Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Ingwar’

Dobrze, skoro się domagacie…

Piątek

Mama chyba w ogóle nie spodziewała się mojego przyjazdu. Po czternastej zastaję ją na rabatce pod domem, zajętą zasypywaniem kolein wyjeżdżonych jesienią przez podnośnik, którym podawano na dach cegły do przemurowania komina.
– Tak się wprosiłem… bez zaproszenia… – sumituję się przy obiedzie (mama odgrzała ziemniaki i jakieś kupne, drobiowe, tanie i zupełnie pozbawione smaku kotlety). – Nawet nie spytałem, czy mogę przyjechać.
– Na urodziny nikogo się nie zaprasza. Kto chce to przychodzi – zauważa mama. – Zresztą po śmierci ojca, babci w ogóle nie mam chęci urodzin obchodzić.
Wieczór spędzam przed telewizorem. Po porcji niewysokich lotów turecczyzny („Dziedzictwo”, odc. 202, „Zakazany owoc”, odc. 393) oglądam jeszcze nowego „King Konga” (2005), widowiskowego, ale nie budzącego takich emocji jak ten ze śliczną Jessicą Lange (1976).

Sobota

W nocy spadł śnieg i ponurawy listopad, którym przywitała mnie wieś w piątek, zamienił się w białą zimę. Na krótko jednak. Ze wzrostem ciśnienia temperatura podniosła się do 7°C i wieczorem po białości nie zostało śladu.
Śpię marnie, wstaję późno i od śniadania w zasadzie siedzę głównie w kuchni z mamą, słuchając tego, co ma do powiedzenia. Jeśli sam się odzywam, to tylko w sprawach przyziemnych i codziennych.
– Co dziś na obiad? – pytam (przykładowo).
– Zupa. Ugotowałam, jakiej nie lubisz – odpowiada mama.
– Tak? – zaciekawiam się, bo raczej bym nie powiedział, że jest jakaś zupa, której nie lubię.
– Ogórkową.
– Może być i ogórkowa, byle odpowiednio kwaśna. Skoro miała mama starkowane ogórki to szkoda, żeby się zmarnowały.
– Dałam więcej śmietany. I są jeszcze przysmażane kurze udka, bo gotowałam na drobiu.
– Zjem tylko zupę.
Zabrałem felietony Rusinka z myślą, że wreszcie doczytam ten zbiór, ale po południu światło robi się marne, a u mamy nie ma żadnej lampki.
Wieczorem oglądamy komedię z Colinem Firthem, „Gambit, czyli jak ograć króla” (2012).
Kładę się wcześniej i długo nie mogę zasnąć. O trzeciej wstaję wypuścić kota, bo się zrobił nadaktywny, hałasuje i nie chce już siedzieć w mieszkaniu.

Urodzinowa niedziela

Po południu przychodzą na obiad Paweł z Barbarą. U Kunegundy jest Ingwar, więc wolała towarzystwo kolegi.
Mama nie szykowała na urodziny nie szykuje niczego specjalnego. Upiekła w prodiżu kurze udka, bez obfitości warzyw (nie udały jej się w zeszłym roku na ogrodzie i wszystko musi kupować), więc zaledwie zjadliwe (nie jestem fanem drobiu, z takiego pieczenia zawsze najlepsza była marchewka, której teraz zabrakło).
Po obiedzie jest kawa, ciastka (kupne), czekoladki. Brat wypił kieliszek wiśniówki (dwuletniej, mama robiła nalewkę jesienią, jeszcze za życia ojca), ja nigdy nie byłem amatorem, więc się wymawiam.
Po czternastej (14:30?) wychodzimy w trójkę na spacer, do lasu i nad rzekę sprawdzić, czy jest dużo wody w Gubrze. Brat robi zdjęcia i narzeka na brak dobrego światła. Hen za lasem słychać na polach żurawie, ale to chyba za wcześnie na zwiastun wiosny. Wracamy przez cmentarz i przez wioskę, bo bratowa chce jeszcze zajrzeć do sklepu (kupuje karmę dla psa i kotów – po puszce – i sobie chipsy). W domu jestem o szesnastej trzydzieści. Mama przez ten czas ledwo zdążyła wymyć talerze z obiadu. Zadzwoniła do niej znajoma z życzeniami i blisko godzinę trzymała na słuchawce, opowiadając szczegółowo o wszystkich chorobach i biedach, które ja gnębią, o wizytach u lekarzy, o tym, jaka była nieszczęśliwa w pracy z podłymi bachorami i że teściowa nigdy jej nie lubiła.
– Nauczycielki to są jednak nienormalne – podsumowuje rozmowę mama.
Wieczorem oglądamy jeszcze wspólnie „Zatokę szpiegów” i znów wcześnie ląduję w łóżku. Kot tym razem wyszalał się przez dzień na podwórku (złapał przynajmniej dwie myszy), więc śpi spokojnie w mieszkaniu do samego rana.

Read Full Post »


Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Pogoda bez zmian. Rankiem przez chwilę zanosi się na słoneczny dzień, ale i na tym zanoszeniu się kończy. W południe jest już tak ciemno i ponuro, że muszę włączyć lampkę nad kuchenką gazową, by sprawdzić, czy fasola w garnku się gotuje.
W rozmowie o dziesiątej mama ostrzegła mnie, że Barbara wybrała się do miasta („Spotkałam ją, gdy wracałam ze sklepu. Kapcie jedzie kupić!”), rezygnuję więc z dosypiania do południa i wychodzę wcześniej po chleb¹ i do zieleniaka. Bratowa zjawia się przed dwunastą. Mam jeszcze w kubku niedopitą kawę ze śniadania i niedojedzoną kanapkę na talerzu.
– Zaparzyć herbatę? – pytam od razu.
– Tak, chętnie wypiję.
– A zjesz coś do herbaty?
– Jakbyś zrobił jedną kanapkę…
Do kanapek mam tylko twaróg, śmietankowy, ale jakiś mocno sypki (przegrzany?), przez co na kanapkach prezentuje się dość średnio.
– To może konserwa rybna? Śledź w pomidorach?
– Może być konserwa.
Parzę herbatę, zastawiam stół, a później, żeby nie siedzieć w kuchni po próżnicy, nastawiam od razu do gotowania fasolę na obiad i zabieram za czyszczenie marchewki (do fasolki po bretońsku). Rozmawiamy o pierdołach, trochę o polityce w wydaniu lokalnym, trochę o sprawach domowych. Po godzinie bratowa zbiera się do autobusu.
Tak tu u ciebie przyjemnie, cicho, spokojnie, aż się nie chce wychodzić i wracać do domu – rzuca przy pożegnaniu.
„Jezus Maria! – myślę tylko i szybko dzwonię na wieś, do mamy, tak w zasadzie pogadać o gotowaniu fasoli głównie.
Bratowa zostawia u mnie padniętego smartfona, który sobie nie poradził z aktualizacją oprogramowania. Po szesnastej po sprzęt zachodzi Kunegunda², ale Ingwar czeka na nią w samochodzie i mają jakieś zakupy w planach, więc nawet nie przysiada na chwilę, bierze, co ma wziąć i wychodzi.
Fasolka gotowała się długo (bo bez moczenia na noc), ale wyszła całkiem smaczna. Może odrobinę przesadziłem z ostrą papryką, która zdominowała (czy wręcz zniwelowała) działanie wszystkich innych przypraw (a nawet majeranku nie żałowałem), ale tak poza tym obiad udał się nadspodziewanie dobrze³. Gotowanie⁴ mam już do końca roku z głowy.
Wieczorem wychodzę jeszcze do Biedronki po mleko, a przy okazji z pudła (od środy już mocno przebranego) z tanią książką wyławiam zbiór felietonów Mellera „Nietoperz i suszone cytryny” za 9,99 złotych.

_____________
¹ Kupiłem bochenek, a teraz się zastanawiam, czy jeden wystarczy do wtorku. Może na wszelki wypadek ugotować więcej ryżu do sałatki?
² Bratanica spędza grudniową przerwę od zajęć szkolnych w mieście, u kolegi. Na wsi była chyba tylko w Wigilię.
³ A miałem chyba z dziesięć lat przerwy w gotowaniu fasolki.
⁴ Pomijając wodę na kawę i herbatę oraz ryż do sałatki z tuńczykiem – ale ten to dopiero w niedzielę.

Read Full Post »

Kunegunda zjawiła się przed osiemnastą.
– Wchodź, wchodź, otwarte! – krzyknąłem z pokoju, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.
Wiedziałem, że to bratanica. Mama uprzedziła mnie telefonem, że młoda wybiera się do miasta.
– Cześć stryjek – przywitała się Kunegunda.
– Zaraz do ciebie przyjdę, tylko poprawię babci łóżko.
Szybko zwałowałem poduszki, przykryłem babkę kołdrą i wyszedłem do przedpokoju.
– Przywiozłam twoje dzienniki – powiedziała Kunegunda wręczając mi dwie wypchane makulaturą torby.
Nie pamiętałem, że aż tyle tego na wsi zostało.
– Dzięki.
Odebrałem pakunki i rzuciłem na łózko w pokoju.
– Pomyślałam, że wyręczę babcię – wyjaśniła Kunegunda.
Przy ostatniej wizycie mamy poprosiłem, żeby poszukała pudła z moimi zapiskami i korespondencją¹ (i dodatkowo egzemplarza „Forteli Jonatana Koota” który dostałem na zakończenie IV klasy podstawówki za wzorowe czytelnictwo „oraz aktywny udział w zajęciach Biblioteki”).
– A to mój kolega. Ingwar – Kunegunda przedstawiła mi drobnego chłopczyka stojącego za nią w mrokach przedpokoju.
Bo przyjechała do miasta samochodem. Ze starszym kolegą².
– Ingwar – powiedział Ingwar.
– Darek – odpowiedziałem, ściskając wyciągniętą do powitania dłoń.
– Może chcecie coś wypić? Soku, herbaty? Posiedzicie chwilę? – spytałem Kunegundy.
– Ja tylko z łazienki skorzystam i polecimy.
– Macie jakieś plany? Gdzieś się wybieracie? – zwróciłem się do Ingwara.
– Jak przestanie padać, to pewnie gdzieś zajdziemy.
– To zapraszam… – wskazałem ręką w stronę kuchni i nowych krzeseł. – Można usiąść i poczekać.
– Dziękuje, ale tu w fotelu też będzie dobrze – odpowiedział Ingwar, siadając w fotelu stojącym w przedpokoju przy stoliku z telefonem.
Siadł i od razu wyciągnął komórkę.
– Jak uważasz…
Na szczęście Kunegunda nie korzystała z łazienki długo, więc uniknęliśmy chwili krepującego milczenia (lub – co gorsze – jakichś niezręcznych pytań z mojej strony).

Reszta wieczoru mija mi na słuchaniu nowej płyty Bruna De Sa i podklejaniu grzbietu powieści Przymanowskiego, której nie posłużyło intensywne użytkowanie przez małoletnią Kunegundę³.

__________
¹
– Przed remontem było na dolnej półce regału po prawej, ale teraz to nie mam pojęcia gdzie stoi. Mam nadzieję, że w ogóle jeszcze jest.
– Na pewno jest. Nie wyrzucałam żadnych twoich rzeczy.
Okazało się, że jest i nawet nadal stało tam, gdzie powinno stać.
² Wiem od mamy, której przedstawiała Ingwara jakoś pod koniec wakacji, że to tegoroczny maturzysta. I że młoda poznała go na osiemnastce u koleżanki.
³ Bratanica – że przypomnę czytelnikom, którzy są tu od niedawna, a zaniedbali lekturę archiwalnych wpisów – w wieku przedszkolnym lubiła przy wizytach u moich rodziców oglądać okładki wyciąganych z półek książek.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij