła na wysokości zadania.
Przesyłka przyszła szybko, a korekta zamówienia została uwzględniona.
W tej sytuacji nie muszę się już martwić o urodzinowy prezent dla mamy. W poniedziałek dostanie piąty z serii kryminałów Camilli Läckberg, a trzy pozostałe, jak tylko sam je przeczytam.

Read Full Post »

Brat po piłę (piwnica znów zaczyna wymagać odgracenia). Na obiad frytki. Wieczorem tunezyjska „Nić”. Marudny nastrój babki pacyfikuje groźbą wyjazdu do pracy na wsi u Satyków, co zresztą nie odnosi pożądanych skutków (babka: Możesz się nawet do nich wyprowadzić, skoro tak ci tam dobrze).

Siurpryza, albo Dzień trzydziesty piąty (środa)

Ciąg dalszy
10:45-16:40 W Gardenowie (siedlisko nad rzeką).
Różne prace powiedzmy gospodarcze.
Było układanie desek w porządne sagi celem przykrycia i zabezpieczenia na zimę. Było piłowanie odpadków i wożenie opału pod wiatę. W sumie pierdoły, którymi – gdybym był na miejscu Satyków – bym się zajął sam, bez angażowania pomocnika.
15:00 Przerwa na obiad – zupa warzywna z wkładką w postaci pulpetów.
Posiłek uatrakcyjnia konwersacja na tematy polityczne.
– Będzie ciężko w przyszłym roku – Satyka jest zafrasowany. – Wie pan, byliśmy umiarkowanymi zwolennikami PO i..
– Mów za siebie – żona wchodzi mu w słowo. – Ty byłeś. Ja na Tuska nigdy nie głosowałam.
– W każdym razie myśleliśmy, że to rozsądny polityk i chce dla kraju dobrze. Ale teraz zaczęliśmy czytać na jego temat. W Internecie można znaleźć dużo niepokojących rzeczy. Wie pan, z kim się spotkał Tusk, gdy został premierem i pojechał do USA?
– Oficjalnie z prezydentem, ale tak naprawdę to miał spotkanie z synodem żydowskim! – rzuca Satykowa, nie czekając na moją odpowiedź.
– Obiecał Żydom zwrot ich majątków! Wszystkich! Zabranych przez Hitlera ale i tych, które sami porzucili wyjeżdżając z Polski! Odszkodowania dostaną nawet ci spadkobiercy, którzy nie mają polskiego obywatelstwa.
– Rabini wmówili mu, że to ma być tylko 200 milionów, ale prawdziwe kwoty przewyższają wszystkie dotacje jakie bierzemy z Unii Europejskiej.
– Lech Kaczyński się o wszystkim dowiedział… i się od razu wydarzyła katastrofa w Smoleńsku.
Słucham z uwagą pochylony nad talerzem, kiwając głową i pracowicie żując chleb, by nie parsknąć śmiechem.
– Żydzi to przebiegły naród. Już nawet w Kętrzynie zdobyli swój przyczółek – Satykowa jest wyraźnie poruszona.
– Tak? – udaję zainteresowanie.
– Wie pan, gdzie kiedyś była synagoga. Niemcy spalili ją przed wojną. A teraz Żydzi wmurowali w tym miejscu tablicę informacyjną! – bulwersuje się gospodyni.
– Tak? Nie wiedziałem.
– Tak tak, na chodniku, zaraz przy wejściu do sklepu sportowego. Zaczęli od tablicy, a za chwilę zażądają zwrotu działki!
17:15 Powrót do domu.
Babka jest szczęśliwa.
– Dzień bez ciebie był taki długi!
18:00 Kąpiel. Pranie. Kolacja.
19:00 Spokojny odpoczynek przy komputerowym monitorze.

Wersja poprawiona 2012.11.16

Read Full Post »

W poprzednim odcinku.

8:45 Dzwonek komórki podrywa mnie z łózka. Właściwie już nie śpię (babka od siódmej czeka – dość hałaśliwie – na gościa z wodociągów spisującego liczniki), ale żebym był do końca obudzony, to też nie za bardzo. Sięgam półprzytomnie po telefon i odbieram, nie sprawdzając nawet kto dzwoni.
– Z tej strony Satykowa. Jak tam babcia? Nie jest pan dzisiaj zajęty? Miałby pan czas popracować u nas?
– Jeden dzień? – wzięty z zaskoczenia nawet nie myślę (czy ja w ogóle myślałem w trakcie tej rozmowy?) o odmowie.
– Tak, praca jest tylko na dzisiaj. Trochę mężowi przy domu pomóc, drzewo poukładać. Szybko robi się ciemno, to dłużej jak pół do piątej nie popracujemy.
– Na jeden dzień mogę się wyrwać.
– To podjedziemy po pana za piętnaście dziesiąta i damy sygnał.
– Będę czekał.
Babkę lekko przygnębia informacja, że zostawiam ją samą na cały dzień.
– Ciśnienie ma babcia dziś dobre – rzucam uspokajająco. – W lodówce jest gotowy obiad [babka ziemniaczana], wystarczy odgrzać. Nic się babci nie stanie.
9:00 Zakupy w piekarniczym. Śniadanie. Później kilka minut spokojnej lektury (nadal drugi tom „Kłamcy” Ćwieka – opowiadania o Lokim czyta się wartko, ale odciąga mnie od książki niewygasły abonament na OutFilmie).
10:00 Satykowie.
Jazda upływa nam szybko, na lekkiej rozmowie, z majstrem (Satykowa: Tak mi ten człowiek zalazł za skórę, że za darmo bym nie chciała, żeby u mnie pracował!) w roli głównego tematu konwersacji.
10:45-16:40 W Gardenowie (siedlisko nad rzeką).
Różne prace powiedzmy gospodarcze.

[…] Tu robię przerwę w pisaniu celem wyniesienia na strych prania.  A później może coś obejrzę, jakąś komedię najpewniej, bo dramatów mam dość w życiu. Blotkę – i tak już zbyt długą – dokończę jutro.

Read Full Post »

Rankiem okazało się, że jedziemy już tylko zabrać graty. Majstra we wtorek tak przewiało, że coś mu wlazło w kark i zaostrzyło niedoleczone zapalenie ucha.
– Na razie zrobimy przerwę – poinformował mnie pan K. – Zresztą nie będę tam nic dalej robił, dopóki dokładnie nie ustalę ceny! Rozliczymy się do końca za wytynkowaną ścianę, zobaczę jak płacą i będę wiedział, czy warto dalej tam jeździć.
Nastawiłem się w związku z powyższym na kolejną porcje nieprzyjemnych targów, tymczasem wszystko poszło nadspodziewanie gładko.
Gospodarze podeszli na spokojnie do informacji o chwilowej przerwie w robocie. Jak mus to mus – czasu na chorobę nikt sobie nie wybiera. A za tydzień, dwa pogoda może być nawet lepsza na tynkowanie, niż teraz.
Z rozliczeniem nie poszło już tak bezboleśnie.
Jak to tak – zostawiać rozbabraną robotę? Przyjedzie pan za kilka dni, skończy tynkowanie, wtedy zapłacimy za wszystko – stwierdził gospodarz-syn. – Teraz nie wziąłem z banku pieniędzy na dodatkowe wydatki.
Później jeszcze wynikła 20% rozbieżność między ceną z zeszłojesiennych uzgodnień podaną przez majstra, a pamiętaną przez gospodarzy. Ale pan K. już nawet za bardzo się z tego powodu nie ciskał i nie obstawał przy swoim.
Dobra, nie ma o czym gadać na darmo – wstał po kilku zdaniach zaogniającej się dyskusji. – Trzeba jechać, bo antybiotyków jeszcze nie wykupiłem.
Pożegnaliśmy się na spokojnie i wyjechaliśmy z Czarcich Dołów, jak można przypuszczać już na dobre, bo wbrew pozorom majster postanowił już tam nie wracać.
– Lepiej stracić kilka złotych, niż się dalej męczyć z takimi chujami – stwierdził po krótkiej porcji pomstowań na gospodarzy. – Stary to liczygrosz, ale młody nie lepszy! Przetrzymam ich do zimy obiecując powrót, a później wystawie do wiatru. Niech sobie wtedy szukają frajera do skończenia tynkowania!

Read Full Post »

Było nieprzyjemnie. I to bynajmniej nie tylko z powodu nieciekawej pogody – przejmującego, zimnego wiatrzyska i deszczu, który po obiedzie zgonił nas z placu robót, zmywając przy okazji świeży tynk z lewego szczytu.
6:24-16:15 W Czarcich Dołach (gospodarstwo rolne).
Do śniadania kończymy tynkować tylną ścianę garażu. Później przechodzimy na lewy szczyt – ustawiamy rusztowanie, wstawiamy nowe okno. Po obiedzie ruszamy z tynkowaniem.
Pan K. od rana jest w dość wrednym nastroju. W czasie jazdy nadaje non stop na gospodarzy, u których pracujemy (a ja ich zdążyłem już nawet lekko polubi, zwłaszcza sympatycznego syna gospodarzy).
Przy pierwszej betoniarce wynika afera o niedokręcony baniaczek, z którego przez noc wyciekł prawie cały płyn dodawanym zamiast wapna do zaprawy. Pan K. piekli się, jakby był to specjalny zamach przeprowadzony celem opóźnienia roboty.
Po fajrancie przeżywam niezręczne, nieciekawe chwile w trakcie końcowego rozliczenia za prace przy domu. Majster pokazuje się ze średnio atrakcyjnej strony – przed wzięciem roboty umówił się na zwrot wydatków na paliwo, a oczekiwał, że domyślni gospodarze błysną hojnością i zaproponują mu dodatkową kasę (w satysfakcjonującej go wysokości) za amortyzację samochodu. W drodze powrotnej mam powtórkę z porannej jazdy – wyrzekanie na chciwych rolników, którzy nie potrafią docenić roboty prawdziwego fachowca.
16:40 W Kętrzynie.
Od razu gonię do saloniku RUCH-u nadrobić zakupowe zaległości (nawet październikowego numeru „Filmu” jeszcze nie miałem).
17:00 W domu.
Pogawędka z babką (w dzień była u niej mama), chwila przed telewizorem (oglądam końcówkę „Rosenstrasse” z Katją Riemann).
18:20 Kąpiel.
19:00 Komputer.

Read Full Post »

Older Posts »