Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Marcin’


Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Pochłodniało i mży od późnego popołudnia. Przez chwilę noszę się z pomysłem przespania całego dnia. Na szczęście nie wprowadzam planu w życie, bo i tak nic by z niego nie wyszło. Po czternastej zachodzi Paweł, ponetować przed zakupami, a jakieś pół godziny po nim Kunegunda, po obiecany prezent urodzinowy.

2023.04.26 uzupełniono o zdjęcie

Read Full Post »

Sobota

Zakupy w Biedronce robię zbyt późno, dobrze po dwudziestej pierwszej. Przez co mało brakowało, a zostałbym na nocny maraton serialowy bez Somersby. Sklep ściśle przestrzega lokalnych ograniczeń w sprzedaży alkoholu i po dwudziestej drugiej nie ma co podchodzić z trunkami do kasy. Na szczęście uczynni kolejkowicze stojący w ogonku do jedynej czynnej kasy na apel kasjerki przepuścili wszystkich klientów z procentami i wyrobiłem się z zapłatą za towar przed godziną prohibicji.

Niedziela

Praktycznie przedrzemałem cały dzień. Gdyby nie babka, której parzyłem kawę na śniadanie, nie gotowałbym nawet wody. Radio włączam dopiero przed dziewiętnastą. Komputer wyłączam już przed pierwszą, po jednym odcinku „Dawno, dawno temu”. I gdyby nie kąpiel i doczytywanie „Pod tęczą” (bajka większa, niż opowieść o Storybrooke i jego dotkniętych klątwą mieszkańcach¹) pewnie bym się spać położył wyjątkowo wcześnie.

Poniedziałek

O dziesiątej wygania mnie z łóżka stukanie do drzwi wracających z Suwałk Barbary z Kunegundą. Panie nawiozły z sobą weselnych różności, z których wolałem jednak nie korzystać. Nie odmawiam jedynie pudełku ciastek, żeby już nie wyjść na całkowitego… Hmmm… Jest jakieś określenie na osobę, która wzbrania się przyjęcia darów?


______
¹ Czyli „Dawno, dawno temu” (Once Upon a Time).

Read Full Post »


W nocy padam po jednym odcinku „Rojstu”. Trzeba mi było jednak odespać po południu przedwczesną pobudkę sprawioną przez listonosza¹.

_______
¹ Zjawił się w szortach, ale byłem tak zaspany, że nawet nie zauważyłem, czy miał zgrabne nogi.

Read Full Post »

31°C. Po szesnastej spadł krótki, acz dość obfity deszcz i temperatura o dziesięć stopni. Cóż za ulga!

Babka z niestabilnym ciśnieniem, przed deszczem niepokojąco wysokim, po tabletkach zbyt niskim. Obiad ledwo rusza, bez apetytu i zainteresowania, ale wieczorem zasypia dość spokojnie. I uwolniona od chłodzenia wentylatorem mniej kaszle. Poza tym nic nowego – w lekturze nadal „Domy pisarzy”, w serialach powrót do „Chicago Fire”, w radiu Chopin¹ (ciągle nie jestem fanem), w necie stały zestaw odwiedzanych stron.
_____________
¹ Trwają eliminacje do XVIII Konkursu Chopinowskiego, co Dwójka (PR2) obficie transmituje.

Read Full Post »

Byle do chłodów jesieni.

Piątek

27°C. Pochmurnie, parno. Po piętnastej rozpogadza się i dogrzewa. W nocy deszcz i trochę wytchnienia od upału.
Barbara przez pięć minut, albo nawet i krócej (na tyle, by skorzystać z toalety).
Kończę drugi sezon „The Order”. W trzecim, który nie powstanie, miała się ponoć pojawić armia żywych trupów, więc może i dobrze, że Netflix tego nie nakręcił.

Sobota

24°C. Słońce pokazuje się dopiero po szesnastej, więc balkon jest otwarty cały czas i nie trzeba włączać wentylatora.
O dwudziestej zakupy w Biedronce. Kupuję soki na tydzień, Somersby i chipsy. W skrzynce kartka ze Szklarskiej Poręby od Marcina. Nie sprawdzałem w piątek poczty? Miło, że przysłał bez nagabywania. W nocy są jakieś problemy z netem, wracam więc do trzeciego sezonu „Babilon Berlin”, którego odcinki mam na dysku.

Niedziela

24°C, ale od czternastej słońce dogrzewa tak intensywnie, że muszę zaciemnić pokój. Trochę czytam, słucham radia. W nocy kończę „Babilon Berlin”, który nadal zachwyca scenografią i dbałością o detal (męska bielizna w dwudziestoleciu międzywojennym była paskudnie antyseksualna), ale w samej fabule, zwłaszcza kryminalnej intrygi, zostawia lekki niedosyt.

Poniedziałek

30°C i zero wytchnienia.
12:20-14:40 Barbara z Kunegundą. Matka, zatopiona w komórce, zaległa w pokoju, córka zajęła fotel w przedpokoju i też
nie odrywa oczu od wyświetlacza telefonu. Wypijam śniadaniową kawę, siadam pod wentylatorem przy babce i czekam, aż się goście wyniosą. Po piętnastej chmurzy się i zbiera na burzę, ale na samym zbieraniu się kończy. Grzmi gdzieś daleko w oddali, a spada ledwo kilka kropel, nie dość, by zwilżyć choćby chodniki. Po odcinku „Przygód Sindbada Żeglarza” ucinam sobie godzinną drzemkę. O dwudziestej wychodzę po mleko do pawilonu, później leniwie netuję słuchając radia.

Read Full Post »


Po jedenastej zjawia się Barbara. Parzę jej herbatę, a później, zajęty śniadaniem babki, nawet nie bardzo zwracam uwagę na obecność gościa. Co jest o tyle łatwe, że bratowa, usiłując coś załatwić, czy czegoś się dowiedzieć, wydzwania po różnych urzędniczkach i intensywnie konwersuje.
O dwunastej, nadal w trakcie śniadania, telefonuję na wieś. Po odhaczeniu stałego zestawu pytań (jak się babka czuła rano, czy spała spokojnie w nocy, jak ciśnieniem, czy ma apetyt itp. itd.) przechodzimy do spraw mniej codziennych
– Powiedziałem wczoraj ojcu, że go porównałeś do Barbary – relacjonuje mama, której nie zdążyłem uprzedzić, że właśnie goszczę bratową. – Obraził się śmiertelnie. Stwierdził, że więcej jego noga u was nie postanie. Teraz trzeba by jeszcze opowiedzieć o wszystkim Barbarze i miałbyś spokój z gośćmi na dłuższy czas.
– Co tam o mnie rozmawialiście? – ciekawi się bratowa, gdy po skończonej rozmowie odnoszę słuchawkę do przedpokoju.
– A takie tam… że jesteś w mieście.
Do czternastej robię za miłego gospodarza. Później relaksuję się przez dwie godziny w sieci. O szesnastej załatwiam sprawy na poczcie i szybkie zakupy w zieleniaku (ciemne winogrona – mołdawskie? – bardzo przypadły babce do smaku) oraz Gamie. Wieczór spędzam nad „Wyspą złoczyńców” Nienackiego.

Read Full Post »

Mama przyjechała przed ósmą. Trzymając przed ojcem pełną tajemnicę, że zamierza nocować w mieście.
– Ale czemu tak? – zdziwiłem się.
– Zaraz by zaczął marudzić, że sobie nie poradzi. Nie wiem, czy on już taki stary i niedołężnieje, czy może na coś chory. Unika lekarza, więc trudno coś pewnego powiedzieć.
– Już całkiem dała sobie mama wejść na głowę! – stwierdziłem ucinając temat.
Babka przebudziła się jakoś wcześniej, więc już po dziewiątej zjadła śniadanie. Później jeszcze sam zdążyłem wypić kawę i zacząłem się szykować do wyjścia na dworzec. Wszedłem do łazienki, odkręciłem kran nad umywalką…
„A czemu to kapie z wężyka przy liczniku? – zaciekawiłem się. – Czyżby się odkręcił?”
Sięgnąłem ręką, by usunąć usterkę i wężyk został mi w dłoni, a obfity strumień chlusnął na łazienkę, momentalnie zalewając pół podłogi i mocząc mnie dokumentnie. Była 10:05, pociąg Marcina miał przyjechać o 10:30, a ja właśnie dostałem dodatkową atrakcję dnia w postaci awarii. Bo wężyk doprowadzający wodę nie odkręcił się, tylko skorodował od środka i obłamał, zostawiając gwintowaną część w zaworze, tak że sam (bez odpowiednich narzędzi) nie miałem najmniejszych szans, by się uporać z problemem. Normalnie tragedia!
– Może któryś z sąsiadów pomoże? – podsunęła mama
– O tej porze? Żaden nie jest hydraulikiem. Zresztą o tej porze nikogo nie zastanę w domu.
– A ten, co mieszka po Melce?
O tym gościu nawet nie pomyślałem. Poszedłem sprawdzić. Żona sąsiada akurat odbierała przesyłkę od kuriera, mąż („A tak, hydrauliką też się zajmuje”) coś tam gdzieś naprawiał przy samochodzie, ale sąsiadka przedzwoniła do niego spytać, czy może przerwać i pomóc („temu panu, co mieszka na górze z babcią” – RODO i brak wywieszek z nazwiskami lokatorów utrudnia jednak życie), bo brak wody w upalny dzień to jednak spory problem.
– Będę za dwadzieścia minut i ogarnę sytuację – facet obiecał od razu.
Mogłem więc spokojnie zostawić mamę na gospodarstwie i pędzić na dworzec. Zdążyłem na czas, nawet miałem jeszcze trochę zapasu i mogłem się rozejrzeć po książkach na regale bookcrossingu.
Z rozpoznaniem Marcina nie miałem najmniejszego problemu, bo sam do mnie podszedł, zresztą był chyba jedynym wysiadającym podróżnym w odpowiednim wieku. Na początek pochwaliłem się ładnie wyremontowanym dworcem i zaprowadziłem na wystawkę poświęconą regionalnym tradycjom kolejowym. Później Marcin się ochronnie namaścił przed słońcem (może nawet nie bardzo intensywnym, ale przygrzewającym niezgorzej) i zaczęliśmy wycieczkę po mieście. Zamek (muzeum) okazał się być otwierany dopiero o dwunastej, więc na pierwszy ogień poszło zwiedzanie obszaru dawnego starego miasta i kościół św. Jerzego (bez wchodzenia na wieżę i podziwiania panoramy Kętrzyna, bo Marcin nie wydobrzał po kontuzji kolana). Po wyjściu z bazyliki sprzedałem jeszcze opowieść o najznaczniejszym niemieckim poecie urodzonym w Kętrzynie (Arno Holz) i najgłośniejszej miejscowej zbrodni czasów międzywojennych, zrobiliśmy zakupy u Mistrza Jana (budynki związane z poetą i zbrodnią są w sąsiedztwie piekarniczego) i zaprosiłem Marcina do domu na kawę. Mama miała pewne obiekcje przed podejmowaniem gości w dobie pandemii koronawirusa, zwłaszcza takich przyjezdnych ze Śląska. Ale gdy przyszło co do czego, zamiast wycofać się bezpiecznie do pokoju, wdała się z Marcinem w swobodną konwersację (drobne przesłuchanie), co pozwoliło mi lekko odpocząć. Na co dzień mówię jeszcze mniej, niż się ruszam, a oprowadzając kogokolwiek po mieście poczuwam się do obowiązków dobrego przewodnika i opowiadam, co wiem o mijanych obiektach.
Po dwunastej wychodzimy do muzeum. Na pokazie multimedialnym o historii miasta był już komplet (z wiadomych powodu ograniczono widownię do 15 osób), obejrzeliśmy więc tylko stałe wystawy (tutaj remont niewiele zmienił): sztuki dawnej w reprezentacyjnej sali na parterze, oraz o przeszłości miasta i regionu, z masonikami, kącikiem Kętrzyńskiego i gablotką XVIII wiecznych książek z biblioteki pałacowej w Arklitach, które kilka lat temu ktoś wyrzucił w Olsztynie do śmietnika. Zeszła nam w zamku przynajmniej godzina. Później Marcin kupił sobie magnes na lodówkę (pewnie nie ma świadomości, że mieszkanie z takimi magnesikami nigdy nie będzie wyglądało elegancko i zamożnie) w kiosku z pamiątkami przed zamkiem, przegadując przynajmniej dziesięć minut z kioskarką (gdyby nie tworząca się kolejka i moja interwencja, rozmowa trwałaby dłużej) i ruszyliśmy w miasto. Trasą wzdłuż murów obronnych (w zieleniaku u pani Doroty kupujemy wodę, niestety butelki nie były z lodówki) przeszliśmy do loży masońskiej, dalej były dwa neogotyckie budynki – starostwo i ogólniak – oraz miejsce po spalonej synagodze, ratusz i plac z pomnikiem Kętrzyńskiego. W „Kardamonie” (restauracja w piwnicach ratusza) zasięgamy informacji w kwestii obiadu – Marcina interesują dania regionalne – i usatysfakcjonowani odpowiedzią zapowiadamy powrót za godzinę czy półtorej, po obejrzeniu jeszcze kawałka miasta. We wspomnianym kawałku zmieścił się kościół św. Katarzyny (tradycyjnie zamknięty, wnętrze do podziwiania przez kraty), spacer wokół jeziorka z krótkim przysiadem w altanie na molo, co było zwłaszcza mnie potrzebne, bo zaczynał mnie wykańczać parny upał. Wizytę w stadninie Marcin sobie darował, na amfiteatr rzucił okiem z daleka i poszliśmy coś przegryźć.
„Kardamon” powitał nas miłym chłodem. Rozsiedliśmy się wygodnie w środku. Po krótkim zastanowieniu Marcin wybrał dania, a ja powtórzyłem jego zamówienie i czekając na rybną zupę oraz gulasz na babce ziemniaczanej, zajęliśmy się swobodną rozmową, popijając chłodne piwo i wypisując karki z pozdrowieniami. Rozmowa wiadomo, kręciła się głownie wokół fantastyki i znajomych forumowiczach. Że było to w „Kardamonie”, nie mogłem nie wspomnieć o mojej wizycie z Bolevitchem w tym lokalu, z której bardziej niż deser i rozmowa utkwiło mi w pamięci spotkaniem z wydziaranym złodziejem, przyłapanym przez obsługującą nas kelnerkę z ręką w kasie.
Po obiedzie przeszliśmy się jeszcze trochę po placu Piłsudskiego (przypomniałem sobie o ławeczce Kętrzyńskiego przy fontannie) i okolicznych ulicach, a później niespiesznie ruszyliśmy na dworzec. Pociąg wbrew obawom Marcina przyjechał o czasie. Pożegnaliśmy się bez zbędnych czułości. Marcin wsiadł do wagonu, a ja nie czekając, aż skład odjedzie (planowo 16:50) wróciłem do domu, gdzie od razu wykapałem się, nawodniłem i padłem, pokonany zmęczeniem i bólem głowy.

Read Full Post »

Older Posts »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij