Po śniadaniu mama proponuje wyjście do zagrody¹ celem narąbania drzewa na rozpałkę. Mówiłem od razu po przyjeździe, że pomogę. W sobotę (Zaduszki) nie było kiedy, bo przed południem byliśmy na cmentarzu, a później na kawie u mojego chrzestnego. Zresztą za mocno wiało². Niedziela wiadomo – dzień boży. W poniedziałek miałem ostatnią okazję do wywiązania się z obietnicy. I nawet z chęcią wyszedłem na dwór, bo centralne nie było jeszcze rozpalone, więc w mieszkaniu temperatura spadła do 18°C, a słońce grzało całkiem przyjemnie i było fajnie trochę się poruszać przy rąbaniu, czy nawet posiedzieć na pieńku.
Na obiad dojadamy ostatnie kotlety z piersi kurczaka. Mama nasmażyła w czwartek więcej tych kotletów, profilaktycznie, gdyby ktoś się jednak z rodziny zdecydował i przyjechał na groby. A że nikt się nie zjawił… Dla mnie to akurat żaden problem, bo lubię drobiowe kotlety i mogę jeść to samo przez kilka dni z rzędu. Mama preferuje bardziej urozmaicone menu.
W bonusie kot.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Sąsiadka, gdy kot był jeszcze kotem sąsiadki, nazywała go Popiołkiem. Ojciec wołał na niego Buras. Dla mnie i dla mamy to po prostu Kot.
_____________
¹ Kawałek ogródka z dwoma jabłoniami między szopą na drewno a murowanym chlewikiem.
² Przy zagrodzie rośnie mocno osłabiony przez jemiołę klon. Do niedawna rosły dwa, ale latem ten drugi – wydawałoby się mocniejszy – poleciał przy podobnej wichurze na podwórko.





