Impresje niemerytoryczne.¹
Przemawiał więc Dago do ogiera łagodnym ruchem dłoni, lekkim pochyleniem i kołysaniem się tułowia, stosował grę spojrzeń i uśmiechów, choć to nie na wiele się zdało. Łamał też dumę białego ogiera wykorzystując jego głód i na każdym postoju karmił go z ręki garściami owsa, który trzymał w jednej ze skórzanych sakw. (…) Czy od tego wszystkiego zmiękło choć na chwilę serce białego ogiera, czy w jego duszy zatliła się odrobina miłości? Tego Dago nie wiedział, a bał się sprawdzić, ponieważ to mogło oznaczać walkę na śmierć i życie. Pokochał Vindosa od pierwszego wejrzenia i pragnął go jak najpiękniejszej kobiety, a kiedy biały ogier ostrzegł go przed niebezpieczeństwem, miłość ta stała się jeszcze silniejsza. A wszystko to być może dlatego, że i jego przez wiele lat, za przyczyną białych włosów, nazywano niekiedy Biały.
No ładnie, zoofilia od pierwszego rozdziału, jak w Skiroławkach. Ale żeby chłop z chłopem to pewnie nic, bo autorowi podobne perwersje do głowy by nawet nie przyszły.
Było upalne popołudnie, pot pokrył opalone na złocisty kolor plecy Dagona, biała sierść ogiera też pokryła się pianą. Nie napojony – czuł pragnienie i zaczynał słabnąć, ciągle jednak w gwałtownych podskokach rozwiewała się jego gęsta biała grzywa i jasne długie włosy jeźdźca. Ale podskoki stawały się coraz rzadsze i nie tak wysokie. Minęła jednak chyba wieczność, zanim biały ogier wreszcie znieruchomiał, oddychając gwałtownie swoją szeroką klatką piersiową. „Vind, Vindos” – uspokajał go Dago i głaskał po spoconym karku. A potem przemawiał cicho w mowie Spalów:
– Kocham cię jak kobietę. Kocham ciebie jak siebie samego. Będziesz miał brązowe napierśniki, aby nie przebiła cię czyjaś włócznia. Na grzbiet narzucę ci skórzany czaprak, aby cię nie dosięgnął grot strzały. Vind, Vindos…
Dago wierzył, że biały ogier rozumie jego słowa i jego obietnice. Niechciał łamać jego dumy, pragnął tylko posłuszeństwa i cudownego przeżycia dla mężczyzny, że ma się między udami tak wspaniałe i piękne zwierzę. „Vind, Vindos, kochany” – nie przestawał powtarzać słów jak zaklęcia.
Znieruchomiały ogier wreszcie nisko zwiesił głowę.
Raz jechałem na koniu. Z czego wszystkiego najlepiej pamiętam zażenowanie, gdy się mój wierzchowiec zatrzymał i odlał w czasie postoju. Ale to była myszata klacz, więc pewnie dlatego nie doświadczyłem żadnego cudownego przeżycia.
Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Kartkę prosto z Egiptu (via Płock) znalazłem w skrzynce w poniedziałek. Pod wieczór.
Z aktualnych makulaturowych pomnożeń i przyrostów in spe – płacę za wylicytowany na Allegro plik (cienki) numerów „Szpilek” z 1978 roku. W domu się u mnie nigdy tego nie czytało, więc nie do końca wiem czego się spodziewać.
Dzień #2760.
_______
¹ Ale raczej nie starczy mi zapału na przebranżowienie bloga z życiowego², na krytyczno-literacki, więc bez obaw.
² Niczym „Moda na sukces”.
Read Full Post »