Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Sławek’

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Wieczór jest już tak chłodny, że nawet bez telefonu mamy bym nie szedł na koncert w sandałach. Nakładam grubą sztruksową koszulę, półbuty i biorę jeszcze dodatkowo kurtkę, żeby się okryć, gdy już zasiądę na dziedzińcu. O 19:45 widownia jest prawie zapełniona – wniosek, że za tydzień na teatr muszę wyjść przynajmniej pół godziny wcześniej. Rowerowe towarzystwo znów zajęło miejsca blisko bramy i nie da się uniknąć czujnych oczu Mai i przejść przynajmniej bez przywitania. Właściwie byłoby chyba grzecznie, gdybym się przyłączył, bo obok Sławka stoją dwa wolne krzesła, ale myśl o tym dociera do mnie za późno, dopiero po tym, gdy jedno z tych krzeseł zabrałem i wcisnąłem się na moją ulubioną miejscówkę. I w sumie dobrze.
O dwudziestej dyrektorka muzeum przedstawia Marka Dyjaka zgrabnym tekstem, który przy pisaniu tej relacji zidentyfikowałem jako przeróbkę materiału promującego nowy album artysty („Mężczyźni”, premiera 12 września), muzycy zajmują swoje miejsca na scenie i zaczyna się koncert.
Dyjak przed pierwszą piosenką przypomina o smutnym dla niego wydarzeniu, jakim był czwartkowy zgon Stanisława Sojki i dedykuje przyjacielowi swój występ. Później jeszcze dodaje, że powinna być ich na scenie piątka, ale saksofonista, z którym zawsze grają, miał niedawno rozległy zawał i czekają teraz, aż wróci do zdrowia. A poza tym on sam jakiś chory jest – uprzedzał – i nie najlepiej się czuję, i sam nie wie, co mu dolega. I z początku może nawet było to lekko słychać, że nie do końca jest w formie, ale po trzech piosenkach już się rozśpiewał… i chyba dał całkiem dobry występ. Wydaje mi się, że chrypiał ani słabiej, ani gorzej, niż na studyjnych nagraniach. Widownia reagowała entuzjastycznie, nie miałem żadnych problemów ze zrozumieniem tekstu. Po dziesięciu piosenkach dostaliśmy na bis przebój Fogga („To ostatnia niedziela”) i na koniec zadowolone towarzystwo rozeszło się do domu.
– Na dworze przed zamkiem jest tylko trzynaście stopni, ale tu na dziedzińcu było o wiele goręcej – podsumowała wydarzenie dyrektorka muzeum.
Maja i Sławek tak długo żegnają się z Julią, że mimo lekkiego ociągania się z opuszczeniem dziedzińca (przepuszczam ludzi, którym bardziej spieszno) jeszcze spotkam całą trójkę na placu przed zamkiem.
Na świeżo po koncercie tak dramatycznie nic nie mam do powiedzenia na temat tego wydarzenia, że automatycznie jako pierwszy atakuję pytaniem²:
– I jak się podobało?
– Wcześniej Dyjaka nie słyszałam – mówi Julia i tu mogę jej zawtórować. Choć pewnie coś gdzieś kiedyś mogłem słyszeć, ale bez kojarzenia wykonawcy.
– Marek się nie popisał – zauważa Maja, myśląc o Marku-koledze, który przyszedł lekko wstawiony i w trakcie słownego wstępu zaczął poganiać Dyjaka do śpiewania³.
Sławek stwierdza, że było dobrze. I tu też mogłem przytaknąć.
– I wszystko było dobrze słychać – dorzuca jeszcze Maja. – Nie tak jak na tym Pablopavo na początku miesiąca.
„Czyli to jednak nie tylko moje wrażenie – myślę – że coś wtedy było nie tak, jak trzeba.”
Do domu szczęśliwie jest blisko, więc do podtrzymania rozmowy i uniknięcia niezręcznej ciszy wystarczy mi jeszcze jedno pytanie, czy za tydzień też się mogę ich spodziewać na koncercie.
W zanadrzu jest jeszcze pytanie o teatr, ale szybciej docieramy do bloku i mogę się pożegnać.

________
¹ I samego Marka Dyjaka minąłem w bramie, nie zwracając na niego większej uwagi. Jeszcze nie miałem na nosie okularów, a on na żywo wydawał się szczuplejszy niż na zdjęciach, więc nie rozpoznałem w stojącym brzydalu gwiazdy wieczoru.
² Żeby samemu nie być zmuszonym wybierać między żałosnym „Fajnie było” a „Może być”.
³ Dyjak okazał się bezwzględny.
– Proszę wyjść – rzucił krótko. – Proszę wyjść, bo nie zagram koncertu.
A dyrektorka interweniowała osobiście i wyprowadziła Marka za bramę.

Przypominam (Asenacie zwłaszcza): informacje dodatkowe o koncercie (zrekonstruowana playlista na przykład) po kliknięciu w motylka.

Read Full Post »

25°C. Przeważnie słonecznie.
Na śniadania kupuję dżem w Gamie, ohydztwo o smaku rozwodnionego kompotu z czarnej porzeczki i konsystencji nie do końca stężałej galaretki. Niestety w tym roku chyba żadnych swoich dżemów nie zrobię, bo i u mamy, i u brata jest owocowy nieurodzaj.
Na obiad zgodnie z planem podsmażam ziemniaki do zsiadłego mleka.
O koncercie w zamku (18:00-19:20)¹ właściwie nie mam nic do powiedzenia. Śpiewający pan miał ładny głos i sam też był całkiem atrakcyjny. Ewentualnie na odwrót. Na dziedzińcu zaczepiła mnie koleżanka z ogólniaka, na szczęście nie przyszło jej do głowy wdawać się w dłuższą rozmowę².
W okolicach dwudziestej robię zakupy w Biedronce.
A po dwudziestej drugiej wychodzę jeszcze pomóc wnieść sąsiadce do mieszkania nowe łóżko. W sumie okazało się to bardziej asystą niż pomocą, bo zanim się ubrałem i zszedłem na dół, Sławek z kierowcą wtargali mebel na półpiętro (dwie trzecie drogi).

_________
¹ Letnia scena zamkowa: Limboski Solo Act.
² To nigdy nie była jakaś bliska znajomość. Mam nawet wrażenie, że dziewczyna chyba nie bardzo mnie lubiła. Chociaż nie pamiętam, byśmy mieli jakieś konflikty.
– Cześć! – przywitała się, przystając w przejściu między dwoma sektorami krzeseł.
– Cześć? – odpowiedziałem niepewnie.
– Nie pamiętasz mnie? Z ogólniaka… Agnieszka…
– Y-cka?
Przytaknęła.
– Bym cię nie poznał, gdybyś się nie odezwała – przyznałem bezmyślnie.
– Tyle lat… Zmieniliśmy się…
Rzadko widuję w Kętrzynie znajomych z lat szkolnych. Większość wybyła gdzieś w świat. Agnieszki pewnie nie widziałem od matury.

Read Full Post »

W dzień słonecznie i umiarkowanie ciepło, maksymalnie 22°C. Noce zimne.

Czwartek

Mama przyjeżdża już po dziesiątej.
– A co tak wcześnie? – pytam na dzień dobry (a wręcz zamiast dzień dobry).
– Przeszkadza, że tak wcześnie? – ripostuje mama. – Ot jak kochający syn wita starą matkę!
– No przecież nie o to chodzi! – bronię się, ale bez większego zaangażowania, bo wiem, że mama żartuje. Raczej.
Po południu (12:30-14:30) jest też Barbara. Może trochę z mojej winy, bo spytałem, czy tak jej spieszno do domu, gdy zaczęła się szykować na wcześniejszy autobus.
– Niekoniecznie.
– To zostań na obiad – zaproponowałem. Ku niezadowoleniu mamy.
– I musiałeś ją zapraszać? – spytała z dezaprobatą, gdy Barbara zeszła na chwilę z linii słuchu. – Potrzebna nam tu ona…
Może gdyby na obiad było coś innego niż mielone, byłbym bardziej powściągliwy.
Wieczorem nie netuję. Mamę wybija ze snu stukot klawiatury. Oglądam odcinek „Zagadek kryminalnych nowej panny Fisher”, później jeszcze „Kroniki Riddicka” i kładę się wcześniej spać.

Piątek

Mama budzi się już o czwartej trzydzieści i chyba niewiele później wstaje, ale zachowuje na tyle cicho, że w miarę spokojnie dosypiam do siódmej. Po dziewiątej zamawiam taksówkę i jedziemy do sądu. Sprawa spadkowa trwa krótko. Wracamy miejskim autobusem, bo akurat przypasował nam taki o 10:07 (kwadrans czekania na przystanku umilamy sobie rozmową z okolicznym emerytem). Po drodze robimy jeszcze zakupy w Gamie i w zieleniaku (mama się uparła kupić mi truskawki) i przez chwilę rozmawiamy z Kunegundą, którą spotkaliśmy na skwerku przy Loży.
Na wieś mama wraca po trzynastej. Planowałem odczekać, aż zadzwoni, że dotarła na wieś i się zdrzemnąć trochę, ale wpadła Kunegunda skorzystać z Internetu i nic z tego nie wyszło.
O siedemnastej jest ślub Mai i Sławka. Mży, więc się nie stroję, idę w kurtce. Kościół jest nabity po brzegi, przyszło z 60-80 osób. Nabożeństwo ze ślubną ceremonią trwa godzinę. Składanie życzeń młodym pewnie niewiele krócej. Gdybym kupił kwiaty, musiałbym się ustawić w kolejce, na szczęście poszedłem z pustymi rękoma, więc mogę od razu wracać do domu. Wieczór przesypiam. W nocy kończę pierwszy sezon „Dark Matter” (2015-2017) i od razu zaczynam drugi, bo serial oglądany po bożemu (po kolei, od pierwszego odcinka) okazał się nadzwyczaj wciągającym.

Sobota

Odsypiam, odpoczywam, słucham radia. Wieczorną transmisję „Orfeusz i Eurydyka” Glucka z The Metropolitan Opera nagrywam, więc mogę wyskoczyć na szybkie zakupy do Biedronki. Spacer sprzyja refleksji i po powrocie wysyłam Mai życzenia Messengerem. Być może umknęła jej uwadze moja wczorajsza obecność w kościele i lepiej się upewnić, by to wyjście nie było nadaremne.

Read Full Post »

Maja za tydzień bierze ślub ze Sławkiem. Zadzwoniła po szesnastej, żeby o tym powiedzieć i zaprosić mnie do kościoła.
– Nie byłam pewna, czy jesteś w domu – dorzuciła wyjaśniająco. – Nie wiadomo, kiedy się spotkamy na korytarzu. Rzadko się ostatnio widujemy.
Podziękowałem.
– Postaram się przyjść – obiecałem.
A teraz się zastanawiam, po co właściwie i dlaczego się w ogóle nad tym zastanawiam.

Read Full Post »

13:21 Widzę przez okno w kuchni Maję z Julią stojące na chodniku przy sąsiednim bloku. Po porannym deszczu powietrze jest chłodne, rześkie. Panie w kurtkach. Maja z plecakiem. Wyraźnie na kogoś czekają. Zaparzam kawę i przechodzę do pokoju, żeby mieć lepszy widok z okna balkonowego na rozwój sytuacji. Po chwili swoim autem podjeżdża Sławek (gdyby ktoś mnie spytał o kolor samochodu nie odpowiem, chociaż jechałem już tym autem ze trzy razy) i towarzystwo gdzieś wyrusza, w celach rozrywkowych zapewne. Sprawdzam komórkę, nikt nie dzwonił, żadnych SMS-ów. I czuje takie lekkie uderzenie rozżalenia. Chociaż przecież nie wydarzyło się nic zaskakującego, doskonale wiedziałem, że całe zainteresowanie moją osobą i to dotychczasowe zapraszanie na wszelkie wycieczki wynikało z matrymonialnych rojeń sąsiadki.
Na szczęście przy moim charakterze optymisty, już przed końcem śniadania humor wraca mi do normalnego, pogodnego poziomu i przestaję sobie zawracać głowę znajomościami, na których mi nie zależy.

Read Full Post »

Maja zadzwoniła po piętnastej.
– To jak, nie rozmyśliłeś się? – spytała.
– Nie.
– To Sławuś przyjedzie po ciebie około siedemnastej piętnaście i pojedziecie po rowery.
– Dobrze, będę czekał.
– To na razie.
O siedemnastej na dworze jest nadal ponad 30°C, ale słońce nie świeci już intensywnie, na niebie nie brak chmur. Mieszkanie miałem rozgrzane do 29°C, więc pobyt w czterech ścianach bloku nie niósł żadnego wytchnienia.

Sławek przyjechał z lekkim opóźnieniem.
– Powiedziałem im, że są nienormalni – stwierdził, zabierając mnie do auta.
„To w sumie ja też – pomyślałem – skoro się zgodziłem bez żadnych oporów na udział w tej rowerowej wycieczce”.
Ale w sumie jazda rowerem, mimo wysokiej temperatury, okazała się nadzwyczaj przyjemna, pęd powietrza chłodził i w ogóle nie było czuć upału.
W sobotę była mowa o wypadzie w okolice Nakomiad, ale Marek był na tej trasie kilka dni wcześniej i zaproponował wypad w stronę Gierłoży. Tzn. dał nam trasę do wyboru, ale że do zmroku nie zostało zbyt wiele czasu (ciemno zaczyna się robić już po dwudziestej) zwyciężyła krótsza (ze 20 km wszystkiego; leśnych dróg nie ma na mapie Google, więc nie mogłem wyznaczyć i wymierzyć dokładnej marszruty).
Ekipa wyjazdowa była stała (Marek, Maja, Julia, Sławek i ja na doczepkę). Jedziemy do Gierłoży przez Wopławki i Czerniki, momentami polną drogą, by uniknąć długiego, a stromego podjazdu w Czernikach.


Później jest wygodny kawałek asfaltem przez Parcz i Mażany i kilka kilometrów leśnymi duktami nad jezioro Mój, gdzie na niewielkiej plaży z pomostem rozbijamy się o dwudziestej na krótki postój i zjedzenie wałówki. Wracamy już po zachodzie słońca, w coraz mocniej gęstniejącym mroku.


W domu jestem po dwudziestej pierwszej trzydzieści, wykończony, ale zadowolony. Sympatycznie było.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Read Full Post »

W nocy siąpi deszcz. Dzień jest pochmurny, chłodny, z przelotnymi, a częstymi opadami. Temperatura nie przekracza 21°C.
Po szesnastej, doczekawszy wreszcie porządniejszego przejaśnienia, wychodzę na chwilę, zobaczyć tegoroczny jarmark na św. Jakuba. Handlarzy na skwerze za zamkiem jest dość skromnie, gawiedzi też skąpo. W szrankach trwa jeszcze jakaś żenująca rycerska walka. Na straganach typowe produkty artystycznego rękodzieła i rzemiosła. Przy kramie z serami zauważam Maję i Sławka. I zamiast ewakuować się niezauważony, podchodzę się przywitać. Co było całkowitym nieporozumieniem. Sławek wita się bez entuzjazmu, jakby zdziwiony, że chcę uścisnąć mu dłoń (może po pandemii ten zwyczaj wyszedł już z mody?). Rozmowa klei się średnio. Po dwóch minutach mam już dość.
– To wy sobie tutaj dalej oglądajcie, nie przeszkadzam, a ja tam… – kiwam głową w kierunku sąsiednich straganów. – Jeszcze się rozejrzę.
Do domu wracam przed siedemnastą. O dziewiętnastej miał być jakiś koncert na zamkowym dziedzińcu i przez chwilę się zastanawiam, czy nie skorzystać, ale kolejny przelotny deszcz w porze ewentualnego wyjścia zdecydował za mnie. Enigmatyczny opis wydarzenia (Uczta wędrowców – koncert performatywny z udziałem publiczności) nie motywował do narażania się na zmoknięcie.

Read Full Post »

Older Posts »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij