Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Tytus’

500 lat Reformacji na Mazurach
Koncert Rock Reformacji
16:10 Arka Noego
17:40 N.O.C.
18:25 Luxtorpeda

Zaliczyłem część pierwszą i trzecią koncertu. Z części drugiej jedynie dwie piosenki zespołu i pożegnalne wystąpienie wikarego, który się żegnał z parafianami i sentymentalnie z Kętrzynem, bo za dwa tygodnie zmienia parafię. A! I było jeszcze lokowanie produktów, czyli blok podziękowań dla sponsorów.

Arka Noego wiadomo. Pewnie wszyscy kochają Arkę Noego, albo chociaż kochali w dzieciństwie – mnie to ominęło, bo jestem za stary, ale przebój „Taki duży, taki mały” nawet ja kojarzę. Posłuchałem tej części bez bólu, może nawet z przyjemnością, bo nie jestem dzieciofobem i patrzę nawet z pewną dozą sympatii na wszelkie poczynania najmłodszych. Byle za bardzo destrukcyjne nie były, hałasy ścierpię.

Oczywiście na początku koncertu było krótkie słowo powitalne samego biskupa, więc moja poranna kąpiel, golenie i mycie nie poszły na marne. Bo tak sobie pomyślałem już w nocy, że biskup na koncercie to będzie na pewno, więc trzeba się szykować prawie jak do wyjścia na mszę. No i się odszykowałem. Prawie.

Po dwóch piosenkach Arki Noego nastąpił nieoczekiwanie – przynajmniej dla mnie, sporo pań, zauważyłem, miało składane parasolki, które powyciągały z torebek¹ – krótki a intensywny przelotny opad. W amfiteatrze nie ma za bardzo gdzie się schować, więc zanim wiatr przegnał deszczową chmurę, zmoczyło mnie dość dokładnie. Szczęściem później słońce świeciło całkiem intensywnie, a deszcz był ciepły (temperatura na dworze w okolicach 21°C) i do końca występu Arki Noego prawie wyschłem. Przy ostatniej piosence powoli zacząłem się zbierać do wyjścia, jeszcze posłuchałem, jak Robert Friedrich przedstawia młodych artystów (większość to jego wnuki? Chwalił się kilka razy, że z siódemki dzieci doczekał się już siedemnastki), ale już nie czekałem na ewentualne bisy, bo głodny byłem, a chciałem zdążyć jeszcze na część z występem grupy N.O.C., co mi się oczywiście nie bardzo udało.

O 17:20 byłem w chacie. Zanim podgrzałem zupę i parówki w zupie (dla szybkości), i zjadłem, i trochę podsuszyłem majtki na tyłku i spodnie² minęła osiemnasta i do amfiteatru wróciłem dopiero w okolicach 18:10 i już się załapałem jedynie na dwie piosenki… wróć, na dwa końcowe utwory grupy N.O.C (z Piszu towarzystwo) i na wspominane już wystąpienie wikarego.

Część trzecia (18:30-19:55) to występ Luxtorpedy – ciężkie brzmienie rockowe, które ma chyba całkiem sporo fanów wśród miejscowej ludności, bo tłumek był spory. Też młodych, nastolatków. I dwudziestolatków (trzydziestolatków) z dziećmi, którzy się gibali na placu przed sceną razem ze swoimi pociechami. W sumie dość sympatyczny widok. Jak sobie teraz myślę – bardziej mnie do amfiteatru ciągnęły takie widoki i możliwość pobycia z ludźmi³, niż sama muzyka.
Szczęściem wychodząc z domu po obiedzie pomyślałem o zabraniu jeansowej kurtki. Przydała się, bo momentami od jeziorka ciągnęły podmuchy chłodnego powietrza. Ba! I energiczne podrygiwanie nogami do hard rockowych rytmów się przydało, bo zimno się robiło, gdy człowiek siedział tak całkiem nieruchomo. Miałem nawet w którymś momencie pokusę, by się dłużej nie zmuszać i wracać do domu, ale nie uległem słabości i wytrwałem do samego końca („Nie będziesz przecież słabszy od biskupa!” – wrzucałem sobie motywująco), zastanawiając się momentami, czy gdyby to był koncert disco polo, też bym wytrwał. Kiedyś chyba trzeba się będzie przemóc, przejść się na takie wydarzenie i sprawdzić. Tylko trochę strach, bo co, jeśli mi się spodoba?

_______
¹ Nawet gdybym wziął parasol, to nic by mi to nie dało, bo ochrona na bramie – widziałem i słyszałem – nie wpuszczała ludzi z normalnymi parasolami. Ani z napojami w puszkach.
– Takie mamy polecenie – tłumaczyli emerytowi z parasolem i wyżej wymienionym napojem, który zjawił się na wejściu tuż po mnie i został brutalnie zatrzymany. – Napój może pan wypić teraz albo wyrzucić, a parasol można zostawić przy bramie.
² Od farby z drewnianych siedzisk amfiteatru (jakaś wodna, że puszcza po deszczu?) brązowa plama na dupie mi się zrobiła, odcisk deski. Na szczęście spodnie też brązowe, więc to można zauważyć tylko, jak się człowiek dobrze przyjrzy. A kto by się mojemu tyłkowi przyglądał? Zboczeńcy jacyś chyba tylko nienormalni.
³ Bez większego zaskoczenia odnotowałem w tłumie obecność Pucołowatego i Tytusa.

Read Full Post »

19:00-19:30
„Bunt mieszczan” – inscenizacja bitwy o zamek

(skwer przy baszcie – ul. Traugutta)

19:30
Baht Arafe

koncert tradycyjnej muzyki lewantyńskiej
(scena zamkowa)

21:00
Uczta na dziedzińcu zamkowym

Muzyka i tańce
Kapela Hałasów

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Zgodnie z przewidywaniami – pseudo-historyczna inscenizacja okazała się atrakcją nie dla mnie. Przedstawienie w trzech aktach trwało ze czterdzieści minut i później trzeba było poczekać, aż publika przejdzie z jednej lokalizacji do drugiej (ja się zwinąłem przed brawami) i może na dogaszanie zgliszcz, czy coś w ten deseń, w każdym razie koncert grupy Baht Arafe na zamkowym dziedzińcu zaczął się dopiero o 20:00. I tutaj też było zgodnie z przewidywaniami. Tyle, że spodziewałem się dobrej muzyki i taką dostałem. Zespół powstał pewnie dla potrzeb tego występu, ale muzycy z tria są doświadczeni, znają się na tym, co robią, więc zaprezentowali bardzo ładną muzyczną podróż po krainach Orientu.

Po dwudziestej pierwszej była przerwa na drobną przekąskę, poczęstunek ze strony organizatorów (i sprzątnięcie przez muzealnych pracowników i wolontariuszy krzeseł z zamkowego dziedzińca). Niestety znów wykazałem się niepotrzebną wstrzemięźliwością i ledwo skubnąłem kilka dań. A mogłem chociaż pasztecików wziąć więcej niż dwa i ciasta napchać do oporu, bo smaczne było. Ba! Żadnej kanapki nawet nie spróbowałem. Frajer, zwyczajnie frajer!

A gdy już na talerzach zabrakło żarcia, a na dziedzińcu krzeseł, Kapela Hałasów rozstawiła się ze swoim instrumentarium, opowiadaczka historii wyszła na środek dziedzińca, celem zainicjowania korowodu i rozpoczęła się zabawa. Na szczęście z tego nie będzie nigdzie żadnego oficjalnego materiału filmowego, bo się okazało, że jednak też lubię tańczyć i nie mam żadnych oporów przed tańczeniem, chociaż w ogóle tańczyć nie umiem, bo przez minione dziesięciolecia zapomniałem całkiem dokładnie wszystkiego, czego się naumiałem na kursie tańca¹ i nogi w sandałkach mocno mi się plątały na bruku, więc zamiast kroków pilnowałem głównie, by nikogo nie podeptać i kręcić w odpowiednią stronę. Na szczęście wystarczyło mi jeszcze samokontroli, by nie poprosić nikogo do tańca. Choć byłem już całkiem blisko, bo jak się zakręci dwa tańce w kole, to się ta samokontrola mocno poluźnia. Nieważne.
Na taneczne atrakcje ludzi zostało skromnie, może ze dwadzieścia, trzydzieści osób². Pucołowaty z Tytusem też, ale się panowie rozsiedli na scenie i tylko przysłuchiwali muzyce i przyglądali tańczącym, bez aktywnego udziału w zabawie.

_____________
¹ Kurs tańca (I stopnia) zafundowałem sobie na rok przed studniówką, bo niedrogi był i w szkole, czasem chyba nawet w godzinach wuefu, więc mogłem łączyć przyjemne (zwolnienie z lekcji wychowania fizycznego) z pożytecznym.
² Bardziej dwadzieścia niż trzydzieści.

Read Full Post »

W kwietniu minęła dwudziesta rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego. Przy tej smutnej okazji Kuba Blokesz postanowił przypomnieć postać barda, który był dla niego kimś ważnym, na którego piosenkach uczył się gry na gitarze i od którego piosenek zaczynał swoją estradową karierę, występując gdzieś tam jako siedemnastolatek z pierwszym solowym recitalem.
Kiedyś, dawno temu, sam lubiłem słuchać Kaczmarskiego, mam którąś z jego płyt (LP) i niewiele brakowało, a byłbym nawet na jego koncercie w Olsztynie (dostałem już bilet, ale Kaczmarski się rozchorował i odwołał przyjazd), ale jak wspomniałem – było to dawno temu i miałem od tego czasu długą przerwę w słuchaniu śpiewanej poezji, więc poszedłem na koncert bez uprzedzenia¹ i bez brzmiących mi gdzieś w pamięci oryginalnych wykonań utworów Kaczmarskiego (może pomijając jeden „Sen Katarzyny II”).
Na dziesięć minut przed koncertem dziedziniec był już prawie zapełniony, ale znalazłem jeszcze wolne krzesło i przysiadłem pod ścianą, w drzwiach do galerii „Konik Mazurski”, upewniwszy się wpierw, czy galeria jest zamknięta.
– Zamknięte, zamknięte – uspokoiły mnie emerytki siedzące po lewej (jedna chyba nawet z galerii była), a później wróciły do rozmowy jak raz na temat Czarnej Aroganckiej, która się przemieszczała po dziedzińcu w poszukiwaniu wolnego miejsca. Że zupełnie niezmieszana – mówiły panie między sobą, a ja słuchałem, nastawiwszy ucha – odebrała w trakcie koncertu Jakubowskiego dzwoniący telefon i odeszła w głąb sali – bo ten koncert, „Fredro – konteksty”, był akurat w muzeum na parterze – spokojnie porozmawiać. Faktycznie coś takiego się zadziało.
– Proszę dać na głośnik – zachęcił ją wtedy artysta od stolika. Bo sala rycerska (tzw.) aż tak duża nie jest, żeby w jednym końcu nie było słychać, że w drugim ktoś coś mówi. – Jak coś ciekawego, to też z chęcią posłuchamy.
Po koncercie widziałem, że kobieta podeszła do Jakubowskiego, przeprosić pewnie. Albo obsobaczyć, że ją chciał zawstydzić. Nieistotne.
Założyłem sobie ambitny cel zapamiętać, co też Kuba Blokesz będzie po kolei śpiewał i prawie mi się to udało.
Tak to leciało po kolei:
1. „Drzewo genealogiczne” (z uroczym wersem „Nie mam blizn po kajdankach, napletek posiadam”),
2. „Konfesjonał”,
Po takim muzycznym przedstawieniu osoby barda Blokesz opowiedział o tym, jak dużo dla Kaczmarskiego znaczył Włodzimierz Wysocki i jego twórczość. I że nie należy się zamykać na znajomość rosyjskiej twórczości i coś tam jeszcze (zapomniałem). A następnie wykonał:
3. „Epitafium dla Wysockiego”,
4. „Rublow”,
Od ikony było łatwo przejść do bloku piosenek o malarstwie (w nawiasie malarskie inspiracje poszczególnych utworów):
5. „Encore Jeszcze raz” (Encore, jeszcze, encore!, Paweł Fiedotow, 1851),
6. „Lot Ikara” (Pejzaż z upadkiem Ikara, Pieter Bruegel starszy, ok. 1557),
7. „Szulerzy” (Grający w karty, Caravaggio, 1597),
8. „Wojna postu z karnawałem” (Walka karnawału z postem, Pieter Bruegel starszy, 1559).
Przed „Obławą” Blokesz opowiedział trochę o swobodnym podejściu Kaczmarskiego do przekładów, że tutaj tekst Wysockiego jest bardziej inspiracją, bo w oryginale mamy czerwone flary, przez swą czerwień bardziej przemawiające do rosyjskiej publiczności, a my dostaliśmy psy:
9. „Obława (I)”,
10. „Obława (II)”.
W tym miejscu straciłem czujność (uważność), bo zaczęły się kawałki bardziej znane i nie do końca jestem pewny kolejności utworów. Być może było tak:
11. jakiś wiersz,
12. „Mury”.
„Mury” były poprzedzone słowem wstępnym o interpretacji zakłamywanej przez pomijanie ostatniej zwrotki i inspiracji do powstania utworu (zdjęcie z tylnej okładki longplaya z koncertem gitarowym kogoś tam – nie jestem pewny, czy Blokesz wymienił tu nazwisko katalońskiego pieśniarza Lluísa Llacha).
13. „Blues Odyssa”,
14. „Co się stało z naszą klasą”.
Być może „Blues…” był przed „Murami”, a wiersz (nie zidentyfikuję, bo nie zapamiętałem ani jednego wersu) po „Bluesie…”?
Podsumowując².
Ładny pan. Ładny głos. Ładny koncert.
Publiczność długo biła brawa (na bis dostaliśmy „Źródło (Wąwóz)”) i opuściła dziedziniec zamku zachwycona. Albo przynajmniej ukontentowana.
– Myślę, że Kuba Blokesz nie gości u nas ostatni raz – powiedziała dyrektorka biblioteki, żegnając artystę.
I w sumie byłoby miło, gdyby w przyszłym sezonie pan wokalista (na nazywanie bardem musi jeszcze trochę popracować) pojawił się z kolejnym programem.
Zajęty uważnym słuchaniem i zapamiętywaniem, ze wzrokiem wbitym w scenę i artystę, wyjątkowo mało uwagi poświeciłem reszcie widowni. Ze znajomych widzów dostrzegłem tylko przypadkiem Tytusa³ i Duńczyka. A przede mną – czysty przypadek – znów siedział Nienumerowany⁴, ten ładny nastolatek, o którym wspominałem przy okazji poprzedniego koncertu. Tym razem był sam, bez mamy.
Gdybym się nie krępował i robił notatki w trakcie koncertu, łatwiej by mi było zdać relację. Ale z drugiej strony – komu to potrzebne?
_________
¹ Takiego jak w przypadku piosenek duetu Przybora&Wasowski, które w oryginalnych wykonaniach towarzyszą mi mniej lub bardziej intensywnie cały czas.
² Wykorzystam, co już wrzuciłem zaraz po koncercie.
³ Spóźnił się i minął mnie, wypatrzywszy wolne krzesła w rzędzie przy wejściu do muzeum.
⁴ Ukłon w stronę Baltazara (Adiego), który ma słabość do młodzieży, a na blogu zamiast imion używa cyferek.

Read Full Post »

Letnia Scena Zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie.
Julita Kożuszek & Dorota Wasilewska¹
Piosenka jest dobra na wszystko – wieczór piosenek Kabaretu Starszych Panów.

Miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
Czas: piątek 5 lipca 2024 o godz. 18:00 (do 19:15 mniej więcej).

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Było wietrznie, ale całkiem sympatycznie.
Panie interpretowały piosenki duetu Przybora&Wasowski dość klasycznie i z bardzo ładną dykcją, co w sumie nie powinno być zaskoczeniem. Gdyby nie potrafiły wyraźnie śpiewać, chyba by się nie brały za taki repertuar.
Piosenki były poprzedzane fragmentami nagrań archiwalnych – głosami Starszych Panów, a czasem początkiem oryginalnego nagrania danego utworu („Preludium deszczowe” w interpretacji Kwiatkowskiej, „O, Romeo!” Jędrusik). Na otwarcie usłyszeliśmy bardzo zgrabny kuplet wprowadzający do „Divertimenta c-moll op. 1 Makabrycznego”, dobrany adekwatnie i wykonany bezbłędnie:

Zapraszamy na niedużą was zabawę,
co mieć będzie diametralnie inny styl.
I jeżeli nie zabawi ona nawet,
to spędzicie zawsze jakoś parę chwil.

Tym co jest ty się syć,
zawsze gorzej może być.
Tym co jest ty się syć,
zawsze gorzej może być.

Zapraszamy, no bo nam się tak wydaje,
że choć ludzie do rozrywki dużej lgną,
to na pewno bywa sporo takich zajęć,
co nudniejsze od zabawy naszej są.

Tym co jest ty się syć,
zawsze gorzej może być.

Na widowni (siedemdziesiąt pięć osób przynajmniej) dominowały tradycyjnie panie pięćdziesiąt, a może nawet sześćdziesiąt plus. Kilka osób młodszych² opuściło dziedziniec po czwartej piosence, reszta obecnych wytrwała do końca i wyklaskała na bis sfeminizowaną wersję „No, co ja ci zrobiłem?”.
Inne znane przeboje, które odświeżyłem przy okazji tego koncertu to: „Szuja”, „Już czas na sen (Dobranoc mężczyzno)”, „Kaziu, zakochaj się”, „Nad Prosną”, „Herbatka”…
Niestety krępowałem się wziąć z sobą notes i notować tytuły na bieżąco.
Na widowni zauważyłem kilku znajomych z widzenia. Był Chudy Emeryt, coraz mocniej zarośnięty Tytus³, atrakcyjny Duńczyk⁴ i Pucołowaty (z Reszla?), który nawet skinął mi głową na przywitanie⁵.

__________
¹ Dorota Wasilewska w zeszłym roku koncertowała w Kętrzynie razem z Janem Jakubem Należyty i jak stwierdziła dyrektorka MBP, wtedy właśnie zrodził się pomysł, by zaprosić ją do miasta ponownie.
² Dokładnie cztery, dwie pary mieszane w okolicach dwudziestki.
³ Jeśli nie przytnie coraz bardziej dorodnej brody, chyba będę go musiał przechrzcić na Zbója Madeja.
⁴ Zdaje się, że trochę przytył i przez to przybyło mu na atrakcyjności. W zeszłym roku na ciut zagłodzonego wyglądał.
⁵ Niewykluczone, że przyglądałem mu się zbyt nachalnie i poczuł się biedak zobowiązany.

Read Full Post »

Czwartek, a parszywie niczym w piątek trzynastego.
Zaczęło się od śniadania babki, znów ograniczonego (przez babkę) do wypicia kawy. W trakcie przyszła listonoszka z poleconym i kartką z Warszawy. Kto widział moje wylepki, ten wie, że to raczej produkt toporny, wielowarstwowy, solidnej, najmniej 4 mm grubości. Tymczasem kartkę do Bazylego, na którymś etapie transportu, zgięli na poczcie w pół! Na dodatek jednorożec się odlepił. Początkowo winę zrzuciłem na nowy klej, ale to raczej moja niedoróbka technologiczna. Która zapewne będzie się ujawniać i na innych egzemplarzach z serii „Święta, a tęczowa pamiątka z jednorożcem”. Taki byłem z tych kartek zadowolony, a tu lipa!
Około trzynastej, po szybkich zakupach i przygotowaniu sobie śniadaniu, odpalam komputer i zaczynam sprawdzać pocztę, forum, nowości na FB.
„A może by tak zajrzeć do lokalnej prasy – myślę przy tym ostatnim. – Może jest jakaś relacja z publicznego wydarzenia, w którym brałem onegdaj udział?”. Zaglądam na stronę jednego z kętrzyńskich tygodników… i zgroza mnie ogarnia! Są zdjęcia, niestety i ja na nich w pełnej krasie: stary, gruby, ohydny paszczur! A ulubiona koszulka jeszcze podkreśla wszelkie moje ułomności.
Nic dziwnego, że nikt nie zareagował na mój żałosny anons o szukaniu noclegu w stolicy. Sojuza za wproszenie się na niedzielne śniadanie powinienem chyba gorąco przeprosić.
Że babka nie będzie chciała jeść obiadu byłem już pewny w trakcie nalewania wody do garnka. I nawet się trochę zdziwiłem, gdy nie zaczęła grymasić już od pierwszej łyżki. No ale gdyby zaczęła, nie miałaby okazji do zalania zupą koszulki. Próby zwalenia talerza ze stolika też by nie mogła podjąć i bym nie musiał wycierać ani podłogi, ani ufajdanego mebla.
Na poprawę nastroju kupuję sobie na poczcie (gdzie zostałem skasowany za przesyłkę priorytetową, chociaż miała być normalna!) paskudnego Tytusa-kibola, zabawkę o urodzie dorównującej mojej własnej. Lepsza byłaby duża czekolada, ale nie mieli.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij