Byle do chłodów jesieni.
Piątek
27°C. Pochmurnie, parno. Po piętnastej rozpogadza się i dogrzewa. W nocy deszcz i trochę wytchnienia od upału.
Barbara przez pięć minut, albo nawet i krócej (na tyle, by skorzystać z toalety).
Kończę drugi sezon „The Order”. W trzecim, który nie powstanie, miała się ponoć pojawić armia żywych trupów, więc może i dobrze, że Netflix tego nie nakręcił.
Sobota
24°C. Słońce pokazuje się dopiero po szesnastej, więc balkon jest otwarty cały czas i nie trzeba włączać wentylatora.
O dwudziestej zakupy w Biedronce. Kupuję soki na tydzień, Somersby i chipsy. W skrzynce kartka ze Szklarskiej Poręby od Marcina. Nie sprawdzałem w piątek poczty? Miło, że przysłał bez nagabywania. W nocy są jakieś problemy z netem, wracam więc do trzeciego sezonu „Babilon Berlin”, którego odcinki mam na dysku.
Niedziela
24°C, ale od czternastej słońce dogrzewa tak intensywnie, że muszę zaciemnić pokój. Trochę czytam, słucham radia. W nocy kończę „Babilon Berlin”, który nadal zachwyca scenografią i dbałością o detal (męska bielizna w dwudziestoleciu międzywojennym była paskudnie antyseksualna), ale w samej fabule, zwłaszcza kryminalnej intrygi, zostawia lekki niedosyt.
Poniedziałek
30°C i zero wytchnienia.
12:20-14:40 Barbara z Kunegundą. Matka, zatopiona w komórce, zaległa w pokoju, córka zajęła fotel w przedpokoju i też
nie odrywa oczu od wyświetlacza telefonu. Wypijam śniadaniową kawę, siadam pod wentylatorem przy babce i czekam, aż się goście wyniosą. Po piętnastej chmurzy się i zbiera na burzę, ale na samym zbieraniu się kończy. Grzmi gdzieś daleko w oddali, a spada ledwo kilka kropel, nie dość, by zwilżyć choćby chodniki. Po odcinku „Przygód Sindbada Żeglarza” ucinam sobie godzinną drzemkę. O dwudziestej wychodzę po mleko do pawilonu, później leniwie netuję słuchając radia.



