– A wiśnie wiszą – mówi mama. – Kogo się pytam – nikt nie chce. Cukier drogi, napracować się trzeba. Ludzie wolą kupować gotowe soki, czy dżemy, niż robić przetwory. Nic się nie opłaci… Takie czasy.
– Mają pieniądze, to kupują. Ja robię przetwory, bo wolę ich smak, niż kupnych.
Po trzynastej noszę swojego leciwego Poljota do zegarmistrza (pękła sprężyna), a przy okazji (i po drodze) robię zakupy to tu, to tam, po kolei: Mistrz Jan, apteka, sklep ze wszystkim, wg Barbary nazywany „Śmietnikiem”, salonik RUCH-u, Gama (d. Nemezja)… I jeszcze przy klepsydrach zaliczam krótką rozmowę ze znajomą z pracy, a teraz się męczę, próbując sobie przypomnieć, jak kobiecie na imię… A! Już mam! Zosia! Gryzło mnie od obiadu, a jak zacząłem pisać, od razu przyszło do głowy!
Zza chmur coraz częściej wyłazi słońce, temperatura wzrosła do 26°C, zegarmistrz daleko, wracam zmęczony i przepocony.
Wieczorem kończę „Bliskich” Annie Ernaux (z biblioteki przyszło już przypomnienie o terminie zwrotu). W planach na najbliższe godziny kolacja przy odcinku „Detektywa z wybrzeża” i długo nocny spacer.
edit. (23:30)
Ze spaceru zwolnił mnie deszcz. Na szczęście zasiedziałem się przy komputerze, nie wyszedłem od razu po filmie, dzięki czemu uniknąłem zmoknięcie, czy wręcz dokładnego przemoczenia, bo opad by mnie złapał mniej więcej w połowie trasy.



