Do domu wróciłem o dwunastej. Chętnie bym został na wsi dłużej i pogadał z dawno niewidzianymi krewnymi, ale wolałem nie nadużywać życzliwości sąsiadki znanej tylko z widzenia i nie narażać jej na dodatkowy stres opieki nad babką.
Pogrzeb wypadł całkiem okazale. Zwłaszcza dzięki dodatkowej obecności drugiego księdza, kapelana myśliwych, celebrującego mszę razem z proboszczem¹. Że człowiek znał ojca ze wspólnych polowań (a jeszcze lepiej ze spotkań po polowaniach) nawet kazanie wygłosił dość sensowne. Sąsiedzi przyszli chyba w komplecie, znajomi dopisali, koledzy myśliwi przyjechali z pocztem sztandarowym, była oficjalna delegacja z pracy od Barbary i ze szkoły, w której ojciec uczył przez kilka lat.
Obyło się bez gorszących ekscesów. Choć dwa razy było całkiem blisko. Za pierwszym razem, gdy proboszcz zaprosił chętnych do spowiedzi i ciotka Janka zaczęła wysyłać mamę do konfesjonału. Że niby jej pomoże, jeśli pójdzie i później przystąpi do komunii². Mama zaczęła mamrotać jakieś inwektywy pod adresem szwagierki („Co za bezmózgowie!”) i proboszcza-alkoholika, ale na szczęście na tyle cicho, że chyba tylko najbliżej siedzący cokolwiek usłyszeli. Druga niebezpieczna sytuacja miała miejsce już po mszy, gdy proboszcz³ chciał przeforsować swoją idee unowocześnienia ceremonii i wysłania konduktu na cmentarz samochodową kawalkadą. To wioska i cmentarz mamy od kościoła na tyle blisko (800 metrów, nie więcej), że nawet nikt nie myślał zrezygnować z dotychczasowej tradycji pieszego odprowadzania zmarłych na miejsce ostatniego spoczynku. Proboszcz się naburmuszył, ale kapelan myśliwych jakoś załagodził sytuację i zabrał go na cmentarz własnym autem. Reszta poszła pieszo.
Kurtka przydała mi się tyle, co w kościele, który jeszcze nie zdążył rozgrzać się po zimie. Dzień był ciepły, słoneczny. Deszcz spadł dopiero po południu, gdy już byłem w mieście.
Mama przetrzymała wszystko jakoś w miarę dzielnie. Warszawska (grójecka właściwie) część rodziny nie siedziała długo, pojechali po godzinie, czy dwóch. Podlasiacy mają do domu bliżej, więc zostali dłużej, do osiemnastej prawie, urządzając stypę tradycyjną dla naszej rodziny, głośną (wszyscy gadają, nikt nie słucha) i zakrapianą, ale tym razem bez śpiewów.
_______
¹ A jednocześnie było to też trochę zabawne – dwóch księży na pogrzebie ateisty. Na dodatek jeden całkiem gratisowo.
² Żeby było ciekawiej ciotka sama do komunii nie poszła, co nasuwa podejrzenie, że z drugim mężem też ma jedynie ślub cywilny. Choć tutaj nie było chyba żadnych przeszkód do kościelnego (pierwszego męża miała z odzysku).
³ Dość nowy na parafii, od roku chyba jest, czy dwóch lat.




