Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Solly McLeod’

Odwilż trwa w najlepsze i ciśnienie jest chyba dość niskie, co nie wpływa korzystnie na moje samopoczucie¹. Położyłem się wcześniej, zasnąłem bardzo szybko, a rano i tak jestem do niczego. Po rozmowie z mamą (dziś odczuwam wyjątkowo silnie, jak nie jest zainteresowana tym, co mam do powiedzenia) wracam do łóżka i próbuję przespać cały dzień. Niestety przed piętnastą wyciąga mnie z pościeli SMS od Sojuza, z prośbą o przypomnienie domowego adresu. W tym roku zdecydowałem się nie wysyłać mu już noworocznych życzeń² i zużyłem wszystkie ładne kartki i znaczki. Na szybkiego przerabiam jedną z urodzinowych, której obrazek jest na tyle uniwersalny, że pasuje i do obecnej okazji. Później od razu idę na pocztę (szczęśliwie dziś do okienka nie było nawet krótkiej kolejki), a wracając, zachodzę jeszcze po ziemniaki do zieleniaka. Chociaż obiadu dziś nie gotuję. Skoro śniadanie jem po szesnastej, placki z jabłkami, które zostały mi ze środy, wystarczą na późniejszą obiadokolację.
Ale dość pierdoł, pora na konkrety.

Wtorek

Przed południem zanoszę komputer (przypominam – korzystam ze stacjonarnego blaszaka) do pobliskiego informatyka, z którego usług korzystałem już kilka razy. Wyłuszczywszy swoje przypuszczenia, co do przyczyn awarii (że to ani chybi wentylator zaczyna odmawiać posłuszeństwa), zostawiam sprzęt i ruszam załatwiać swoje sprawy. Najpierw zachodzę do sądu, by się dowiedzieć, że informacja nadal zamknięta, bo pracownica ciągle na chorobowym. Później szukam po mieście – bez powodzenia, zaznaczmy od razu – jakichś ciekawych kartek świątecznych³, bo się okazało, że tych, co mam, będzie mi zbyt mało.
Po szesnastej trzydzieści, akurat gdy już zaczynam się szykować na wyjście do zamku, na ostatni tegoroczny muzealny wykład, dzwoni informatyk.
– Komputer jest już gotowy do odbioru – mówi krótko.
– Tak szybko? – dziwię się deko i sprawdzam godzinę.
„27 minut do siedemnastej… Ślisko nie jest, wszędzie blisko, powinienem się wyrobić” – myślę.
– Zaraz będę. Ile się należy?
– Trzydzieści złotych.
„Coś mało. Podejrzanie mało…”
Na miejscu od razu się wyjaśnia, czemu opłata taka skromna.
– I co wysiadło tym razem? – pytam.
– Wentylator. Ale tylko regenerowałem. Już nie warto wymieniać na nowy w tym komputerze, za duży wydatek, jak na ten sprzęt. Nawet jakby wstawiać używkę też wyjdzie drogo. Ten po regeneracji powinien spokojnie popracować przez pół roku, może nawet rok, zależy jak intensywnie komputer jest używany.
Po odniesieniu blaszaka do domu idę od razu do muzeum. Wykład trwa godzinkę. Andrzej Rzempołuch, trochę chaotycznie i nie do końca satysfakcjonująco, opowiada o epitafium małżonków Piotra i Katarzyny Dohnów z kościoła w Morągu. Później ma być jeszcze koncert chóru ze Świętej Lipki, ale z tej atrakcji już rezygnuję.
Wracam szybko do domu, podłączam komputer… i dupa. Komputer nie widzi monitora. Nie pomagają żadne próby przełączania, odłączania, poruszania gniazdkiem – po ekranie pływa komunikat „Sprawdź kabel sygnałowy HDM1” i nic więcej. Poddaję się po godzinie. Tragedia normalnie.
Trochę czytam, ale nawet „Bromba i polityka” nie bardzo mi idzie. Po dwudziestej pierwszej zalegam przy telewizorze. Po odcinku „Wszystkich stworzeń dużych i małych” mam dokończenie nowej ekranizacji Toma Jonesa, o czym prawie zapomniałem i gdyby nie informacja na kanale, chyba bym przegapił emisję dwóch odcinków finału. Część londyńska przygód Toma jest równie słaba, jak jego wcześniejsze perypetie. A może nawet słabsza, bo jednak współczesne kino przyzwyczaiło widzów do golizny, a bohater, idąc do łóżka z wyuzdaną Lady Belaston, nie zdejmuje spodni. Myślę, że goły tyłek Solly’ego McLeoda mógłby mnie nastroić do tej ekranizacji ciut pozytywniej. Niestety nie dostałem nawet tyle, a jedna zabawna, dobrze rozegrana scena z więzienia, gdy Tom dowiaduje się, że pani Waters, z którą się przespał po drodze do Londynu, jest jego matką, to trochę za mało, jak na cały serial.

Środa

Rano dzwonię do informatyka opowiedzieć o nowych problemach z komputerem.
– Rozumiem. Proszę zrobić zdjęcie i mi przesłać, jak pan podłączył monitor.
– Ale co to da? Jak to można podłączyć niewłaściwie? Włożyłem wtyczkę kabla, przykręciłem i to wszystko. Przecież to można zrobić tylko w jeden sposób. I cały czas mam komunikat „Sprawdź kabel sygnałowy HDM1” i nic więcej. Co pan może wyczytać ze zdjęcia?
– Dobrze – informatyk nie nalega, bo i co będzie, skoro klient się upiera. – Proszę przyjść z komputerem.
W dziesięć minut uwijam się z odłączeniem blaszaka, przyniesieniem torby ze strychu etc. i jestem na miejscu.
Chwilę czekam, bo jakaś para przede mną załatwia zakup czegoś, czy sprzedaż. Po wyjściu młodych stawiam komputer na biurku.
– To proszę mi pokazać, gdzie pan podłączył monitor? – mówi informatyk.
– No jak to gdzie? O tu – pokazuję niebieskawe gniazdko na górze, zaraz pod wejściem zasilania komputera. – A niby gdzie indziej bym mógł?
– Tutaj – informatyk pokazuje identyczne gniazdko na dole, w okolicach zasilacza wentylatora.
Nawet nie wiedziałem, że takie tam jest i jestem przekonany (chociaż coraz mniej), że wcześniej z niego nie korzystałem.
– To dość powszechny błąd – mówi informatyk. – Nie pan pierwszy tak podłączył komputer. Dlatego prosiłem o zdjęcie.
Spodziewałem się, że trzynasty może mi przynieść coś pechowego, ale nie że taki żenujący wypadek.
Po powrocie do domu i szybkim sprawdzeniu, że faktycznie jestem dupa, a komputer działa bez zarzutu, jem śniadanie i siadam do wypisywania życzeń. Przed piętnastą zanoszę na pocztę pierwszą porcję kopert. Przy okazji dokupuję kilka kartek, bo się pojawiły takie, jakich poszukiwałem (radosny kicz) w nowej dostawie. Przed siedemnastą mam już wypisane i wysłane wszystkie życzenia, więc mogę pomyśleć o obiedzie. Smażę placki z jabłkami, tak dużo, że nawet przy kolacji nie daję rady wszystkich zjeść i sporo zostaje na czwartek.
Wieczorem mam koncert Actus Humanus Nativitas⁴ w transmisji Dwójki (PR2) i odcinek „Duch z Canterville”. Później jeszcze przez chwilę netuję, ale jestem zbyt zmęczony minionym dniem (wypisywaniem kartek przede wszystkim?) i szybko kładę się spać.
___________
¹ Ewentualnie to wpływ czegoś innego, niż tylko pogody, ale nie będę się nad tym zastanawiał, bo nikogo to nie interesuje i niczego sensownego (konstruktywnego) nie przyniesie.
² Poddałem się?
³ Na poczcie nie było nic ciekawego, w księgarni sama drożyzna nie do końca w moim guście, w hurtowni papierniczej znalazłem tanie (więc ostatecznie wziąłem piętnaście sztuk), ale dość nijakie.
⁴ Ian Bostridge tak mnie rozczarował swoim wykonaniem arii „Gelido in ogni vena”, że bez żalu przyjąłem jego wywołaną chorobą nieobecność i występ (w zastępstwie) Marco Beasleya (śpiew) i Franco Pavana (lutnia), choć panowie prezentują nie do końca repertuar w moim guście.

Read Full Post »

Dzień z mamą. Przyjeżdżała załatwić jakąś dopłatę do rachunku w zakładzie energetycznym.
Po jedenastej towarzyszę jej w wyjściu do miasta na zakupy. Mama kupuje kozaki na co dzień, nową czapkę i rękawiczki, jakieś kawałki drobiu (udka?) już na święta.
Po trzynastej wspólnie krzątamy się przy obiedzie, ja szykuję kotlety z piersi kurczaka i obieram ziemniaki, mama smaży i gotuje.
Po piętnastej odprowadzam mamę na przystanek i wracam spacerem przez cmentarz. U dziadków jest porządnie zaśnieżone, więc tylko wyrzucam zmrożoną chryzantemę.
Wieczorem ucinam sobie dłuższą drzemkę. W nocy, po odcinku „Wszystkich stworzeń dużych i małych” przełamuję opory i oglądam połowę najnowszej ekranizacji „Toma Jonesa” (2023). Mimo czarnej narratorki ma to nawet ręce i nogi, a dzięki atrakcyjnej młodości Solly’ego McLeoda w tytułowej roli sprawia sporą wizualną frajdę. Niestety XVIII wiek widać tylko w dekoracjach, a żywiołowa radość i humor Fieldinga, tak świetnie oddane przez Tony’ego Richardsona w filmowej wersji z 1963 roku, prawie całkiem przepadły.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij