Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Duńczyk’


Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Poranek deszczowy, popołudnie z dużym zachmurzeniem. 24°C.
O dziesiątej trzydzieści zaskakuje mnie listonosz, domagający się przez domofon wpuszczenia do bloku. Otwieram gościowi, chociaż głosu nie poznaję i niczego się nie spodziewam. „Obcy i nie wiedział, jak wejść? – myślę”. Ale nie, za moment mam gościa pod własnymi drzwiami, a po podpisaniu odbioru przesyłki (palcem na tablecie – nie wiem, co tam wyszło – szlaczek jakiś, wężyk?) dostaję kopertę… z książką od Asenaty. Mam na przyszłość nauczkę, żeby najpierw się dobrze zastanowić, a dopiero później pisać komentarze. Bo ja niestety przeważnie czytam i od razu piszę pierwsze, co mi do głowy przyjdzie. Jeśli się zastanawiam, to ewentualnie już później, gdy widzę już opublikowane w necie to, co napisałem. Nieważne. Na obiad mam kalafiora z tartą bułką, połówkę zjedzoną po szesnastej. Na siedemnastą wychodzę do Loży na kolejne spotkanie wspominkowe o lat siedemdziesiątych w Kętrzynie. W przerwie znów jest poczęstunek, piernik kętrzyński i jakieś inne ciasto, częstuję się szczodrze, ale zauważam, że inni (Chudy Emeryt na przykład) poczynają sobie jeszcze śmielej. Tym razem – wyjątkowo i wręcz nawet dla mnie samego zaskakująco – nie ograniczam się do samej obecności i zwykłych konwencjonalnych grzeczności („Dzień dobry” przy wejściu itp.), ale odzywam się kilka razy do przypadkowych osób. Z kętrzyńskim Połomskim rozmawiam chwilę przy stole z artefaktami o przyniesionych przez publiczność rzeczach (o farelce konkretnie i o szklanej dekoracyjnej rybie). Wtrącam się w rozmowę Roberta Fotografa z Duńczykiem o fantastyce. Z kobietą, obok której siedzę na kanapie, konwersujemy o roślinie doniczkowej zasłaniającej mi ekran (później się przesiadłem i już nie zasłaniała), która okazała się – zaskoczenie – żywym okazem, a nie plastikową atrapą. I na koniec tego rozmawiania jeszcze Pucołowaty skierował mnie w stronę koszy na śmieci, gdy bezradny krążyłem po holu Loży z pustym plastikowym kubkiem. Spotkanie trwa prawie do dziewiętnastej. Po powrocie dzwonię do mamy, która – widzę na komórce – telefonowała do mnie dwa razy. Rozmawiamy trochę dłużej, bo jednak sytuacja z dronami wlatującymi do nas od wschodniego sąsiada wzbudza ciut niepokój, którego nie tonuje umacnianie granicy od strony Kaliningradu zaporą przeciwczołgową z betonowych jeży. Kończę, gdy schodzi na robienie zapasów jedzenia na czas wojny. Bez wody i działającej kanalizacji i tak bym się musiał przenieść na wieś, więc niepotrzebne mi tu żadne żarcie do jedzenia na sucho. Na kolację dokańczam kalafiora.

Read Full Post »

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Muzeum jest czynne od dziesiątej, więc po bilety wychodzę od razu po zakończeniu rozmowy z mamą (główne tematy: aura i rodzinne patologie). Pogoda jest średnia. Niebo pochmurne, na termometrze 20°C. Dochodząc do zamku, zauważam Duńczyka (znajomy nieznajomy), który ewidentnie odwiedzał budynek w podobnym celu, co ja i właśnie wraca, dokonawszy już zakupu.
– Dzień dobry, chciałbym kupić bilety na koncert – witam kasjerkę stojącą w otwartych na oścież drzwiach do muzeum.
– Dzień dobry, już za chwilkę. Tylko zamknę drzwi, bo ciągnie chłodem.
– A tak, wiatr dzisiaj dość zimny – przytakuję kulturalnie (procentuje PRL-owskie wychowanie i znajomość savoir-vivre wyniesiona ze szkolnych lektur).
– Na który koncert? – pyta kasjerka, wróciwszy za muzealną ladę. – Bo już mamy też wejściówki na dwudziestego drugiego sierpnia, na Marka Dyjaka.
– Na jutrzejszy na pewno. Dyjak…
Kasjerka podsuwa bilet z podobizną wykonawcy, tak jakby mogło mi to cokolwiek pomóc.
– Nie kojarzę artysty… Ale co mi tam, zaszaleję! Niech będą na oba koncerty! Po jednej sztuce.
– Tylko koncert Dyjaka będzie o dwudziestej – uprzedza kobieta.
– Nie szkodzi – mówię, regulując należność za bilety (płatność kartą, godzina 10:36). – Teraz tylko zostało trzymać kciuki, żeby pogoda dopisała.
– Jeden bilet na piątek, jeden na Dyjaka…
Pakiet z tymi drugimi jest chyba ledwo napoczęty, biletów na Pablopavo nie wiem, czy zostało chociaż z dziesięć sztuk.
– Na teatr pewnie też będą wejściówki? – pytam jeszcze na odchodne.
– Pewnie tak, ale jeszcze nie mamy.

Read Full Post »

Letnia scena zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie (sezon 2024)
Marek Gałązka
„Autorsong – Śpiewanie Stachury”

miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
piątek 30 sierpnia 2024 roku, godz. 18:00-20:05 (mniej więcej)

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Tegoroczny sezon (drugi w sumie) „Letniej ceny zamkowej” zamykał koncert z piosenkami Edwarda Stachury.
Chcąc nie chcąc Chciał, nie chciał – poszedłem.
Poszedłem i wytrwałem do końca¹, może bez wielkiego zachwytu, ale też i bez jakiegoś bólu.
A teraz piszę o tym, co było bardziej z obowiązku² niż z chęci, bo chęci do pisania nie mam żadnej. Możliwe, że cała się zużyła przy robieniu notatek w trakcie koncertu. Bo tym razem – wyjątkowo – miałem z sobą notesik i notowałem pracowicie, co było śpiewane. Początkowe wersy śpiewanych tekstów dokładniej. I moje odczucia poniekąd, głównie pozamuzyczne.
Ale do rzeczy.³

O 17:55 dziedziniec zamkowy był już szczelnie wypełniony siedzącą publicznością. Na szczęście moje ulubione miejsce nie było zajęte nawet przez osobę stojącą, więc podszedłem grzecznie do bibliotekarek⁴ tłoczących się w drzwiach do biblioteki.
– Nie macie już więcej krzeseł? – spytałem.
– Nie ma już wolnych? – zdziwiła się jedna z pań (opiekunka czytelni dla dzieci i młodzieży?) i zaczęła rozglądać po rzędach widzów. Nie było.
– Wie pan co… Można sobie wziąć…
Tu kiwnęła głową w stronę klatki schodowej, gdzie na półpiętrze stały wygodne krzesła biblioteczne (na dziedzińcu rozstawiono zwykłe drewniane, składane).
No i OK, na więcej nie liczyłem.
Zabrałem krzesło z półpiętra, wróciłem na swój upatrzony kawałek bruku, usadowiłem się stabilnie… i odkryłem, że tym razem po lewej mam za sąsiada Duńczyka, który stał pod ścianą ubrany adekwatnie do upalnej pogody, w koszulce z krótkim rękawem i szortach z podwiniętymi nogawkami (a może to były mankiety?), prezentując ładnie opalone, owłosione nogi. Nałożone do kompletu sandały pozwalały dostrzec, że stopy, choć żylaste, ma zadbane i całkiem kształtne, w typie greckim⁵.
„Będzie czym nacieszyć oko, jeśli koncert nie dostarczy lepszych wrażeń” – pomyślałem z zadowoleniem.

O osiemnastej przyszedł Pucułowaty. W tej samej koszulce, co tydzień temu (ładna, to zapamiętałem). Tym razem skinąłem mu głową pierwszy. Odkłonił się grzecznie i ruszył ku pierwszym rzędom, rozglądać za wolnym krzesłem. Tymczasem kobiety siedzące na ławce⁶ pod oknem Galerii „Konik Mazurski” ścieśniły się lekko i zrobiły miejsce Duńczykowi, który z chęcią skorzystał z ich uprzejmości.
Tuż po Pucułowatym nadciągnęła Wysoka Rdzawa⁷. Czasem na koncertach towarzyszy jej prowadzana pod ramię staruszka. Zgaduję, że matka. Różnica wiekowa pasowałaby na takie pokrewieństwo. Rdzawa zawsze opiekuje się nią troskliwie, pilnując, by nie przewiał kobiety jakiś chłodniejszy podmuch. Tym razem była sama.

O 18:05 trzy osoby⁸ zajęły wolny kawałek ściany między mną, a Duńczykiem, zasłaniając mi widok na nogi blondyna.
„No i koniec frajdy” – pomyślałem ponuro, ale na scenę już wchodziła dyrektorka biblioteki, więc skończył mi się czas na rozmyślanie o pierdołach.

– Spytałam przed koncertem wykonawcy, jak mam go przedstawić – zaczęła pani Małgorzata. – Jako poetę? Kompozytora? Popularyzatora twórczości Stachury? Powiedział, że jako twórcę i wykonawcę.
Później mówiła coś tam jeszcze, ale krótko i szybko ustąpiła miejsca Markowi Gałązce, któremu nie spieszyło się do śpiewania.
Minął najmniej kwadrans, zanim facet dostroił gitarę i się wygadał na temat Stachury, którego piosenki nadal wykonuje ku zdziwieniu wielu, bo – jak to ujął – nikt przed nim, ani po nim nie pisał takich tekstów piosenek, jakie pisał Stachura.

Około 18:20 wybrzmiewa pierwsza.

1. Tobie albo Zawieja w Michigan.

„No nie wiem… – pomyślałem. – Facet taki sobie. Ani oka na czym zawiesić, ani głos porywający. Melodia…. Czy tu jest w ogóle jakaś melodia? Tekst… Spróbuję chociaż na tekstach się skoncentrować”.
W sumie nie jestem jakimś fanem poezji Edwarda Stachury. Ani nawet prozy. Raz mnie gość uwiódł, „Siekierezadą”. Ale i to nie w lekturze, tylko za pośrednictwem ekranizacji (1985) i chyba głównie dzięki obecności Edwarda Żentary na ekranie i Vivaldiego na ścieżce dźwiękowej.

2. Co warto.⁹
3. Nie brookliński most.¹⁰
4. Ballada dla Potęgowej.

Zauważyłem, że Wysoka Rdzawa, nie znalazłszy wolnego krzesła, przysiadła samotnie na schodkach w kącie dziedzińca, z niewygodnym widokiem na scenę z boku.

5. Walc nad Missisipi.
6. Piosenka dla Rafała Urbana.

Rozglądam się po widowni. Tym razem na dziedzińcu dominuje publiczność w wieku 40-60 lat. Może nawet dolna granica byłaby niższa. Starsze emerytki trafiają się sporadycznie. Chyba męczący w dzień upał zatrzymał je w domu.

7. Jest już za późno, nie jest za późno.

Minęła 18:40 (wyjątkowo zegarek też z sobą wziąłem). Mam już zabazgraną jedną czwartą notesika (całość 30 stron A7).
„Czy ja w ogóle odczytam, co tak teraz notuję?” zastanawiam się z lekkim niepokojem¹¹.

Po wybrzmieniu siódmej piosenki Marek Gałązka przechodzi z gitary akustycznej na elektryczną. I znów w trakcie dostrajania instrumentu zabawia publiczność słowem: opowieściami o grze na gitarze – że Bobowi Dylanowi fani długo nie mogli wybaczyć, gdy się przesiadł z gitary akustycznej na elektryczną i obrzucali go zgniłymi pomidorami… a ktoś tam coś tam… a on zamówił tę swoją gitarę, co to teraz na niej zagra u lutnika w Chicago… i gdyby teraz było za głośno…
Trochę długo to trwa, zanim się upora z robotą i wróci do śpiewania.

8. Biała lokomotywa.

„Przy gitarze elektrycznej lepiej to wszystko zaczyna brzmieć” – pomyślałem.
A tymczasem Wysoka Rdzawa wstała i wyszła.¹²

9. Zobaczysz.

Duńczyk poszedł do biblioteki, zgaduję, że skorzystać z WC.
„Taki słaby pęcherz?”.
Minęła dziewiętnasta. W zamkowej bramie pojawił się Tytus.
„A co tak późno tym razem? Prosto z pracy?”.

10. Smutno.

Duńczyk wrócił na swoją ławkę, pogryzając jabłko.
Zagryzmoliłem połowę notesika.

11. Zabraknie ci psa.

Jot¹³ stojąc w bramie, ma dobry widok na to, że coś sobie pilnie notuję.
„No i pies go trącał”- konstatuję.
Jot sam pisze, tak ogólnie, nie w tej chwili. Pisze i publikuje. Nawet mam kupioną jedną jego książkę, którą miałem przy jakieś okazji zabrać z sobą do zamku i poprosić o autograf, ale się jeszcze nie zebrałem do lektury, więc za okazją też nie bardzo się rozglądam.
Rozpoczyna się powolny odpływ widzów.
Wyszedł młody brodacz.
I jakaś laska.
Cztery panie z rzędów przy samej bramie. I za chwilę piąta.
A Marek Gałązka przechodzi właśnie do w pełni autorskiej części koncertu, co poprzedza dłuższym słownym wstępem i przywołaniem koncepcyjnego albumu „Pistolet w ręku Ojca”, z którego prezentuje nam jeden kawałek.

12. Mój lęk.

Artysta znów gada. Najpierw zapowiada dwa utwory o ludziach, artystach niespełnionych, później anonsuje program-performance (muzyka i pokaz wideo?) „Epitaph 45 Sted i Bruno”, z którym chciałby przyjechać do Kętrzyna jesienią.
„Oj, już za dużo tego szczęścia!”

13. Zakryć oczy.

Nienumerowany ma już chyba dość i opuszcza dziedziniec. W tygodniu musiał być u fryzjera, bo wygląda na świeżo ostrzyżonego.

14. Pełnie księżyca.

Wychodzi małżeństwo emerytów i trzydziestolatka.
Wrócił młody brodacz. Wyszedł jedynie odlać się za zamkiem?
Tylny rząd opuszczają dyskretnie dwie czterdziestolatki.
A później następuje tak masowy zryw, że nie nadążam z liczeniem. Z widowni ubywa najmniej piętnaście osób, w tym Pucułowaty. Minęła 19:30. Może wszyscy się spieszą na jakiś autobus?
W tym czasie Gałązka opowiada o filmie „Znikający punkt” (Vanishing Point).
– Obejrzyjcie koniecznie, jeśli ktoś jeszcze nie widział. Tylko wersję z 1971 roku! – podkreśla.

15. Znikający punkt.
15. Znikający punkt (II).

Ubywa kolejnych pięć osób, choć Gałązka zapowiada, że już powoli kończymy.
Duńczyk robi kilka zdjęć¹⁴ i przenosi się w okolicę bramy.
„Chce być bliżej wyjścia, gdy koncert się skończy?”.
W przedsionku już nikogo nie ma. Miejsca siedzące pod ścianą zamku też wszystkie opustoszały.

17. Życie to nie teatr.

Duńczyk jednak również odpadł przed końcem.
Marek Gałązka opowiada przez chwilę o Ryszardzie Milczewskim (Bruno).

18. Nie rozdziobią nas kruki.

Pani dyrektor wchodzi na scenę podziękować za występ i pożegnać artystę, ale nie tak szybko. Marek Gałązka nawet bez zachęt w postaci gromkich, niemilknących braw jest gotów na bis i prezentację czegoś nowego ze swojego repertuaru.

19. [?]

Publiczność ma razem z artystą śpiewać refren, frazę brzmiącą mniej więcej jak „Sted, tak przy piwie cię mie㔹⁵. Pierwsze rzędy chyba śpiewają.

I to już definitywny koniec części koncertowej. Bo gadania jeszcze trochę jest.
Pani Małgorzata przypomina, że artysta przywiózł ze sobą płyty CD, a artysta zachęca do ich kupowania¹⁶ i potwierdza gotowość przyjechania do Kętrzyna jesienią, bo dobrze mu się tu zawsze grało i w ogóle.

Ufff!!!

Nie, żebym cierpiał, czy się nudził, ale koncert zamknięcia sezonu był jak dla mnie najsłabszym koncertem tegorocznej „Letniej sceny zamkowej”.

________
¹ A było tym razem wielu takich, którzy nie wytrwali. Chociaż w sumie ta osiemdziesiątka (lekko licząc), która została do końca, też całkiem ładnie wypełniała zamkowy dziedziniec.
² Tylko gdzie ten obowiązek? Kto mnie zmusza?
³ Tu mi się przypomniało, jak Walpurg dostał kiedyś tekst mojej recenzji do oceny (redakcji, korekty?) i cały wstęp w tejże, utrzymany w podobnym duchu i stylu, wykreślił jako pretensjonalny i zbędny. Niestety sam jestem mocno przywiązany do tego, co napisałem i tak nie potrafię.
⁴ Koncertowi zamknięcia sezonu patronowała biblioteka.
⁵ Drugi palec dłuższy od palucha.
⁶ Ta ławka to wyjątkowo niewygodny grat. Siedziałem na niej w zeszłym roku na którymś koncercie. Nigdy więcej podobnego błędu! Oparcie nie zapewnia oparcia, bo jest zbyt niskie i źle wyprofilowane. A deski, na których się siedzi, wyginają się mocno i sprawiają wrażenie, jakby zaraz miały trzasnąć pod ciężarem siedzących.
⁷ Ona była za pierwszym razem ruda, bo ufarbowana – sądząc z obecnego koloru włosów – ale już nie będę zmieniał jej kryptonimu.
⁸ Robert-fotograf z żoną i jakaś kobieta pachnąca dezodorantem Nivea. Lubię ten zapach, bo mi się mile kojarzy z łazienką Pinokia i baterią jego kosmetyków.
⁹ Straciłem przynajmniej kwadrans, zanim odkryłem, że moje zanotowane „zbawić by można” to „zwalić by można się z nóg” i zidentyfikowałem tytuł. Artysta tytułów nie podawał i musiałem notować na szybkiego pierwsze wersy piosenek.
¹⁰ „Rozdzierający jak tygrysa pazur antylopy plecy jest smutek człowieczy”.
¹¹ Nie powiem, miejscami ciężko jest, ale na razie daję radę.
¹² Ale wychodząc po koncercie, zauważyłem ją przed zamkiem, więc może tylko wybrała słuchanie z pewnego oddalenia?
¹³ Z Jotem znamy się z ogólniaka i jednego wspólnego biwaku. Chyba już nawet gdzieś o tym wspominałem.
¹⁴ Zwróciłem uwagę na prawą dłoń Duńczyka. Nie nosi obrączki.
¹⁵ Zanotowałem „Sted, tak przy piwie się mieć” ale z „cię” ma to większy sens.
¹⁶ Dwa albumy, 30 zł sztuka, za oba 50 zł, czyli jest zniżka. Cały zysk ze sprzedaży autor przeznacza na Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce.

Aktualizacja 2024.09.02; Wersja archiwalna w Web.Archive

Read Full Post »

Letnia scena zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie (sezon 2024)
Antek Sojka & Janek Pęczak

miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
czas: piątek 9 sierpnia 2024 roku, godz. 18:00-19:20 (mniej więcej)

„Oj, chyba będzie ciężko coś z tego koncertu napisać” – pomyślałem od razu na wstępie, gdy dyrektorka muzeum, w sposób przydługi a nudnawy, zapowiadała zaproszonych artystów, omawiając drobiazgowo drogę ich kariery i dotychczasowe osiągnięcia.
Zapamiętałem z tego wszystkiego, że młody Sojka brał udział w nagrywaniu płyty „Małe Wu Wu” (1988)¹ i uczył się jazzu, a realizował zawodowo głównie jako realizator dźwięku (producent muzyczny), a Pęczak (smakowite nazwisko) był między innymi gitarzystą T.Love.
„Oj, chyba będzie ciężko wysiedzieć na tym koncercie do końca” – przemknęło mi przez głowę przy pierwszej piosence, która była tak inna od tego, co słucham na co dzień, że nawet już po koncercie – bo jednak przełamałem początkowe wrażenie (że tak zaspoileruję) i wytrwałem do końca – nie potrafię tego sklasyfikować inaczej niż pod opisowym określeniem „muzyka o miłości do słuchania latem na plaży przy ognisku”.
Panowie śpiewali na zmianę (i w duecie) piosenki z płyt autorskich i wspólnych. Jako trzecia wybrzmiała jakaś po angielsku z repertuaru Boba Marleya.
„Lubię reggae” – pomyślałem. I chyba to mnie zatrzymało na koncercie. Chociaż ta właśnie rozbrzmiewająca w ogóle nie brzmiała jak reggae, ale pierwszy szok już minął i nie czułem potrzeby ucieczki. Dźwięki dobiegające ze sceny były w sumie całkiem przyjemne (może tylko ciut za głośne): gitara (+ kilka razy harmonijka ustna) i coś klawiszowego elektronicznego, plus dwa męskie głosy, z których pęczakowy podobał mi się bardziej, a drugi w brzmieniu i manierze wykonawczej przypominał lekko² głos Sojki-seniora.
Uszy zajęły się słuchaniem dźwięków, umysł krążył swobodnie, bez większego skupiania się na tekstach piosenek, oczy krążyły po dziedzińcu, wyłapując na widowni znajome twarze.
Duńczyk przyszedł zbyt późno i nie znalazł już dla siebie wolnego krzesła. Zauważyłem, że pyta jakiejś młodej laski³, czy to obok niej jest wolne. Nie było.
„Czyli on jednak też by posłuchał na siedząco” – skonstatowałem. Zawsze widuję gościa, gdy stoi, przeważnie w bramnym przedsionku i już zacząłem podejrzewać, że to z wyboru, a nie z konieczności.
Czarna Arogancka siedziała ze swoją znajomą (rozmawiały w oczekiwaniu wejścia artystów na scenę) prawie obok mnie. Dzieliła nas ta znajoma, która okazała się też znajomą Pucułowatego (z Reszla?), więc gdy chłopak zjawił się na dziedzińcu, podszedł, by się przywitać.
„Skinie mi głową na powitanie?” – zastanawiałem się bez większej ciekawości, obserwując dyskretnie⁴ rozwój sytuacji, a tymczasem Pucułowaty podał rękę znajomej… a później i mnie.
„Jezus Maria! I po cóż to!?”.
Nienumerowany był tym razem z mamą. Albo ze starszą siostrą. W sumie tylko jego rozpoznaję, jej twarzy nadal nie zapamiętałem⁵.
Chudy Emeryt jakby się deko zaokrąglił. Tytus mignął mi ledwo przez moment. Nie jestem pewny, czy był na koncercie do końca.
Koncertujący muzycy tradycyjnie zostali nagrodzeni rzęsistymi brawami, więc w ramach bisu wykonali dwie dodatkowe piosenki.
Żegnając publiczność, dyrektorka muzeum przypomniała o zaplanowanym na przyszły tydzień (wyjątkowo na sobotę) teatralnym spektaklu w ramach programu „Teatr Jaracza w zabytkach Warmii i Mazur”.
– Wejściówki są jeszcze w kasie muzeum – powiedziała. – Tym razem nie za darmo, ale pięć złotych to cena, którą chyba udźwigną państwa portfele.
Ciekawe, że bilety jeszcze się nie rozeszły. Może tematyka przedstawienia – sztuka, z którą przyjeżdża teatr to adaptacja powieści „Wszystko na darmo” Waltera Kempowskiego – jest zbyt mało rozrywkowa?

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

_________
¹ Wikipedia tego faktu nie odnotowuje. Wśród młodych wokalistów widnieje Kuba Sojka.
² Albo nawet bardzo. Taką opinię podsłuchałem u towarzystwa (dwóch panów i pani w okolicach czterdziestki), które zachwycało się koncertem, wracając do domu – specjalnie zwolniłem lekko kroku, żeby iść za nimi i posłuchać wrażeń osób bardziej osłuchanych w muzyce tego rodzaju.
³ Widownia tym razem była zróżnicowana, pełen przekrój spragnionego kultury społeczeństwa Kętrzyna – od rodzin z nieletnimi dziećmi po silną reprezentację emerytek.
⁴ W okularach na nosie mogę sobie na to pozwolić, patrzę kątem oka i nie sprawiam wrażenia, że się wgapiam w kogoś żądny uwagi.
⁵ Bo to kobieta?

Zamiast przypisu do tytułu (Cudny świat):

Read Full Post »

27°C. Słonecznie.
Sporo radia, wyjątkowo nie tylko Dwójki. I w sumie się zastanawiam, czy Orlińskiego we wtorek też nie posłuchać na BBC Radio 3¹. W sobotę miałem jakieś problemy z odbiorem PR2 w Internecie i nie nagrałem świdnickiego występu Bruna (Brunona?) de Sá.
Krótki spacer (na cmentarz i z powrotem) dopiero po osiemnastej trzydzieści. Później lekki obiad (makaron, jogurt) i dwa odcinki duńskiego kryminału o międzynarodowym handlu żywym towarem (DNA, drugi sezon; z Carstenem Bjørnlundem w roli szwarccharakteru².

_______
¹ Proms 2024: Prom 7: Late Night Italian with Jakub Józef Orliński
² Gdybym go zobaczył najpierw tu, a nie w „Ricie”, pewnie by mi się mój Duńczyk nie skojarzył z Duńczykiem.

Read Full Post »

Letnia Scena Zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie.
Julita Kożuszek & Dorota Wasilewska¹
Piosenka jest dobra na wszystko – wieczór piosenek Kabaretu Starszych Panów.

Miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
Czas: piątek 5 lipca 2024 o godz. 18:00 (do 19:15 mniej więcej).

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Było wietrznie, ale całkiem sympatycznie.
Panie interpretowały piosenki duetu Przybora&Wasowski dość klasycznie i z bardzo ładną dykcją, co w sumie nie powinno być zaskoczeniem. Gdyby nie potrafiły wyraźnie śpiewać, chyba by się nie brały za taki repertuar.
Piosenki były poprzedzane fragmentami nagrań archiwalnych – głosami Starszych Panów, a czasem początkiem oryginalnego nagrania danego utworu („Preludium deszczowe” w interpretacji Kwiatkowskiej, „O, Romeo!” Jędrusik). Na otwarcie usłyszeliśmy bardzo zgrabny kuplet wprowadzający do „Divertimenta c-moll op. 1 Makabrycznego”, dobrany adekwatnie i wykonany bezbłędnie:

Zapraszamy na niedużą was zabawę,
co mieć będzie diametralnie inny styl.
I jeżeli nie zabawi ona nawet,
to spędzicie zawsze jakoś parę chwil.

Tym co jest ty się syć,
zawsze gorzej może być.
Tym co jest ty się syć,
zawsze gorzej może być.

Zapraszamy, no bo nam się tak wydaje,
że choć ludzie do rozrywki dużej lgną,
to na pewno bywa sporo takich zajęć,
co nudniejsze od zabawy naszej są.

Tym co jest ty się syć,
zawsze gorzej może być.

Na widowni (siedemdziesiąt pięć osób przynajmniej) dominowały tradycyjnie panie pięćdziesiąt, a może nawet sześćdziesiąt plus. Kilka osób młodszych² opuściło dziedziniec po czwartej piosence, reszta obecnych wytrwała do końca i wyklaskała na bis sfeminizowaną wersję „No, co ja ci zrobiłem?”.
Inne znane przeboje, które odświeżyłem przy okazji tego koncertu to: „Szuja”, „Już czas na sen (Dobranoc mężczyzno)”, „Kaziu, zakochaj się”, „Nad Prosną”, „Herbatka”…
Niestety krępowałem się wziąć z sobą notes i notować tytuły na bieżąco.
Na widowni zauważyłem kilku znajomych z widzenia. Był Chudy Emeryt, coraz mocniej zarośnięty Tytus³, atrakcyjny Duńczyk⁴ i Pucołowaty (z Reszla?), który nawet skinął mi głową na przywitanie⁵.

__________
¹ Dorota Wasilewska w zeszłym roku koncertowała w Kętrzynie razem z Janem Jakubem Należyty i jak stwierdziła dyrektorka MBP, wtedy właśnie zrodził się pomysł, by zaprosić ją do miasta ponownie.
² Dokładnie cztery, dwie pary mieszane w okolicach dwudziestki.
³ Jeśli nie przytnie coraz bardziej dorodnej brody, chyba będę go musiał przechrzcić na Zbója Madeja.
⁴ Zdaje się, że trochę przytył i przez to przybyło mu na atrakcyjności. W zeszłym roku na ciut zagłodzonego wyglądał.
⁵ Niewykluczone, że przyglądałem mu się zbyt nachalnie i poczuł się biedak zobowiązany.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij