
Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Pogoda bez zmian. Rankiem przez chwilę zanosi się na słoneczny dzień, ale i na tym zanoszeniu się kończy. W południe jest już tak ciemno i ponuro, że muszę włączyć lampkę nad kuchenką gazową, by sprawdzić, czy fasola w garnku się gotuje.
W rozmowie o dziesiątej mama ostrzegła mnie, że Barbara wybrała się do miasta („Spotkałam ją, gdy wracałam ze sklepu. Kapcie jedzie kupić!”), rezygnuję więc z dosypiania do południa i wychodzę wcześniej po chleb¹ i do zieleniaka. Bratowa zjawia się przed dwunastą. Mam jeszcze w kubku niedopitą kawę ze śniadania i niedojedzoną kanapkę na talerzu.
– Zaparzyć herbatę? – pytam od razu.
– Tak, chętnie wypiję.
– A zjesz coś do herbaty?
– Jakbyś zrobił jedną kanapkę…
Do kanapek mam tylko twaróg, śmietankowy, ale jakiś mocno sypki (przegrzany?), przez co na kanapkach prezentuje się dość średnio.
– To może konserwa rybna? Śledź w pomidorach?
– Może być konserwa.
Parzę herbatę, zastawiam stół, a później, żeby nie siedzieć w kuchni po próżnicy, nastawiam od razu do gotowania fasolę na obiad i zabieram za czyszczenie marchewki (do fasolki po bretońsku). Rozmawiamy o pierdołach, trochę o polityce w wydaniu lokalnym, trochę o sprawach domowych. Po godzinie bratowa zbiera się do autobusu.
Tak tu u ciebie przyjemnie, cicho, spokojnie, aż się nie chce wychodzić i wracać do domu – rzuca przy pożegnaniu.
„Jezus Maria! – myślę tylko i szybko dzwonię na wieś, do mamy, tak w zasadzie pogadać o gotowaniu fasoli głównie.
Bratowa zostawia u mnie padniętego smartfona, który sobie nie poradził z aktualizacją oprogramowania. Po szesnastej po sprzęt zachodzi Kunegunda², ale Ingwar czeka na nią w samochodzie i mają jakieś zakupy w planach, więc nawet nie przysiada na chwilę, bierze, co ma wziąć i wychodzi.
Fasolka gotowała się długo (bo bez moczenia na noc), ale wyszła całkiem smaczna. Może odrobinę przesadziłem z ostrą papryką, która zdominowała (czy wręcz zniwelowała) działanie wszystkich innych przypraw (a nawet majeranku nie żałowałem), ale tak poza tym obiad udał się nadspodziewanie dobrze³. Gotowanie⁴ mam już do końca roku z głowy.
Wieczorem wychodzę jeszcze do Biedronki po mleko, a przy okazji z pudła (od środy już mocno przebranego) z tanią książką wyławiam zbiór felietonów Mellera „Nietoperz i suszone cytryny” za 9,99 złotych.
_____________
¹ Kupiłem bochenek, a teraz się zastanawiam, czy jeden wystarczy do wtorku. Może na wszelki wypadek ugotować więcej ryżu do sałatki?
² Bratanica spędza grudniową przerwę od zajęć szkolnych w mieście, u kolegi. Na wsi była chyba tylko w Wigilię.
³ A miałem chyba z dziesięć lat przerwy w gotowaniu fasolki.
⁴ Pomijając wodę na kawę i herbatę oraz ryż do sałatki z tuńczykiem – ale ten to dopiero w niedzielę.



