Znaliśmy się tą znajomością ludzi widujących się codziennie, ale niewiedzących o sobie nic poza tym, co złowi wzrok i słuch.¹
Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Zmotywowany niewiarą Czartogromskiego w moją determinację w podnoszeniu poziomu ukulturnianienia, bez problemu przełamałem lekki brak chęci do wyjścia z domu, wcześniej podgrzałem zaplanowane na obiad biedronkowe pierogi z serem i dobry kwadrans przed siedemnastą zjawiłem się w bibliotecznym skrzydle zamku. Sala czytelni dla dzieci i młodzieży była już pełna. Na szczęście krzesła tym razem ustawiono trochę luźniej² i mogłem dostawić sobie jeszcze jedno w ulubionej miejscówce pod paprotką (kwiatek do kwiatka, jak to mówią). Na widowni dominowały tradycyjnie starsze panie, dojrzałe emerytki, ale kilku znajomych nieznajomych panów w tym sfeminizowanym tłumie bez problemu wyłowiłem okiem (razem ze mną wszystkich może dziesięciu w sumie).
Spektakl „Klasyka na Wesoło”³ zaczął się od słowa przewodniego, wygłoszonego przez miejscową animatorkę życia teatralnego, z którego to słowa dowiedziałem się, że będę mógł być wdzięczny za rozkosze wieczoru światłości obecnych władz państwowych, a konkretnie Ministerstwu Kultury i środkom z KPO⁴. Przedstawienie przygotowano ad hoc⁵, bez większej liczby prób, dlatego pani animatorka poprosiła z góry o wyrozumiałość dla aktorek, które część kwestii wygłaszały posiłkując się papierowym skryptem. A później nastąpiło pięćdziesiąt minut kabaretowego show, będącego wiązanką tekstów Stefanii Grodzieńskiej, mniej lub bardziej zabawnych scenek obyczajowych z życia małżeńskiego i związków damsko-męskich. Do kompletu dorzucono dwa wiersze, z których zwłaszcza „O pierdzeniu” Aleksandra Fredry wywołał na widowni ogromne rozbawienie. Ale „Wszystko o mężczyźnie” Mariana Załuckiego⁶ – równie szacowny zabytek polskiej satyry i podobnie jak tekst Fredry wykonywany przez cały zespół – budził wśród zgromadzonych pań salwy śmiechu.
Jedne panie radziły sobie lepiej, inne słabiej, jedne umiały prawie wszystkie swoje kwestie na pamięć i skrypt trzymały tylko w ramach zabezpieczenia, a inne czytały wszystko i nawet nie próbowały grać, ale ogólnie to nie było złe. Bardzo dobre też nie. Średnie, ot, akurat jak na poziom Kętrzyna. W lepszym wykonaniu humor Grodzieńskiej bawiłby pewnie bardziej, tu momentami wydawał się lekko zwietrzały, ale o to akurat do dojrzałych amatorek pretensji chyba mieć nie można. Zresztą może jestem zbyt surowy, bo widownia na koniec nagrodziła aktorki gorącymi brawami, owacją na stojąco i naręczem (w sumie) kwiatów.
_________
¹ Paweł Sołtys, Sierpień, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024, str. 17
² Powiedzmy na 100 osób zamiast 150, jak to bywa przy imprezach biletowanych.
³ Tak na plakacie. Dlaczego wesoło dużą literą, pojęcia nie mam.
⁴ Wiem, już z plakatu powinienem był to odczytać, ale ja zazwyczaj na afiszach tylko datę i godzinę imprezy sprawdzam i przy braku zachęcającej fotografii nie wnikam w szczegóły, które by mnie przecież mogły zniechęcić do udziału. Tu na obrazku była akurat Stefania Grodzieńska, co mi wystarczyło. Miałem kiedyś nawet okazję zobaczyć ją na żywo, bo siedziała razem z Emilią Krakowską w rzędzie przede mną na striptizie w Toro (marne miejsca sobie wybraliśmy, ja i one, zdecydowanie zbyt daleko od sceny). Hmmm… Jak się teraz zastanawiam – bardziej z tego wydarzenia pamiętam zadziwiająco drobniutką Grodzieńską niż rozbierającego się tancerza, więc albo to był jakiś bardzo marny występ, albo ze mnie bardzo słaby gej.
⁵ Czyżby środki trzeba było wydawać pilnie?
⁶ Polecam do odsłuchania: tekst w wykonaniu Wisława Michnikowskiego.



