Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Pers bez skóry’

(chyba pierwszy raz mi się zdarzyło, że napisałem blotkę i zapomniałem kliknąć „Opublikuj”)

Nie chce mi się pisać, więc nie będzie o tym:
– że Dorian dopiero teraz wyciągnął z pocztowej skrzynki moje i Marcina pozdrowienia z Mazur (a już byłem przekonany, że przynajmniej ta jednak kartka z serii „Pers bez skóry” poszła na zatracenie)
– że polski Kościół idąc wbrew współczesnej wiedzy i światowym trendom chciałby się zaangażować w tworzenie „poradni, pomagających odzyskać zdrowie seksualne i naturalną orientację płciową”
– że mógłbym wieczorem doczytać „Wyrwę”, ale ostatni, finałowy kawałek powieści zostawiłem na sobotę
– że po nocy marnotrawię czas przy komputerze na pierdołach, z których najsensowniejszym zajęciem było chyba oglądanie różnych wersji duetu Son nata a lagrimar (niestety doczytałem wcześniej, że tak naprawdę Cornelia była tylko macochą Sesta, więc mi to trochę zaburzało percepcję).

Read Full Post »

Pogoda całkiem się popsuła. Pada od poniedziałkowego wieczoru, dość niemrawo, ale prawie non stop. Nie chciałem na mieście epatować niepotrzebnie swoim tęczowym parasolem, więc koryguję obiadowe plany i zamiast smażyć ziemniaczane placki (ze sklepu potrzebowałbym śmietany) odgrzewam porcję pierogów. Babce na szczęście i to pasuje. Wieczorem szykuję etykietki z datą (2020) na przetwory. Chociaż nie wiem, czy będę jeszcze coś robił oprócz konserwowej papryki, bo w ogrodzie u mamy wszystko dość słabo rośnie.
Z sześciu wysłanych przy wizycie Marcina kartek doszły do adresatów przynajmniej trzy, dobre i to.

Read Full Post »

Żłopię Somersby, obżeram się czipsami, czekam poniedziałku.
A w związku z wczorajszą warszawską prowokacją chciałbym przypomnieć, że flaga LGBT wygląda tak:

Abstrahując od oceny samego wydarzenia, to jednak dość zabawne, że wystarczy byle tęczowa szmatka, by niektórzy dostawali piany na pyskach.

Read Full Post »

Mama przyjechała przed ósmą. Trzymając przed ojcem pełną tajemnicę, że zamierza nocować w mieście.
– Ale czemu tak? – zdziwiłem się.
– Zaraz by zaczął marudzić, że sobie nie poradzi. Nie wiem, czy on już taki stary i niedołężnieje, czy może na coś chory. Unika lekarza, więc trudno coś pewnego powiedzieć.
– Już całkiem dała sobie mama wejść na głowę! – stwierdziłem ucinając temat.
Babka przebudziła się jakoś wcześniej, więc już po dziewiątej zjadła śniadanie. Później jeszcze sam zdążyłem wypić kawę i zacząłem się szykować do wyjścia na dworzec. Wszedłem do łazienki, odkręciłem kran nad umywalką…
„A czemu to kapie z wężyka przy liczniku? – zaciekawiłem się. – Czyżby się odkręcił?”
Sięgnąłem ręką, by usunąć usterkę i wężyk został mi w dłoni, a obfity strumień chlusnął na łazienkę, momentalnie zalewając pół podłogi i mocząc mnie dokumentnie. Była 10:05, pociąg Marcina miał przyjechać o 10:30, a ja właśnie dostałem dodatkową atrakcję dnia w postaci awarii. Bo wężyk doprowadzający wodę nie odkręcił się, tylko skorodował od środka i obłamał, zostawiając gwintowaną część w zaworze, tak że sam (bez odpowiednich narzędzi) nie miałem najmniejszych szans, by się uporać z problemem. Normalnie tragedia!
– Może któryś z sąsiadów pomoże? – podsunęła mama
– O tej porze? Żaden nie jest hydraulikiem. Zresztą o tej porze nikogo nie zastanę w domu.
– A ten, co mieszka po Melce?
O tym gościu nawet nie pomyślałem. Poszedłem sprawdzić. Żona sąsiada akurat odbierała przesyłkę od kuriera, mąż („A tak, hydrauliką też się zajmuje”) coś tam gdzieś naprawiał przy samochodzie, ale sąsiadka przedzwoniła do niego spytać, czy może przerwać i pomóc („temu panu, co mieszka na górze z babcią” – RODO i brak wywieszek z nazwiskami lokatorów utrudnia jednak życie), bo brak wody w upalny dzień to jednak spory problem.
– Będę za dwadzieścia minut i ogarnę sytuację – facet obiecał od razu.
Mogłem więc spokojnie zostawić mamę na gospodarstwie i pędzić na dworzec. Zdążyłem na czas, nawet miałem jeszcze trochę zapasu i mogłem się rozejrzeć po książkach na regale bookcrossingu.
Z rozpoznaniem Marcina nie miałem najmniejszego problemu, bo sam do mnie podszedł, zresztą był chyba jedynym wysiadającym podróżnym w odpowiednim wieku. Na początek pochwaliłem się ładnie wyremontowanym dworcem i zaprowadziłem na wystawkę poświęconą regionalnym tradycjom kolejowym. Później Marcin się ochronnie namaścił przed słońcem (może nawet nie bardzo intensywnym, ale przygrzewającym niezgorzej) i zaczęliśmy wycieczkę po mieście. Zamek (muzeum) okazał się być otwierany dopiero o dwunastej, więc na pierwszy ogień poszło zwiedzanie obszaru dawnego starego miasta i kościół św. Jerzego (bez wchodzenia na wieżę i podziwiania panoramy Kętrzyna, bo Marcin nie wydobrzał po kontuzji kolana). Po wyjściu z bazyliki sprzedałem jeszcze opowieść o najznaczniejszym niemieckim poecie urodzonym w Kętrzynie (Arno Holz) i najgłośniejszej miejscowej zbrodni czasów międzywojennych, zrobiliśmy zakupy u Mistrza Jana (budynki związane z poetą i zbrodnią są w sąsiedztwie piekarniczego) i zaprosiłem Marcina do domu na kawę. Mama miała pewne obiekcje przed podejmowaniem gości w dobie pandemii koronawirusa, zwłaszcza takich przyjezdnych ze Śląska. Ale gdy przyszło co do czego, zamiast wycofać się bezpiecznie do pokoju, wdała się z Marcinem w swobodną konwersację (drobne przesłuchanie), co pozwoliło mi lekko odpocząć. Na co dzień mówię jeszcze mniej, niż się ruszam, a oprowadzając kogokolwiek po mieście poczuwam się do obowiązków dobrego przewodnika i opowiadam, co wiem o mijanych obiektach.
Po dwunastej wychodzimy do muzeum. Na pokazie multimedialnym o historii miasta był już komplet (z wiadomych powodu ograniczono widownię do 15 osób), obejrzeliśmy więc tylko stałe wystawy (tutaj remont niewiele zmienił): sztuki dawnej w reprezentacyjnej sali na parterze, oraz o przeszłości miasta i regionu, z masonikami, kącikiem Kętrzyńskiego i gablotką XVIII wiecznych książek z biblioteki pałacowej w Arklitach, które kilka lat temu ktoś wyrzucił w Olsztynie do śmietnika. Zeszła nam w zamku przynajmniej godzina. Później Marcin kupił sobie magnes na lodówkę (pewnie nie ma świadomości, że mieszkanie z takimi magnesikami nigdy nie będzie wyglądało elegancko i zamożnie) w kiosku z pamiątkami przed zamkiem, przegadując przynajmniej dziesięć minut z kioskarką (gdyby nie tworząca się kolejka i moja interwencja, rozmowa trwałaby dłużej) i ruszyliśmy w miasto. Trasą wzdłuż murów obronnych (w zieleniaku u pani Doroty kupujemy wodę, niestety butelki nie były z lodówki) przeszliśmy do loży masońskiej, dalej były dwa neogotyckie budynki – starostwo i ogólniak – oraz miejsce po spalonej synagodze, ratusz i plac z pomnikiem Kętrzyńskiego. W „Kardamonie” (restauracja w piwnicach ratusza) zasięgamy informacji w kwestii obiadu – Marcina interesują dania regionalne – i usatysfakcjonowani odpowiedzią zapowiadamy powrót za godzinę czy półtorej, po obejrzeniu jeszcze kawałka miasta. We wspomnianym kawałku zmieścił się kościół św. Katarzyny (tradycyjnie zamknięty, wnętrze do podziwiania przez kraty), spacer wokół jeziorka z krótkim przysiadem w altanie na molo, co było zwłaszcza mnie potrzebne, bo zaczynał mnie wykańczać parny upał. Wizytę w stadninie Marcin sobie darował, na amfiteatr rzucił okiem z daleka i poszliśmy coś przegryźć.
„Kardamon” powitał nas miłym chłodem. Rozsiedliśmy się wygodnie w środku. Po krótkim zastanowieniu Marcin wybrał dania, a ja powtórzyłem jego zamówienie i czekając na rybną zupę oraz gulasz na babce ziemniaczanej, zajęliśmy się swobodną rozmową, popijając chłodne piwo i wypisując karki z pozdrowieniami. Rozmowa wiadomo, kręciła się głownie wokół fantastyki i znajomych forumowiczach. Że było to w „Kardamonie”, nie mogłem nie wspomnieć o mojej wizycie z Bolevitchem w tym lokalu, z której bardziej niż deser i rozmowa utkwiło mi w pamięci spotkaniem z wydziaranym złodziejem, przyłapanym przez obsługującą nas kelnerkę z ręką w kasie.
Po obiedzie przeszliśmy się jeszcze trochę po placu Piłsudskiego (przypomniałem sobie o ławeczce Kętrzyńskiego przy fontannie) i okolicznych ulicach, a później niespiesznie ruszyliśmy na dworzec. Pociąg wbrew obawom Marcina przyjechał o czasie. Pożegnaliśmy się bez zbędnych czułości. Marcin wsiadł do wagonu, a ja nie czekając, aż skład odjedzie (planowo 16:50) wróciłem do domu, gdzie od razu wykapałem się, nawodniłem i padłem, pokonany zmęczeniem i bólem głowy.

Read Full Post »

Od ósmej mama, od dwunastej Barbara. Obie do piętnastej.
Po odstawieniu pań na przystanek zaglądam do Biedronki (brak tomu „Nadziei” rekompensuję sobie zakupem Somersby – trzy butelki różnych smaków) i po lipcowy numer „Kina” do saloniku RUCH-u.
Późnopopołudniową burzę przeczekuję kończąc wylepki (króciutka seria „Pers bez skóry”) do ewentualnego wykorzystania przy wizycie Marcina w Kętrzynie pod koniec lipca. Wieczór spędzam przy komputerze.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij