13:21 Widzę przez okno w kuchni Maję z Julią stojące na chodniku przy sąsiednim bloku. Po porannym deszczu powietrze jest chłodne, rześkie. Panie w kurtkach. Maja z plecakiem. Wyraźnie na kogoś czekają. Zaparzam kawę i przechodzę do pokoju, żeby mieć lepszy widok z okna balkonowego na rozwój sytuacji. Po chwili swoim autem podjeżdża Sławek (gdyby ktoś mnie spytał o kolor samochodu nie odpowiem, chociaż jechałem już tym autem ze trzy razy) i towarzystwo gdzieś wyrusza, w celach rozrywkowych zapewne. Sprawdzam komórkę, nikt nie dzwonił, żadnych SMS-ów. I czuje takie lekkie uderzenie rozżalenia. Chociaż przecież nie wydarzyło się nic zaskakującego, doskonale wiedziałem, że całe zainteresowanie moją osobą i to dotychczasowe zapraszanie na wszelkie wycieczki wynikało z matrymonialnych rojeń sąsiadki.
Na szczęście przy moim charakterze optymisty, już przed końcem śniadania humor wraca mi do normalnego, pogodnego poziomu i przestaję sobie zawracać głowę znajomościami, na których mi nie zależy.
Posts Tagged ‘Julia’
Miej miłosierdzie dla nas…
Posted in Lepszy rydz niż nic, tagged blogowanie, charakter, Julia, Maja, pogoda, Sławek, takie tam, znajomości on 30 września 2023| 32 Komentarze »
Dzień sto dwudziesty siódmy (środa)
Posted in Lepszy rydz niż nic, Z fotopuszki, Łatka, tagged Bazyli, cudARTeńka, Grażyna, Julia, pogoda, Porto, szyja, widokówka, zakupy on 13 września 2023| 8 Komentarzy »

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Jest słonecznie, gorąco (do 29°C), ciężko (ciśnienie spada?). Szyja nadal lekko mnie boli, z czego mama od razu wyciąga daleko idące wnioski (że to od kręgosłupa, zwyrodnieniowe etc.) i każe iść do lekarza. A to pewnie tylko niedzielny rower. Albo mnie zawiało w nocy od otwartego balkonu (jeśli śpię na kanapie głowę mam zaraz przy drzwiach). Ewentualnie dwie poduszki pod głową to przynajmniej o jedną za dużo. Nieistotne w sumie. Przedpołudniowe SMS-owanie, wyjątkowo nie tylko ze Pszczółkiem, zadziałało lepiej niż kawa. Ale z wyjściem na zakupy zwlekam aż do zmroku. Zbyt długo, jak się okazało. Błyska już dość intensywnie na północy, gdy przed dwudziestą idę do Biedronki, ale wydaje się to tak odległe (i ciche, bez grzmotów), że całkowicie rzecz lekceważę. Tymczasem wystarczy kwadrans w sklepie (dłużej mi nie zeszło), by po wyjściu z torbami pełnymi zakupów trafić na ścianę ulewy i burzę nad głową. Szczęściem akurat trafiła się Gosia, po kakao przyjeżdżająca dla znajomej Ukrainki. Trafiła, wypatrzyła (ja bym jej pewnie nie zauważył) i zaproponowała podwózkę.
– Nie trzeba – kryguję się pro forma. – Postoje, poczekam, za pół godziny pewnie przestanie padać.
– Podwiozę – Gośka jest nieustępliwa. – Tylko kupię kakao.
Leje tak intensywnie, że nawet po tych kilku krokach do (na parkingu przed Biedronką) i od (na chodniku pod blokiem do drzwi wejściowych) samochodu moja koszulka jest całkiem przemoczona. Ale przynajmniej zakupy nie ucierpiały.
Mniej więcej
Posted in Lepszy rydz niż nic, Się ogląda, Z fotopuszki, Łatka, tagged Julia, Maja, Marek (II), plany, rower, wycieczka, z przypisem on 12 września 2023| 44 Komentarze »
Było w niedzielę między szesnastą a dwudziestą, czwarta rowerowa wycieczka w tym sezonie.
Mniej więcej 25 kilometrów do pokonania. Oraz dłuższa przechadzka przed i po (5 km w sumie; najmniej). Gdybym jeszcze popływał, miałbym triatlon.
Sławek tym razem wymówił się od udziału, więc spotykamy go tylko przy garażu pożyczając rower¹. Poza tym stały skład ekipy wyjazdowej: Maja, Julia i Marek.
Maja zrobiła kanapki. Julia upiekła drożdżówki. Marek ustalił trasę. Ja tylko korzystam.
W Owczarni jesteśmy tuż przed osiemnastą, więc nie mamy możliwości zwiedzenia tamtejszego lokalnego muzeum. Nikt chyba nawet tego nie planował. Po kupnie soku porzeczkowego (panie skorzystały z toalety?) robimy dłuższy popas na nieodległym przystanku autobusowym. Z ilości wałówki zgaduje, że Sławek zrezygnował z wyjazdu w ostatnim momencie. Zjadam dodatkową kanapkę, a dwie bułki z wypieku Gośki dostaję „na później” i mam je do poniedziałkowej kawy przy śniadaniu.
Mrok zapada już po dziewiętnastej. Do Kętrzyna docieramy w coraz bardziej gęstniejących ciemnościach i jeszcze dobre pół godziny spędzamy nad jeziorkiem, odpoczywając i planując kolejne wycieczki. Tzn. ja odpoczywam i się przysłuchuję w zadziwieniu, jak reszta towarzystwa planuje wyjazd na dwa samochody gdzieś tam w okolice Reszla, najewidentniej uwzględniając i mnie w tym wypadzie.
____________________________
¹ Umówiony byłem na 15:30, więc dałem sobie pół godziny na dotarcie na miejsce. Przy nocnych spacerach tyle spokojne mi wystarczy. Nie uwzględniłem niestety, że to będzie najgorsza pora dnia, z męczącą temperaturą przy braku cienia. I jeszcze po drodze na cmentarz zaszedłem, bo wypadała czwarta miesięcznica zgonu babki, a i pelargonie wypadało podlać. W rezultacie już przed rozpoczęciem wycieczki byłem tak wykończony, że najchętniej bym się położył i tylko czekał na zapadnięcie zmroku. Na szczęście Marek wybrał przyjemną trasę, wiodącą przeważnie lasem, z niezbyt uciążliwymi podjazdami i długimi zjazdami (pokonywanie tego w drugą stronę byłoby prawdziwym wyzwaniem).
Dzień sto trzeci (niedziela)
Posted in Lepszy rydz niż nic, Z fotopuszki, Łatka, tagged jezioro Mój, Julia, Maja, Marek, Sławek, wycieczka rowerowa on 20 sierpnia 2023| 22 Komentarze »
Maja zadzwoniła po piętnastej.
– To jak, nie rozmyśliłeś się? – spytała.
– Nie.
– To Sławuś przyjedzie po ciebie około siedemnastej piętnaście i pojedziecie po rowery.
– Dobrze, będę czekał.
– To na razie.
O siedemnastej na dworze jest nadal ponad 30°C, ale słońce nie świeci już intensywnie, na niebie nie brak chmur. Mieszkanie miałem rozgrzane do 29°C, więc pobyt w czterech ścianach bloku nie niósł żadnego wytchnienia.

Sławek przyjechał z lekkim opóźnieniem.
– Powiedziałem im, że są nienormalni – stwierdził, zabierając mnie do auta.
„To w sumie ja też – pomyślałem – skoro się zgodziłem bez żadnych oporów na udział w tej rowerowej wycieczce”.
Ale w sumie jazda rowerem, mimo wysokiej temperatury, okazała się nadzwyczaj przyjemna, pęd powietrza chłodził i w ogóle nie było czuć upału.
W sobotę była mowa o wypadzie w okolice Nakomiad, ale Marek był na tej trasie kilka dni wcześniej i zaproponował wypad w stronę Gierłoży. Tzn. dał nam trasę do wyboru, ale że do zmroku nie zostało zbyt wiele czasu (ciemno zaczyna się robić już po dwudziestej) zwyciężyła krótsza (ze 20 km wszystkiego; leśnych dróg nie ma na mapie Google, więc nie mogłem wyznaczyć i wymierzyć dokładnej marszruty).
Ekipa wyjazdowa była stała (Marek, Maja, Julia, Sławek i ja na doczepkę). Jedziemy do Gierłoży przez Wopławki i Czerniki, momentami polną drogą, by uniknąć długiego, a stromego podjazdu w Czernikach.


Później jest wygodny kawałek asfaltem przez Parcz i Mażany i kilka kilometrów leśnymi duktami nad jezioro Mój, gdzie na niewielkiej plaży z pomostem rozbijamy się o dwudziestej na krótki postój i zjedzenie wałówki. Wracamy już po zachodzie słońca, w coraz mocniej gęstniejącym mroku.


W domu jestem po dwudziestej pierwszej trzydzieści, wykończony, ale zadowolony. Sympatycznie było.
Dzień czterdziesty siódmy (niedziela)
Posted in Lepszy rydz niż nic, Z fotopuszki, Łatka, tagged dialog, drobne zmiany redakcyjne, Julia, Maja, Marek (II), pogoda, Sławek, wycieczka rowerowa on 25 czerwca 2023| 13 Komentarzy »
Maja zadzwoniła po piętnastej, odrywając mnie od obiadu.
– To wybierzesz się z nami na wycieczkę? – od razu przystąpiła do rzeczy.
– A nie jest zbyt upalnie? – próbowałem niemrawej obrony.
– O siedemnastej wyjedziemy, to już powinno być w miarę przyjemnie.
– Sam nie wiem… Nie lubię takiego pożyczania. Rower się zepsuje pod moim ciężarem i będą nieprzyjemności. Co innego, gdybym jechał swoim.
– Jak się coś zepsuje, to Sławuś później naprawi. Nie zawracaj sobie tym głowy.
„Nie jestem pewien, czy Sławek podchodzi do tego na równym luzie – pomyślałem.
– To skoro zapraszacie jasne, że bym się przejechał – zgadzam się skwapliwie bez dalszego krygowania. – A jaka dziś trasa?
– Marek coś wymyślił. Trzy dwory za Gałwunami. Nie pamiętam dokładnie, ale do przejechania nie więcej, niż dwadzieścia kilometrów.
Wyszło w trakcie, że większość tych kilometrów biegła polnymi, szutrowymi, czy brukowanymi drogami. Mój pożyczony rower miał szerokie opony, w sam raz na takie trasy. Jednak i tak wypatrywanie asfaltu okazało się największą atrakcją, bo dwory, które mieliśmy podziwiać, prezentowały się średnio, żeby nie powiedzieć, że wcale.
Ale samo jeżdżenie po okolicy było fajnie.
Uzupełnienie z 2023.06.28
Jedziemy razem, ale każdy według własnego tempa, sił i możliwości, więc praktycznie osobno. Tylko zakochani trzymają się blisko siebie. Julia sunie gdzieś z tyłu. Ja różnie. Maciek przeważnie pruje hen wysforowany do przodu. Jeden raz porzucił pozycję przewodnika, gdy zjechaliśmy na całkowicie polną drogę z głębokimi koleinami (w mapach Google jej nie było, przez co miałem problemy z wykreśleniem trasy wycieczki), w których nie mógł się pomieścić swoim trójkołowcem.
Fotografuję okolice bez większego przekonania. Krajobrazy ładne, ale nie jestem pewien, czy na moich ujęciach będzie to widać.
W momentach jazdy w towarzystwie trochę rozmawiam. Z Markiem o trasie wycieczki, dworach (nazwa szumna), boreliozie i innych atrakcjach. Z pozostałą trójką przeważnie monotematycznie o szukaniu pracy (odpowiadam na zainteresowanie z ich strony i pytania o to, jak mi idzie), co już przyjemne zbyt nie jest, bo odrywa mnie od beztroskiego podziwiania chmurek (bujania w obłokach) i przypomina o wyboistej rzeczywistości (te zdjęcia bruku to tak symbolicznie trochę).
– Modlimy się z Mają – mówi Julia – żebyś sobie coś znalazł.
„Jezus Maria! – myślę. – I jeszcze to, modlitwy! To ja już wolę żeby się nie modlić i zostawić mnie w spokoju”.
W Skierkach za pałacem jest miejsce na odpoczynek dla turystów zwiedzających okolice, altana ze stolikami, gdzie robimy dłuższy postój. Julia częstuje przygotowanymi kanapkami. Wszyscy jedzą z apetytem i chwalą, że takie zgrabne rączki przyszykowały tak smaczny posiłek. Ograniczyłem się do zwykłego „Dziękuję” i głupio mi przez to trochę, bo wychodzę na jakiegoś niewdzięcznego gbura.
Za Starą Różanką znów zjeżdżamy z asfaltu w polne drogi i po kilku kilometrach docieramy do części Kętrzyna, w której jeszcze nie byłem. Przed miejskim targowiskiem towarzystwo się rozjeżdża każdy w swoją stronę – ja ze Sławkiem do garażu zostawić rowery, reszta do swoich domów.
Przelotem (#0011-0012)
Posted in Lepszy rydz niż nic, Przejrzane, poprawione, uzupełnione, Łatka, tagged cmentarz, dialog, Facebook, jezioro Mój, Julia, korekta (R), Maja, mama, Marek (II), nagrobna inskrypcja, plany, pogoda, przelotem, rower, Sławek, takie tam, wycieczka rowerowa, z przypisem, zakupy, żałoba on 21 Maj 2023| 53 Komentarze »
Słonecznie i ciepło, 22-24°C.
Sobota
Po trzynastej wychodzę na cmentarz posadzić pelargonie u dziadków i sprawdzić, czy napis na tablicy dobrze wygląda. Wybrałem opcję z zeszlifowaniem starego i wypisaniem wszystkiego od nowa, z pełnymi datami urodzin i zgonów. Wyszło ładnie. A na dole zostało jeszcze tyle miejsca, że będzie można bez problemu i mnie dopisać. Nawet gdyby dodać przydomek do imienia, może tylko ciut mniejszą czcionką wszystko. Jeśli się trochę wkręcę w rodzinę Leszka (ma trzech fajnych synów), to może któryś z nich się tym zajmie, gdy już będzie trzeba. Bo na bratanicę chyba nie mam za bardzo co liczyć. Nieważne.
Wyrzuciłem zwiędnięte wiązanki, wymyłem pomnik. Do domu wróciłem przed szesnastą, już z lekkim bólem głowy, bo jednak słońce przyświecało dość intensywnie, a ja nie miałem czapki. Na szczęście paracetamol pomógł i dałem radę funkcjonować wieczorem.
Po dwudziestej pierwszej idę do Biedronki. Zazwyczaj sobotami brałem Somersby i chipsy. Teraz podstawa moich zakupów to zapas wkładów do zniczy, dla siebie i na wieś, bo wybieram się we wtorek, na rocznicę ojca. Patrząc po rachunku, alkoholizm jest o wiele tańszym hobby od kultywowania pamięci zmarłych.
Niedziela
Przespałem osiem godzin jednym ciągiem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mi się to udało. Może, gdy nocowałem w Warszawie po Paradzie Równości w 2018 roku?
Ranek spędzam na Facebooku, porządkując profil i ustawiając posty, które mają się wyświetlać dla niestandardowej grupy Rodzina i others. Bo dodałem Maję (sąsiadkę) do znajomych, ale przy ograniczonym dostępie nie widzi u mnie nic. Marudną, a bezsensowną pracę (komuś będzie się chciało przeglądać moje aktywności od 2009 roku?) przerywa telefon. Od wzmiankowanej Mai.
– Może chciałbyś z nami na wycieczkę rowerową pojechać? – dziewczyna zaczyna konkretnie. – Jakbym rower dla ciebie pożyczyła.
– Ale ja jestem taki dość masywny – przypominam. – Żeby nie było później problemów, jak się pode mną złoży.
– Już nie przesadzaj. To jak, pojechałbyś?
– No nie wiem… Ciepło jest.
– Po siedemnastej.
– W sumie mógłbym. Jeśli znajdziesz ten rower. I jeśli nie wybierzecie żadnej karkołomnej, długiej trasy. Bo ja dawno nie jeździłem rowerem, dziesięć lat najmniej.
– Bez obaw. Trasę wybiera Marek¹. Powiem, żeby wybrał łatwą.
– Dobrze. Niech będzie – godzę się bez większego entuzjazmu, pełen nadziei, że może to jednak nie wypali.
– To jesteśmy umówieni.
Rower oczywiście się znalazł (w garażu Sławka) i po siedemnastej wyjeżdżamy w piątkę (Marek, Maja, Sławek, Julia i ja) na spokojną rundkę wokół jeziora Mój. Początek był dość ciężki, nie powiem, ale jak już opanowałem z grubsza obsługę przerzutek, jazda stała się całkiem przyjemna. Zwłaszcza jeśli trasa biegła dobrą drogą, z górki i zapomniało się o cholernie niewygodnym siodełku.
Ruch rowerowy był spory, tempo jazdy też (jednak²), bardziej niż podziwianiem widoków zajmowałem się pilnowaniem pionu i pobocza ścieżki rowerowej, ale w sumie było fajnie. Odpocząłem (psychicznie), zrobiłem trochę zdjęć, głównie na postojach, które były dwa. Pierwszy w lesie nad jeziorem (Sławek poczęstował mnie mandarynką, panie jedzą kanapki) i drugi, na przeciwległym brzegu, na plaży miejskiej z bogatą wypoczynkową infrastrukturą (Unia sfinansowała).
Rozmawiało mi się swobodnie i z Mają, i z jej atrakcyjnym narzeczonym. Tylko Julia trzyma się cały czas na dystans od całej grupy. Jak jechała, to na końcu. Jak się rozłożyliśmy na hamakach na plaży, to ona gdzieś znika (później się okazało, że została przy rowerach na parkingu). Aż mnie to zaczęło tak uwierać (i w sumie śmieszyć), że w końcu nie wytrzymałem.
– Coś się stało, że Julia mnie unika? – pytam Mai. – Nie pasowało jej, że jadę z wami na wycieczkę.
– Nie, na pewno nie.
– Bo wiesz, jeśli sobie pomyślała, że chcecie nas swatać, to będziecie mieli teraz problem, żeby ją udobruchać.
– To na pewno nie to.
– Bym nie był taki pewny. Ale to już nie moje zmartwienie. Mówiłem przecież, że nie szukam żony.
Do Kętrzyna wracamy o 20:40. Jeszcze odprowadzam ze Sławkiem rower do jego garażu (facet chyba czuje się trochę niezręcznie, gdy zapada milczenie, więc mówi o sobie i to sporo), a później idziemy (600 metrów) pod blok, w którym mieszka i jedziemy na stare miasto samochodem. Bo Sławek chce jeszcze zajść do Mai.
Jestem w domu prawie punkt 21:00, akurat na telefon mamy, która już była chyba lekko zaniepokojona, że o dwudziestej nie zastała mnie w domu.
____________
¹ Marek to kolega mojego brata z ogólniaka. Był nawet kiedyś u nas na wsi (- A ja się tak zastanawiałem, skąd cię znam – powiedział, gdy mu przypomniałem kilka szczegółów.), więc szybko złapaliśmy dobry kontakt.
² Jak dla mnie. Google twierdzi, że na te 23 kilometry wystarczy godzina i osiemnaście minut.
Dzień czwarty (sobota). Ekstrakt
Posted in Lepszy rydz niż nic, tagged Abramasia, blogowanie, cmentarz, Julia, korekta, Maja, pogoda, PR2, spacer, takie tam, trzynasty, zabobony, żałoba, żebrak on 13 Maj 2023| 18 Komentarzy »
Dziś trzynasty, ograniczam więc fizyczną aktywność. Pół dnia przesiedziałem w sieci, głównie blogując i słuchając radia (PR2). Ranek był słoneczny, po południu się chmurzy, ale nadal jest ciepło (22°C) i nie pada. Po siedemnastej znów pokazuje się słońce, więc postanawiam nie rezygnować ze spaceru z aparatem fotograficznym. Wychodzę około osiemnastej, już po wizycie Łukasza (żebraka). Chwilę pokręciłem się przy zamku, zrobiłem parę zdjęć i ruszyłem na cmentarz, sprawdzić co u babci. A później zrobiłem dużą rundkę po grobach sąsiadów, dalekiej rodziny i znajomych babci. I drugą, z sąsiadką Mają i jej koleżanką (Julią), bo spotkałem je, gdy już miałem wracać do domu, a one właśnie zaszły odwiedzić babcię.
– Bo my takie cmentarne dziewczyny jesteśmy – zażartowała Maja. – Niedzielami spacerujemy po cmentarzu.
Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ
Refleksja natury ogólnej (tak mnie naszło, gdy się zacząłem zastanawiać nad sposobami przeżywania żałoby): Chyba jestem podobny do Jarosława Kaczyńskiego bardziej, niż bym podejrzewał i chciał. Ze mnie w sumie już też zaniedbany dziadyga. Tyle że bez kota i zupełny nikt. Miesięcznice w każdym razie będziemy mogli obchodzić tego samego dnia.
Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ
Napisało mi się sześć stron notatek, więc zamiast was tym męczyć zapraszam do lektury archiwalnych wpisów. Obecność Abramasi wśród komentujących sprowokowała mnie do zajrzenia do relacji z jej pierwszej wizyty w Kętrzynie (niedziela 19 sierpnia 2007 roku). I z przyjemnością przeczytałem nie tylko komentarze ówczesnych czytelników tego bloga, ale i własne teksty.
➽ To je vukojebina! Albo przydługi wstęp
➽ Z peronowych notatek
➽ To je vukojebina! Zakończenie
➽ To je vukojebina! Próba rekonstrukcji
Żal, że nie napisałem wtedy więcej i że zdjęć zrobiłem mało.






