Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Lidka’

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Wydaje się, że sąsiedzi z parteru zaczęli ignorować moje powitalne „Dzień dobry”.
Za pierwszym razem oboje pędzili gdzieś szybko. „Pewnie się spieszą do kościoła – pomyślałem – i nie usłyszeli z tego pośpiechu”.
Za drugim razem zostałem niezauważony przez męża. Mroczyło się, mżyło, facet znów się spieszył. „Pewnie za cicho się odezwałem, nie ukłoniłem dość głęboko” – uznałem.
Dziś wracając po szesnastej z zakupów zetknąłem się oko w oko z sąsiadka. I znów nic, cisza., brak reakcji.
Ale byłem bez okularów, to może nie zauważyłem, że skinęła głową na powitanie?
Bo myślę i myślę, i nie mogę wymyślić żadnej przyczyny, żadnego powodu do powzięcia odrazy względem mojej osoby przez to stadło nauczycielki i urzędnika.

Reklamy

Read Full Post »

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ I kolejna pozycja do listy strat: prodiż. Padł w trakcie pieczenia ryżu z jabłkami, więc przy okazji zostałem też pozbawiony obiadu.
I zmarnowałem cały arkusz brystolu na jedno niewielkie leporello. Bo najpierw krzywo złożyłem harmonijkę, a później źle wymierzyłem szerokość stron i wyszła za duża.
Aż strach, co przyniosą kolejne dni tygodnia.

Read Full Post »

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Babka wczesnym rankiem jest nadaktywna (rozgadana), ale w porze śniadania uspokaja się, sama zasypia i mnie daje dospać do dwunastej. Na obiad mam jeszcze leczo z cukinii (sobie robię miskę mizerii). O gównianym wieczorze nie ma co wspominać. Przed snem włączam odcinek „Brzyduli Bettty” (Ugly Betty). Mignął mi na Facebooku Michael Urie (w informacji, że zagra w „Torch Song Trilogy” Harveya Fiersteina) i jakoś nabrałem chęci, by wrócić do serialu o Betty Suarez.

Read Full Post »

Dzień # 1125.

Rano poszedłem do Mistrza Jana po chleb – wróciłem z makowcem i kawałkiem szarlotki (mazurki chyba rozprzedali już wczoraj). W Nemezji miałem kupić śledzie na obiad i kiełbasę na święconkę – wziąłem prawie kilogram sernika.
Babka doczekała się wreszcie życzeń z Litwy (w dwa z małej mieściny hen za Wilnem za 0,62 €), a ja pierwszych sygnałów, że moje kartki docierają do adresatów.
Pod wieczór biorę się za malowanie jajek. Robię to tradycyjnie, w cebulaku, ale z podpatrzonym pomysłem na wzorki z liści. Rezultaty okazały się dość średnie, ale wiem, co zrobiłem nie tak (podstawowy błąd wynikły z lenistwa – użyłem niewłaściwej roślinności) i na przyszły rok na pewno będzie ładniej.
Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Read Full Post »

– Też musicie przesadzić swojego fikusa. Bo wam zmarnieje – przypominam bratowej. – Przekaż Pawłowi, niech się wreszcie tym zajmie.
– Jemu nie ma co mówić, bo i tak wszystko zostawi na mojej głowie – Barbara nie traci okazji do skargi na męża. Być może nawet zasadnej, ale czy ja muszę tego wysłuchiwać?
– Będę sama musiała doniczkę kupić i ziemi przynieść.
Przez chwilę walczę z pokusą by spytać, co się stało donicy, którą dostali od mamy („Dałam im dużą donicę w zeszłym roku. Jesienią. Ale pewnie potłukli. Bo pies chyba by nie zżarł, jak tego parasola, który pożyczyli? U nich jakoś wszystko strasznie szybko się zużywa.”), ale dałem sobie spokój. Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Read Full Post »

Wesołych Świąt Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Bratowa robi mi pobudkę po dziewiątej. A później uszczęśliwia swoją osobą aż do czternastej trzydzieści. Przyjechała na przedświąteczne zakupy. Ponoć z pustym portfelem, ale rano miała dostać jakąś kasę przelewem na konto. Tyle, że nie dostała. Ani ramo, ani w południe, ani po południu.
Pomyślałem, że pożyczka z mojej strony rozwiążę problemy. Rozwiązała połowicznie. Barbara robił zakupy, ale bez pospiechu i wraca do domu dopiero ostatnim możliwym autobusem.

Read Full Post »

W Dniu Imienin Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Mama zjawia się po ósmej, już z pierwszymi zakupami. Między innymi z niewielkim tortem od Mistrza Jana.
– Bo miałeś tylko raz w życiu, to pomyślałam, że wezmę – wyjaśnia.
Próbuję jeszcze trochę drzemać, ale mama nie przestaje nadawać. O dziewiątej poddaję się i wyłażę z łózka. Godzinę później, już po kawie i śniadaniu (w/w tort), wychodzę do fryzjera. A gruntownie ostrzyżony ruszam w rundkę po mieście.
W obu księgarniach szukam bezowocnie książek o piłkarzach dla Kunegundy (mam listę od mamy). W saloniku Ruchu kupuję grudniowe „Kino” i pierwszy numer reaktywowanego „Przekroju” (choć format i szata graficzna mówią „Zostaw na półce, nie bierz tego do domu”). Płacę rachunek w wodociągach. Oglądam choinki (wszystkie zbyt rozłożyste) na placu przed zieleniakiem. Czas szybko leci, nawet nie zauważam, kiedy mija dwunasta trzydzieści.
Na schodach w bloku spotykam sąsiadkę z parteru, która wybiera się z roczna córką na spacer. Rozmawiamy przez chwile. W trakcie sprawdzam skrzynkę i oprócz dwóch nowych kartek znajduję awizo przesyłki o niestandardowych rozmiarach. Postanawiam od razu przejść się na pocztę i zobaczyć, co i od kogo dostałem w prezencie. Daremny trud.
Niespodzianka Po odstaniu kwadransa w kolejce podchodzę do okienka, podaję awizo… i dupa.
– Nic tu dla pana nie mam – stwierdza panienka z okienka. – Pewnie listonosz ma przesyłkę z sobą.
– Ale przecież to coś nieformatowego – zauważam – Listonosz chyba w ogóle tego z sobą nie zabierał.
– To może zamknął w swojej szafce. U mnie nic nie zostawił.
– A ta tuba? – kiwam w stronę rulonu podobnego do tych, w jakich zawsze dostaje od Pinokia firmowe kalendarze – Może to do mnie?
Panienka z okienka sprawdza adresata.
– Nie, to nie do pana – stwierdza.
Po osiemnastej, gdy zjawiłem się na poczcie po raz drugi i trafiłem na inną kobietę z obsługi okazało się, że to była jednak moja tuba. Ale teraz odchodzę z kwitkiem. Więc żeby nie być całkiem stratny z tym wyjściem na pocztę przechodzę na drugą stronę ulicy i kupuję u ogrodnika niewielką choinkę.

Read Full Post »

Older Posts »