Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2024

7°C. Pochmurnie, ale z przejaśnieniami, po czternastej nawet na dłużej. Tymczasem mama wystraszyła się zapowiadanych w prognozie ulewnych opadów i znów zrezygnowała z wyjazdu do miasta. O czym mnie zawiadamia, dzwoniąc przed dziesiątą. Żebym nie czekał niepotrzebnie. A ja w sumie nie miałem zamiaru.

Read Full Post »

Z saloniku RUCH-u wracam przez centrum, zachodząc po drodze do warzywniaka przy dawnej księgarni. Sklep spory, towar ładnie rozłożony, ceny wyeksponowane, ziemniaków aż trzy odmiany (Ricarda, Gala i coś na C).
– Te C(…) to będą dobre na frytki? – pytam sprzedawczyni, skuszony najniższą ceną, 2,20 za kg.
– Tak – odpowiada dziewczę.
A powinna była powiedzieć „Nie”. Albo przynajmniej „Nie wiem”. Bym się wtedy nie zniechęcił do sklepu. W moim zieleniaku ceny może są i wyższe, ale raczej nikt mi nie sprzeda szajsu. Nabyte ziemniaki okazały się byle jakie, mocno wodniste. Frytki wyszły z nich miękkie, idealne dla bezzębnych staruszków. A choć obrałem kilogram kartofli¹, nie najadłem się w ogóle i od razu po obiedzie zacząłem myśleć o kolacji. Z której wcześniej zamierzałem w ogóle zrezygnować, stąd przesunięcie obiadu na dziewiętnastą.
Myślenie o kolacji uświadomiło mi, że twarogu w lodówce nie mam już ani kawałka. W związku z czym po dwudziestej, nie zważając na nasilający się deszcz, musiałem jeszcze do Biedronki się wybrać i zrobić zakupy.
+
Dzieci nadal bawią się domofonem.
– Słyszał pan historię o ślepym i niemym Michale? – słyszę w słuchawce, gdy po siedemnastej trzydzieści podchodzę wreszcie do domofonu zwabiony uporczywym dzwonieniem.
– Słyszałem – odpowiadam automatycznie i bez zastanowienia².
– Aaa… – młoda osoba (dziewczynka?) po drugiej stronie jest wyraźnie zaskoczona. – To dziękuję. Do widzenia.
________
¹ Bardzo dużo odeszło z łupinami, w niektórych ziemniakach nawet połowa.
² Gdybym się zastanowił, odpowiedziałbym zgodnie z prawdą, że nie i może miałbym coś ciekawszego do opisania na blogu. Tak sobie pomyślałem po fakcie.

Read Full Post »

Rano rozmawiam z mamą chyba ze dwadzieścia minut, pojęcia nie mam (teraz, wieczorem, przy pisaniu tej blotki) o czym. Nadganiam lekko lekturę bajek Grimmów, czytając (też) po raz kolejny króciutki tekst „Jak dzieci bawiły się w świniobicie”, który zostanie niewątpliwie moją ulubioną grimmowską bajką. Po obiedzie wekuję trzy słoiki zupy na zaś. Dramatyczny finał dziesiątego sezonu „Chicago PD” oglądam bez większego zaangażowania. Ogólnie jest sennie i leniwie.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Kontynuując (gdyż zdjęć przy niedzielnym spacerze zrobiłem sporo, a wszystkie zahaczające o turpizm).

Tu było, tu stało (II)

Zamku nigdy zbyt wiele. Skrzydło południowe (że przypomnę) to siedziba biblioteki.
Ulica Dworcowa (dawniej Obrońców Stalingradu, a wcześniej Bahnhofstraße). Budynek po prawej był kiedyś biurowcem i hurtownią RUCH-u. Obecnie należy do miejskiej spółki KOMEC zapewniającej ciepłą wodę i ogrzewanie.
Ulica Dworcowa wiedzie oczywiście do dworca (żółci się w głębi), mijając po drodze cztery nowe przystanki, z których odjeżdżają ze cztery autobusy dziennie. Przed modernizacją ruch był tu całkiem spory, z przystanków korzystał lokalny PKS (vel Veola vel Arriva), warszawski Polonus i prywatni przewoźnicy. Koniec remontu zbiegł się jakoś z zamknięciem działalności przewoźniczej przez Arrivę, a prywaciarzom wystarczył miejski przystanek (patrz ostatnie zdjęcie) i już prawie nikt tu nie wrócił. Gdzieś w okolicach tego wyforsowanego na chodnik drzewa stał kiosk RUCH-u, w którym w czasach PRL-u można było kupić autobusowe bilety. A w wolnej Polsce kupiłem w nim przynajmniej jedną płytę CD, soundtrack „Kabaretu” (1972).
Ulica Krótka. Po prawej był kiedyś sklep obuwniczy, po lewej na niewysokiej skarpie stał szereg niewielkich handlowych pawilonów.
W drugim czy trzecim pawilonie od prawej był sklep spożywczy, w  którym babka (a później ja) kupowała chleb razowy z piekarni Borzyma.
Ulica Krótka. Droga pod górę prowadzi do ośrodka zdrowia. A na tym obmurowanym kawałku był parking przed pierwszym pawilonem, w którym przez jakiś czas funkcjonował salonik z prasą Kolportera, a później punkt handlowy wymiany okien i drzwi.
I jeszcze raz ulica Krótka, ujęcie z drugiego końca.
Na tym drugim końcu Krótkiej, w miejscu, gdzie trawa nadal słabo rośnie, stał kiosk RUCH-u, w którym kupowałem (w co drugi czwartek?) kryminały Agathy Christie wydawane w kolekcji Hachette.
Po sąsiedzku jest plac Słowiański z dawnym sklepem meblowym, w którym obecnie handluje Biedronka.
A obok Biedronki przystanek komunikacji miejskiej, z którego korzystają wszystkie busy obsługujące powiatowe połączenia. Jeszcze niedawno bywałem tu co środę, gdy odprowadzałem mamę na jej autobus o piętnastej.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Read Full Post »

Przed zmrokiem zaczyna lekko śnieżyć. Temperatura spada do 0°C.
Od razu przy śniadaniu gotuję gar zupy jarzynowej, na trzy obiady minimum. I przez moment rozmawiam z Pawłem, któremu żona tak uprzyjemniła życie, że aż mu się przelało i potrzebował do kogoś zadzwonić. Nawet mu lekko współczuję, więc się powstrzymuję od wszelkich uwag, które mogłyby wybrzmieć nieprzyjemnie. W sumie obojgu współczuję, każdemu osobno i w odrębnych momentach. Barbara swój dzień miał w sobotę¹.
Wieczorem kończę czwarty sezon „Astrid i Raphaëlle”. Jutro finał „Chicago PD”, odcinków „Inspektora George Gently’ego” też już niewiele mi zostało. Za to wzięte z biblioteki książki znów ledwo ruszone i pewnie obie doczytam dopiero po serii maili przypominających o przekroczeniu terminu wypożyczenia.

__________
¹ Bratowa zamiast bezpośredniego telefonicznego kontaktu wybrała SMS-owanie. Trochę nierozsądnie, bo przy SMS-ach zostaje bardziej namacalny ślad, którego trudno się później wyprzeć.

Read Full Post »

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ 3°C z momentami przejaśnień.
Rano radio (PR2) i komputer. Po południu spacer przez dwie godziny. Nie, żeby mi się jakoś bardzo chciało, ale postanowiłem skorzystać z ciut przyjaźniejszej pogody i nie spędzać kolejnego dnia murem w domu. Po obiedzie znów radio i w okolicach osiemnastej krótka drzemka. Budzę się na słuchowisko według powieści Jarosława Iwaszkiewicza „Księżyc wschodzi”. O dwudziestej szykuję kolację i zalegam przed telewizorem, by obejrzeć kolejny odcinek „Very”. Później włączam jeszcze komputer… i zupełnie nieoczekiwanie wsiąkam w „Sersesa” w skateparku. Nie jestem fanem udziwnionych inscenizacji barokowych oper. Tę uratowały świetne głosy, a może bardziej nagie, muskularne torsy śpiewaków.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

A teraz jeszcze obiecany album ze spaceru.

Tu było, tu stało (I)

Tu stał kiedyś kiosk RUCH-u, w którym babka kupowała gazetę z programem telewizyjnym. Najczęściej „Gazetę Olsztyńską” zapewne. Później, gdy już z nią mieszkałem i założyli nam kablówkę, „Gazeta Olsztyńska” została zastąpiona magazynem „To&Owo”.
W miejscu tej zielonej skarpy był kiedyś miejski szalet, powstały z przebudowanego poniemieckiego schronu (?). Z końcem PRL-u szalet, podobnie jak wcześniej schron, przestał być potrzebny i został zlikwidowany.
Sklep ogrodniczy prawie po remoncie. Tzn. elewacja jeszcze niewykończona, ale środek tak, więc handel już ruszył. Kiedyś był to mocno przeszklony pawilon Cepelii z białej cegły.
W miejscu kosza na psie odchody też stał kiosk RUCH-u. Babka chodziła tu po prasę, gdy zlikwidowano ten pierwszy, przy murach obronnych. Było to już w czasach, gdy gazety wabiły kupujących dodatkami w postaci płyt z filmami, więc się brało tytuły w zależności od atrakcyjności dodatku: czasem „To&Owo”,  częściej „Wyborczą” lub „Dziennik”, a niekiedy i „Wyborczą”, i „Dziennik”.Tu było kiedyś Stare Miasto. W głębi czerwony ostaniec, modernistyczna kamienica z lat 30.
W głębi zamek, po prawej zachowana zabudowa Starego Miasta wzdłuż dawnych murów obronnych.

Read Full Post »

Po zmroku zaczynają się niechciane domofony.
– Tak? – pytam za pierwszym razem.
– Potrzebuje pan telewizora? – słyszę w słuchawce jakiś młody głos.
– Nie – odpowiadam krótko, wzięty z zaskoczenia.
– To zniesie pan swój na dół – mówi mój młody rozmówca (rozmówczyni?), a w tle brzmią rozbawione chichoty.
Drugi raz jest jakieś pół godziny później.
– Słucham?
– A słyszał pan dowcip o Marcinie?
– Nie macie nic lepszego do roboty? – pytam i odkładam słuchawkę.
Przy trzecim dzwonku domofonu od razu wychodzę na balkon. Przed drzwiami do bloku widać jedną małą sylwetkę. Większa grupa dzieciaków stoi na rogu bloku.
– Mam tam do was zejść na dół? – pytam z góry.
To poskutkowało.
Opowiadam później o wszystkim mamie, bo zadzwoniła przed dziewiętnastą spytać, jak wyszedł mi obiad¹.
– Kiedyś miałam podobne głupie telefony – przypomina sobie mama. – Ktoś zadzwonił z pytaniem, czy lodówka w kuchni u mnie chodzi. A gdy odpowiedziałam, że tak, poradził, żebym ją przywiązała, bo jeszcze ucieknie.
A później się wyjaśniło, czemu rano rozmawialiśmy króciutko i o niczym². Przed południem była u niej Barbara.
– Przyszła po dwa jabłka. Bo chciała zrobić śledzie z jabłkami. I przesiedziała dwie godziny. A ja nie mogłam się niczym swobodnie zająć.
___________
¹ A ja jeszcze nie zdążyłem zjeść, bo zapomniałem, że mam gotowe kotlety, ale w piątek ziemniaki ugotowałem tylko na jeden posiłek i nie nawet jeszcze nie obrałem tych na sobotni obiad.
² Jedynym konkretem była informacja, że piątkowym wieczorem padało, ale kot ani myślał nocować w bloku.
– Widziałam, że siedzi na garażu, wołałam, ale się nawet nie ruszył – mówiła mama. – Za to dzisiaj wyszedł na dwór tylko na chwilę i nawet nie zdążyłam wrócić z kotłowni, a już był z powrotem pod drzwiami mieszkania.

Read Full Post »

Słonecznie i aż za ciepło, 11°C.
Nos odciśnięty okularami zalepiłem plastrem. Ale to dopiero po zakupach u Mistrza Jana i w zieleniaku.
Na obiad smażę kotlety z piersi kurczaka, po których czuję się jakiś przeżarty i ociężały. 400 gramów mięsa rozbiłem na trzy obiady – może trzeba było na cztery?
Spotkanie z Anną Brzezińską wypadło średnio. Prowadząca za bardzo eksponowała swoją osobę i zadawała nijakie pytania. Przed rozmową byłem bardziej nastawiony na kupno „Mgły” niż po.
Jeden George Gently (to już w nocy) nie zawodzi.

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij