Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Pucułowaty’

500 lat Reformacji na Mazurach
Koncert Rock Reformacji
16:10 Arka Noego
17:40 N.O.C.
18:25 Luxtorpeda

Zaliczyłem część pierwszą i trzecią koncertu. Z części drugiej jedynie dwie piosenki zespołu i pożegnalne wystąpienie wikarego, który się żegnał z parafianami i sentymentalnie z Kętrzynem, bo za dwa tygodnie zmienia parafię. A! I było jeszcze lokowanie produktów, czyli blok podziękowań dla sponsorów.

Arka Noego wiadomo. Pewnie wszyscy kochają Arkę Noego, albo chociaż kochali w dzieciństwie – mnie to ominęło, bo jestem za stary, ale przebój „Taki duży, taki mały” nawet ja kojarzę. Posłuchałem tej części bez bólu, może nawet z przyjemnością, bo nie jestem dzieciofobem i patrzę nawet z pewną dozą sympatii na wszelkie poczynania najmłodszych. Byle za bardzo destrukcyjne nie były, hałasy ścierpię.

Oczywiście na początku koncertu było krótkie słowo powitalne samego biskupa, więc moja poranna kąpiel, golenie i mycie nie poszły na marne. Bo tak sobie pomyślałem już w nocy, że biskup na koncercie to będzie na pewno, więc trzeba się szykować prawie jak do wyjścia na mszę. No i się odszykowałem. Prawie.

Po dwóch piosenkach Arki Noego nastąpił nieoczekiwanie – przynajmniej dla mnie, sporo pań, zauważyłem, miało składane parasolki, które powyciągały z torebek¹ – krótki a intensywny przelotny opad. W amfiteatrze nie ma za bardzo gdzie się schować, więc zanim wiatr przegnał deszczową chmurę, zmoczyło mnie dość dokładnie. Szczęściem później słońce świeciło całkiem intensywnie, a deszcz był ciepły (temperatura na dworze w okolicach 21°C) i do końca występu Arki Noego prawie wyschłem. Przy ostatniej piosence powoli zacząłem się zbierać do wyjścia, jeszcze posłuchałem, jak Robert Friedrich przedstawia młodych artystów (większość to jego wnuki? Chwalił się kilka razy, że z siódemki dzieci doczekał się już siedemnastki), ale już nie czekałem na ewentualne bisy, bo głodny byłem, a chciałem zdążyć jeszcze na część z występem grupy N.O.C., co mi się oczywiście nie bardzo udało.

O 17:20 byłem w chacie. Zanim podgrzałem zupę i parówki w zupie (dla szybkości), i zjadłem, i trochę podsuszyłem majtki na tyłku i spodnie² minęła osiemnasta i do amfiteatru wróciłem dopiero w okolicach 18:10 i już się załapałem jedynie na dwie piosenki… wróć, na dwa końcowe utwory grupy N.O.C (z Piszu towarzystwo) i na wspominane już wystąpienie wikarego.

Część trzecia (18:30-19:55) to występ Luxtorpedy – ciężkie brzmienie rockowe, które ma chyba całkiem sporo fanów wśród miejscowej ludności, bo tłumek był spory. Też młodych, nastolatków. I dwudziestolatków (trzydziestolatków) z dziećmi, którzy się gibali na placu przed sceną razem ze swoimi pociechami. W sumie dość sympatyczny widok. Jak sobie teraz myślę – bardziej mnie do amfiteatru ciągnęły takie widoki i możliwość pobycia z ludźmi³, niż sama muzyka.
Szczęściem wychodząc z domu po obiedzie pomyślałem o zabraniu jeansowej kurtki. Przydała się, bo momentami od jeziorka ciągnęły podmuchy chłodnego powietrza. Ba! I energiczne podrygiwanie nogami do hard rockowych rytmów się przydało, bo zimno się robiło, gdy człowiek siedział tak całkiem nieruchomo. Miałem nawet w którymś momencie pokusę, by się dłużej nie zmuszać i wracać do domu, ale nie uległem słabości i wytrwałem do samego końca („Nie będziesz przecież słabszy od biskupa!” – wrzucałem sobie motywująco), zastanawiając się momentami, czy gdyby to był koncert disco polo, też bym wytrwał. Kiedyś chyba trzeba się będzie przemóc, przejść się na takie wydarzenie i sprawdzić. Tylko trochę strach, bo co, jeśli mi się spodoba?

_______
¹ Nawet gdybym wziął parasol, to nic by mi to nie dało, bo ochrona na bramie – widziałem i słyszałem – nie wpuszczała ludzi z normalnymi parasolami. Ani z napojami w puszkach.
– Takie mamy polecenie – tłumaczyli emerytowi z parasolem i wyżej wymienionym napojem, który zjawił się na wejściu tuż po mnie i został brutalnie zatrzymany. – Napój może pan wypić teraz albo wyrzucić, a parasol można zostawić przy bramie.
² Od farby z drewnianych siedzisk amfiteatru (jakaś wodna, że puszcza po deszczu?) brązowa plama na dupie mi się zrobiła, odcisk deski. Na szczęście spodnie też brązowe, więc to można zauważyć tylko, jak się człowiek dobrze przyjrzy. A kto by się mojemu tyłkowi przyglądał? Zboczeńcy jacyś chyba tylko nienormalni.
³ Bez większego zaskoczenia odnotowałem w tłumie obecność Pucołowatego i Tytusa.

Read Full Post »

19:00-19:30
„Bunt mieszczan” – inscenizacja bitwy o zamek

(skwer przy baszcie – ul. Traugutta)

19:30
Baht Arafe

koncert tradycyjnej muzyki lewantyńskiej
(scena zamkowa)

21:00
Uczta na dziedzińcu zamkowym

Muzyka i tańce
Kapela Hałasów

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Zgodnie z przewidywaniami – pseudo-historyczna inscenizacja okazała się atrakcją nie dla mnie. Przedstawienie w trzech aktach trwało ze czterdzieści minut i później trzeba było poczekać, aż publika przejdzie z jednej lokalizacji do drugiej (ja się zwinąłem przed brawami) i może na dogaszanie zgliszcz, czy coś w ten deseń, w każdym razie koncert grupy Baht Arafe na zamkowym dziedzińcu zaczął się dopiero o 20:00. I tutaj też było zgodnie z przewidywaniami. Tyle, że spodziewałem się dobrej muzyki i taką dostałem. Zespół powstał pewnie dla potrzeb tego występu, ale muzycy z tria są doświadczeni, znają się na tym, co robią, więc zaprezentowali bardzo ładną muzyczną podróż po krainach Orientu.

Po dwudziestej pierwszej była przerwa na drobną przekąskę, poczęstunek ze strony organizatorów (i sprzątnięcie przez muzealnych pracowników i wolontariuszy krzeseł z zamkowego dziedzińca). Niestety znów wykazałem się niepotrzebną wstrzemięźliwością i ledwo skubnąłem kilka dań. A mogłem chociaż pasztecików wziąć więcej niż dwa i ciasta napchać do oporu, bo smaczne było. Ba! Żadnej kanapki nawet nie spróbowałem. Frajer, zwyczajnie frajer!

A gdy już na talerzach zabrakło żarcia, a na dziedzińcu krzeseł, Kapela Hałasów rozstawiła się ze swoim instrumentarium, opowiadaczka historii wyszła na środek dziedzińca, celem zainicjowania korowodu i rozpoczęła się zabawa. Na szczęście z tego nie będzie nigdzie żadnego oficjalnego materiału filmowego, bo się okazało, że jednak też lubię tańczyć i nie mam żadnych oporów przed tańczeniem, chociaż w ogóle tańczyć nie umiem, bo przez minione dziesięciolecia zapomniałem całkiem dokładnie wszystkiego, czego się naumiałem na kursie tańca¹ i nogi w sandałkach mocno mi się plątały na bruku, więc zamiast kroków pilnowałem głównie, by nikogo nie podeptać i kręcić w odpowiednią stronę. Na szczęście wystarczyło mi jeszcze samokontroli, by nie poprosić nikogo do tańca. Choć byłem już całkiem blisko, bo jak się zakręci dwa tańce w kole, to się ta samokontrola mocno poluźnia. Nieważne.
Na taneczne atrakcje ludzi zostało skromnie, może ze dwadzieścia, trzydzieści osób². Pucołowaty z Tytusem też, ale się panowie rozsiedli na scenie i tylko przysłuchiwali muzyce i przyglądali tańczącym, bez aktywnego udziału w zabawie.

_____________
¹ Kurs tańca (I stopnia) zafundowałem sobie na rok przed studniówką, bo niedrogi był i w szkole, czasem chyba nawet w godzinach wuefu, więc mogłem łączyć przyjemne (zwolnienie z lekcji wychowania fizycznego) z pożytecznym.
² Bardziej dwadzieścia niż trzydzieści.

Read Full Post »

Letnia scena zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie (sezon 2024)
Marek Gałązka
„Autorsong – Śpiewanie Stachury”

miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
piątek 30 sierpnia 2024 roku, godz. 18:00-20:05 (mniej więcej)

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Tegoroczny sezon (drugi w sumie) „Letniej ceny zamkowej” zamykał koncert z piosenkami Edwarda Stachury.
Chcąc nie chcąc Chciał, nie chciał – poszedłem.
Poszedłem i wytrwałem do końca¹, może bez wielkiego zachwytu, ale też i bez jakiegoś bólu.
A teraz piszę o tym, co było bardziej z obowiązku² niż z chęci, bo chęci do pisania nie mam żadnej. Możliwe, że cała się zużyła przy robieniu notatek w trakcie koncertu. Bo tym razem – wyjątkowo – miałem z sobą notesik i notowałem pracowicie, co było śpiewane. Początkowe wersy śpiewanych tekstów dokładniej. I moje odczucia poniekąd, głównie pozamuzyczne.
Ale do rzeczy.³

O 17:55 dziedziniec zamkowy był już szczelnie wypełniony siedzącą publicznością. Na szczęście moje ulubione miejsce nie było zajęte nawet przez osobę stojącą, więc podszedłem grzecznie do bibliotekarek⁴ tłoczących się w drzwiach do biblioteki.
– Nie macie już więcej krzeseł? – spytałem.
– Nie ma już wolnych? – zdziwiła się jedna z pań (opiekunka czytelni dla dzieci i młodzieży?) i zaczęła rozglądać po rzędach widzów. Nie było.
– Wie pan co… Można sobie wziąć…
Tu kiwnęła głową w stronę klatki schodowej, gdzie na półpiętrze stały wygodne krzesła biblioteczne (na dziedzińcu rozstawiono zwykłe drewniane, składane).
No i OK, na więcej nie liczyłem.
Zabrałem krzesło z półpiętra, wróciłem na swój upatrzony kawałek bruku, usadowiłem się stabilnie… i odkryłem, że tym razem po lewej mam za sąsiada Duńczyka, który stał pod ścianą ubrany adekwatnie do upalnej pogody, w koszulce z krótkim rękawem i szortach z podwiniętymi nogawkami (a może to były mankiety?), prezentując ładnie opalone, owłosione nogi. Nałożone do kompletu sandały pozwalały dostrzec, że stopy, choć żylaste, ma zadbane i całkiem kształtne, w typie greckim⁵.
„Będzie czym nacieszyć oko, jeśli koncert nie dostarczy lepszych wrażeń” – pomyślałem z zadowoleniem.

O osiemnastej przyszedł Pucułowaty. W tej samej koszulce, co tydzień temu (ładna, to zapamiętałem). Tym razem skinąłem mu głową pierwszy. Odkłonił się grzecznie i ruszył ku pierwszym rzędom, rozglądać za wolnym krzesłem. Tymczasem kobiety siedzące na ławce⁶ pod oknem Galerii „Konik Mazurski” ścieśniły się lekko i zrobiły miejsce Duńczykowi, który z chęcią skorzystał z ich uprzejmości.
Tuż po Pucułowatym nadciągnęła Wysoka Rdzawa⁷. Czasem na koncertach towarzyszy jej prowadzana pod ramię staruszka. Zgaduję, że matka. Różnica wiekowa pasowałaby na takie pokrewieństwo. Rdzawa zawsze opiekuje się nią troskliwie, pilnując, by nie przewiał kobiety jakiś chłodniejszy podmuch. Tym razem była sama.

O 18:05 trzy osoby⁸ zajęły wolny kawałek ściany między mną, a Duńczykiem, zasłaniając mi widok na nogi blondyna.
„No i koniec frajdy” – pomyślałem ponuro, ale na scenę już wchodziła dyrektorka biblioteki, więc skończył mi się czas na rozmyślanie o pierdołach.

– Spytałam przed koncertem wykonawcy, jak mam go przedstawić – zaczęła pani Małgorzata. – Jako poetę? Kompozytora? Popularyzatora twórczości Stachury? Powiedział, że jako twórcę i wykonawcę.
Później mówiła coś tam jeszcze, ale krótko i szybko ustąpiła miejsca Markowi Gałązce, któremu nie spieszyło się do śpiewania.
Minął najmniej kwadrans, zanim facet dostroił gitarę i się wygadał na temat Stachury, którego piosenki nadal wykonuje ku zdziwieniu wielu, bo – jak to ujął – nikt przed nim, ani po nim nie pisał takich tekstów piosenek, jakie pisał Stachura.

Około 18:20 wybrzmiewa pierwsza.

1. Tobie albo Zawieja w Michigan.

„No nie wiem… – pomyślałem. – Facet taki sobie. Ani oka na czym zawiesić, ani głos porywający. Melodia…. Czy tu jest w ogóle jakaś melodia? Tekst… Spróbuję chociaż na tekstach się skoncentrować”.
W sumie nie jestem jakimś fanem poezji Edwarda Stachury. Ani nawet prozy. Raz mnie gość uwiódł, „Siekierezadą”. Ale i to nie w lekturze, tylko za pośrednictwem ekranizacji (1985) i chyba głównie dzięki obecności Edwarda Żentary na ekranie i Vivaldiego na ścieżce dźwiękowej.

2. Co warto.⁹
3. Nie brookliński most.¹⁰
4. Ballada dla Potęgowej.

Zauważyłem, że Wysoka Rdzawa, nie znalazłszy wolnego krzesła, przysiadła samotnie na schodkach w kącie dziedzińca, z niewygodnym widokiem na scenę z boku.

5. Walc nad Missisipi.
6. Piosenka dla Rafała Urbana.

Rozglądam się po widowni. Tym razem na dziedzińcu dominuje publiczność w wieku 40-60 lat. Może nawet dolna granica byłaby niższa. Starsze emerytki trafiają się sporadycznie. Chyba męczący w dzień upał zatrzymał je w domu.

7. Jest już za późno, nie jest za późno.

Minęła 18:40 (wyjątkowo zegarek też z sobą wziąłem). Mam już zabazgraną jedną czwartą notesika (całość 30 stron A7).
„Czy ja w ogóle odczytam, co tak teraz notuję?” zastanawiam się z lekkim niepokojem¹¹.

Po wybrzmieniu siódmej piosenki Marek Gałązka przechodzi z gitary akustycznej na elektryczną. I znów w trakcie dostrajania instrumentu zabawia publiczność słowem: opowieściami o grze na gitarze – że Bobowi Dylanowi fani długo nie mogli wybaczyć, gdy się przesiadł z gitary akustycznej na elektryczną i obrzucali go zgniłymi pomidorami… a ktoś tam coś tam… a on zamówił tę swoją gitarę, co to teraz na niej zagra u lutnika w Chicago… i gdyby teraz było za głośno…
Trochę długo to trwa, zanim się upora z robotą i wróci do śpiewania.

8. Biała lokomotywa.

„Przy gitarze elektrycznej lepiej to wszystko zaczyna brzmieć” – pomyślałem.
A tymczasem Wysoka Rdzawa wstała i wyszła.¹²

9. Zobaczysz.

Duńczyk poszedł do biblioteki, zgaduję, że skorzystać z WC.
„Taki słaby pęcherz?”.
Minęła dziewiętnasta. W zamkowej bramie pojawił się Tytus.
„A co tak późno tym razem? Prosto z pracy?”.

10. Smutno.

Duńczyk wrócił na swoją ławkę, pogryzając jabłko.
Zagryzmoliłem połowę notesika.

11. Zabraknie ci psa.

Jot¹³ stojąc w bramie, ma dobry widok na to, że coś sobie pilnie notuję.
„No i pies go trącał”- konstatuję.
Jot sam pisze, tak ogólnie, nie w tej chwili. Pisze i publikuje. Nawet mam kupioną jedną jego książkę, którą miałem przy jakieś okazji zabrać z sobą do zamku i poprosić o autograf, ale się jeszcze nie zebrałem do lektury, więc za okazją też nie bardzo się rozglądam.
Rozpoczyna się powolny odpływ widzów.
Wyszedł młody brodacz.
I jakaś laska.
Cztery panie z rzędów przy samej bramie. I za chwilę piąta.
A Marek Gałązka przechodzi właśnie do w pełni autorskiej części koncertu, co poprzedza dłuższym słownym wstępem i przywołaniem koncepcyjnego albumu „Pistolet w ręku Ojca”, z którego prezentuje nam jeden kawałek.

12. Mój lęk.

Artysta znów gada. Najpierw zapowiada dwa utwory o ludziach, artystach niespełnionych, później anonsuje program-performance (muzyka i pokaz wideo?) „Epitaph 45 Sted i Bruno”, z którym chciałby przyjechać do Kętrzyna jesienią.
„Oj, już za dużo tego szczęścia!”

13. Zakryć oczy.

Nienumerowany ma już chyba dość i opuszcza dziedziniec. W tygodniu musiał być u fryzjera, bo wygląda na świeżo ostrzyżonego.

14. Pełnie księżyca.

Wychodzi małżeństwo emerytów i trzydziestolatka.
Wrócił młody brodacz. Wyszedł jedynie odlać się za zamkiem?
Tylny rząd opuszczają dyskretnie dwie czterdziestolatki.
A później następuje tak masowy zryw, że nie nadążam z liczeniem. Z widowni ubywa najmniej piętnaście osób, w tym Pucułowaty. Minęła 19:30. Może wszyscy się spieszą na jakiś autobus?
W tym czasie Gałązka opowiada o filmie „Znikający punkt” (Vanishing Point).
– Obejrzyjcie koniecznie, jeśli ktoś jeszcze nie widział. Tylko wersję z 1971 roku! – podkreśla.

15. Znikający punkt.
15. Znikający punkt (II).

Ubywa kolejnych pięć osób, choć Gałązka zapowiada, że już powoli kończymy.
Duńczyk robi kilka zdjęć¹⁴ i przenosi się w okolicę bramy.
„Chce być bliżej wyjścia, gdy koncert się skończy?”.
W przedsionku już nikogo nie ma. Miejsca siedzące pod ścianą zamku też wszystkie opustoszały.

17. Życie to nie teatr.

Duńczyk jednak również odpadł przed końcem.
Marek Gałązka opowiada przez chwilę o Ryszardzie Milczewskim (Bruno).

18. Nie rozdziobią nas kruki.

Pani dyrektor wchodzi na scenę podziękować za występ i pożegnać artystę, ale nie tak szybko. Marek Gałązka nawet bez zachęt w postaci gromkich, niemilknących braw jest gotów na bis i prezentację czegoś nowego ze swojego repertuaru.

19. [?]

Publiczność ma razem z artystą śpiewać refren, frazę brzmiącą mniej więcej jak „Sted, tak przy piwie cię mie㔹⁵. Pierwsze rzędy chyba śpiewają.

I to już definitywny koniec części koncertowej. Bo gadania jeszcze trochę jest.
Pani Małgorzata przypomina, że artysta przywiózł ze sobą płyty CD, a artysta zachęca do ich kupowania¹⁶ i potwierdza gotowość przyjechania do Kętrzyna jesienią, bo dobrze mu się tu zawsze grało i w ogóle.

Ufff!!!

Nie, żebym cierpiał, czy się nudził, ale koncert zamknięcia sezonu był jak dla mnie najsłabszym koncertem tegorocznej „Letniej sceny zamkowej”.

________
¹ A było tym razem wielu takich, którzy nie wytrwali. Chociaż w sumie ta osiemdziesiątka (lekko licząc), która została do końca, też całkiem ładnie wypełniała zamkowy dziedziniec.
² Tylko gdzie ten obowiązek? Kto mnie zmusza?
³ Tu mi się przypomniało, jak Walpurg dostał kiedyś tekst mojej recenzji do oceny (redakcji, korekty?) i cały wstęp w tejże, utrzymany w podobnym duchu i stylu, wykreślił jako pretensjonalny i zbędny. Niestety sam jestem mocno przywiązany do tego, co napisałem i tak nie potrafię.
⁴ Koncertowi zamknięcia sezonu patronowała biblioteka.
⁵ Drugi palec dłuższy od palucha.
⁶ Ta ławka to wyjątkowo niewygodny grat. Siedziałem na niej w zeszłym roku na którymś koncercie. Nigdy więcej podobnego błędu! Oparcie nie zapewnia oparcia, bo jest zbyt niskie i źle wyprofilowane. A deski, na których się siedzi, wyginają się mocno i sprawiają wrażenie, jakby zaraz miały trzasnąć pod ciężarem siedzących.
⁷ Ona była za pierwszym razem ruda, bo ufarbowana – sądząc z obecnego koloru włosów – ale już nie będę zmieniał jej kryptonimu.
⁸ Robert-fotograf z żoną i jakaś kobieta pachnąca dezodorantem Nivea. Lubię ten zapach, bo mi się mile kojarzy z łazienką Pinokia i baterią jego kosmetyków.
⁹ Straciłem przynajmniej kwadrans, zanim odkryłem, że moje zanotowane „zbawić by można” to „zwalić by można się z nóg” i zidentyfikowałem tytuł. Artysta tytułów nie podawał i musiałem notować na szybkiego pierwsze wersy piosenek.
¹⁰ „Rozdzierający jak tygrysa pazur antylopy plecy jest smutek człowieczy”.
¹¹ Nie powiem, miejscami ciężko jest, ale na razie daję radę.
¹² Ale wychodząc po koncercie, zauważyłem ją przed zamkiem, więc może tylko wybrała słuchanie z pewnego oddalenia?
¹³ Z Jotem znamy się z ogólniaka i jednego wspólnego biwaku. Chyba już nawet gdzieś o tym wspominałem.
¹⁴ Zwróciłem uwagę na prawą dłoń Duńczyka. Nie nosi obrączki.
¹⁵ Zanotowałem „Sted, tak przy piwie się mieć” ale z „cię” ma to większy sens.
¹⁶ Dwa albumy, 30 zł sztuka, za oba 50 zł, czyli jest zniżka. Cały zysk ze sprzedaży autor przeznacza na Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce.

Aktualizacja 2024.09.02; Wersja archiwalna w Web.Archive

Read Full Post »

Letnia scena zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie (sezon 2024)
Robert Kasprzycki Trio.

miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
piątek 16 sierpnia 2024 roku, godz. 18:00-20:00 (mniej więcej)

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Przed obiadem miałem godzinną drzemkę, a po obiedzie najchętniej znów bym się położył i przedrzemał do zmroku, ale nie! Ochlapałem się z grubsza, przyczesałem włosy, sprawdziłem, czy bura koszulka, nakładana rano przy wyjściu do sklepu, nadaje się nadal do użycia (nadała się) i przed osiemnastą wyszedłem na kolejny koncert „Letniej sceny zamkowej”.

Nazwisko Roberta Kasprzyckiego nie mówiło mi nic. Na plakacie pokazali nieatrakcyjnego dziadygę, więc wolałem już nawet nie sprawdzać, jak śpiewa. Stary brzydal, może jeszcze bez głosu i w repertuarze, którego nie słucham – nie byłoby szans, bym się przełamał i wyszedł z domu. A tak, prawie w ciemno, to inna rzecz.

Dziedziniec był już prawie pełny, ale w rzędach bliżej wejścia do muzeum (słabo widać stamtąd scenę, niewygodnie, z ukosa) trafiały się jeszcze wolne krzesła. Wziąłem jedno i usiadłem w swoim ulubionym miejscu. Znajoma Pucułowatego chyba też lubi ten rejon, bo się okazało¹, że znów jest moją sąsiadką. Gdy zjawił się Pucułowaty, grzecznościowo odsunąłem się w drzwiach trochę bardziej w lewo, żeby chłopak miał miejsce do ustawienia krzesła pomiędzy nami, a on z tego skwapliwie skorzystał. Dzięki czemu mogłem zauważyć, że ma całkiem przyjemnie owłosione nogi. I w sumie nawet zgrabne, na szczęście nie aż tak atrakcyjne, by mnie rozpraszały w trakcie koncertu.

Dyrektorka biblioteki przedstawiając artystów zapowiedziała, że tym razem możemy się spodziewać czegoś więcej, niż zwykłego koncertu, tradycyjnej wiązanki piosenek mniej lub bardziej poetyckich. I faktycznie było coś więcej. Kasprzycki równie dużo czasu, co graniu, poświęcił wstępom poprzedzającym każdy utwór. A gadał ciekawe, dowcipne, żartując udatnie z naśladownictwem wymowy różnych regionów Polski². W sumie ta część słowna podobała mi się nawet bardziej niż śpiewane piosenki, które nie przemawiały do mnie za bardzo ani od strony muzycznej, ani tekstowej³. Ot posłuchać mogłem bez bólu, ale żebym się zachwycał i chciał więcej, to niekoniecznie.
No i się okazało w którymś momencie, że Kasprzycki jest autorem „Nieba do wynajęcia”, piosenki, którą całkiem dobrze pamiętam, czyli musiałem ją przed laty słyszeć przynajmniej kilka razy.

Występ Tria trwał długo, dwie godziny i zakończył się dwoma bisami, których widownia nie musiała nawet zbyt mocno wyklaskiwać (wcześniej biła brawa intensywnie i ładnie współpracowała z Kasprzyckim przy wspólnym śpiewaniu).
– Świetny koncert, bardzo mi się podobał! – opuszczająca zamkowy dziedziniec publiczność⁴ nie kryła zachwytu, dzieląc się wrażeniami na prawo i lewo.

__________
¹ Po przyjściu Pucułowatego, gdy zaczął z nią rozmawiać. Z kobiet na widowni nadal kojarzę jedną Czarną Arogancką (była i dzisiaj) i Wysoką Rdzawą (wiadomo, rude łatwo wpadają w oko). Więc w sumie nie wykluczone, że to nie była ta sama znajoma Pucołowatego, co poprzednim razem.
² W materiałach promocyjnych użyto zgrabnego i trafnego określenia „melanż słownej woltyżerki, muzycznych żartów, inteligentnych prowokacji, zabaw z publicznością”.
³ Próbowałem śledzić z uwagą teksty piosenek, ale zazwyczaj rozpraszałem się już przy refrenie.
⁴ W osobie jakiejś młodej laski, która szła przede mną. Bo tradycyjnie przy wyjściu z zamku nastawiłem uszu, łapiąc uwagi rzucane przez wracających do domów.

Read Full Post »

Letnia scena zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie (sezon 2024)
Antek Sojka & Janek Pęczak

miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
czas: piątek 9 sierpnia 2024 roku, godz. 18:00-19:20 (mniej więcej)

„Oj, chyba będzie ciężko coś z tego koncertu napisać” – pomyślałem od razu na wstępie, gdy dyrektorka muzeum, w sposób przydługi a nudnawy, zapowiadała zaproszonych artystów, omawiając drobiazgowo drogę ich kariery i dotychczasowe osiągnięcia.
Zapamiętałem z tego wszystkiego, że młody Sojka brał udział w nagrywaniu płyty „Małe Wu Wu” (1988)¹ i uczył się jazzu, a realizował zawodowo głównie jako realizator dźwięku (producent muzyczny), a Pęczak (smakowite nazwisko) był między innymi gitarzystą T.Love.
„Oj, chyba będzie ciężko wysiedzieć na tym koncercie do końca” – przemknęło mi przez głowę przy pierwszej piosence, która była tak inna od tego, co słucham na co dzień, że nawet już po koncercie – bo jednak przełamałem początkowe wrażenie (że tak zaspoileruję) i wytrwałem do końca – nie potrafię tego sklasyfikować inaczej niż pod opisowym określeniem „muzyka o miłości do słuchania latem na plaży przy ognisku”.
Panowie śpiewali na zmianę (i w duecie) piosenki z płyt autorskich i wspólnych. Jako trzecia wybrzmiała jakaś po angielsku z repertuaru Boba Marleya.
„Lubię reggae” – pomyślałem. I chyba to mnie zatrzymało na koncercie. Chociaż ta właśnie rozbrzmiewająca w ogóle nie brzmiała jak reggae, ale pierwszy szok już minął i nie czułem potrzeby ucieczki. Dźwięki dobiegające ze sceny były w sumie całkiem przyjemne (może tylko ciut za głośne): gitara (+ kilka razy harmonijka ustna) i coś klawiszowego elektronicznego, plus dwa męskie głosy, z których pęczakowy podobał mi się bardziej, a drugi w brzmieniu i manierze wykonawczej przypominał lekko² głos Sojki-seniora.
Uszy zajęły się słuchaniem dźwięków, umysł krążył swobodnie, bez większego skupiania się na tekstach piosenek, oczy krążyły po dziedzińcu, wyłapując na widowni znajome twarze.
Duńczyk przyszedł zbyt późno i nie znalazł już dla siebie wolnego krzesła. Zauważyłem, że pyta jakiejś młodej laski³, czy to obok niej jest wolne. Nie było.
„Czyli on jednak też by posłuchał na siedząco” – skonstatowałem. Zawsze widuję gościa, gdy stoi, przeważnie w bramnym przedsionku i już zacząłem podejrzewać, że to z wyboru, a nie z konieczności.
Czarna Arogancka siedziała ze swoją znajomą (rozmawiały w oczekiwaniu wejścia artystów na scenę) prawie obok mnie. Dzieliła nas ta znajoma, która okazała się też znajomą Pucułowatego (z Reszla?), więc gdy chłopak zjawił się na dziedzińcu, podszedł, by się przywitać.
„Skinie mi głową na powitanie?” – zastanawiałem się bez większej ciekawości, obserwując dyskretnie⁴ rozwój sytuacji, a tymczasem Pucułowaty podał rękę znajomej… a później i mnie.
„Jezus Maria! I po cóż to!?”.
Nienumerowany był tym razem z mamą. Albo ze starszą siostrą. W sumie tylko jego rozpoznaję, jej twarzy nadal nie zapamiętałem⁵.
Chudy Emeryt jakby się deko zaokrąglił. Tytus mignął mi ledwo przez moment. Nie jestem pewny, czy był na koncercie do końca.
Koncertujący muzycy tradycyjnie zostali nagrodzeni rzęsistymi brawami, więc w ramach bisu wykonali dwie dodatkowe piosenki.
Żegnając publiczność, dyrektorka muzeum przypomniała o zaplanowanym na przyszły tydzień (wyjątkowo na sobotę) teatralnym spektaklu w ramach programu „Teatr Jaracza w zabytkach Warmii i Mazur”.
– Wejściówki są jeszcze w kasie muzeum – powiedziała. – Tym razem nie za darmo, ale pięć złotych to cena, którą chyba udźwigną państwa portfele.
Ciekawe, że bilety jeszcze się nie rozeszły. Może tematyka przedstawienia – sztuka, z którą przyjeżdża teatr to adaptacja powieści „Wszystko na darmo” Waltera Kempowskiego – jest zbyt mało rozrywkowa?

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

_________
¹ Wikipedia tego faktu nie odnotowuje. Wśród młodych wokalistów widnieje Kuba Sojka.
² Albo nawet bardzo. Taką opinię podsłuchałem u towarzystwa (dwóch panów i pani w okolicach czterdziestki), które zachwycało się koncertem, wracając do domu – specjalnie zwolniłem lekko kroku, żeby iść za nimi i posłuchać wrażeń osób bardziej osłuchanych w muzyce tego rodzaju.
³ Widownia tym razem była zróżnicowana, pełen przekrój spragnionego kultury społeczeństwa Kętrzyna – od rodzin z nieletnimi dziećmi po silną reprezentację emerytek.
⁴ W okularach na nosie mogę sobie na to pozwolić, patrzę kątem oka i nie sprawiam wrażenia, że się wgapiam w kogoś żądny uwagi.
⁵ Bo to kobieta?

Zamiast przypisu do tytułu (Cudny świat):

Read Full Post »

Letnia Scena Zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie.
Julita Kożuszek & Dorota Wasilewska¹
Piosenka jest dobra na wszystko – wieczór piosenek Kabaretu Starszych Panów.

Miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
Czas: piątek 5 lipca 2024 o godz. 18:00 (do 19:15 mniej więcej).

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Było wietrznie, ale całkiem sympatycznie.
Panie interpretowały piosenki duetu Przybora&Wasowski dość klasycznie i z bardzo ładną dykcją, co w sumie nie powinno być zaskoczeniem. Gdyby nie potrafiły wyraźnie śpiewać, chyba by się nie brały za taki repertuar.
Piosenki były poprzedzane fragmentami nagrań archiwalnych – głosami Starszych Panów, a czasem początkiem oryginalnego nagrania danego utworu („Preludium deszczowe” w interpretacji Kwiatkowskiej, „O, Romeo!” Jędrusik). Na otwarcie usłyszeliśmy bardzo zgrabny kuplet wprowadzający do „Divertimenta c-moll op. 1 Makabrycznego”, dobrany adekwatnie i wykonany bezbłędnie:

Zapraszamy na niedużą was zabawę,
co mieć będzie diametralnie inny styl.
I jeżeli nie zabawi ona nawet,
to spędzicie zawsze jakoś parę chwil.

Tym co jest ty się syć,
zawsze gorzej może być.
Tym co jest ty się syć,
zawsze gorzej może być.

Zapraszamy, no bo nam się tak wydaje,
że choć ludzie do rozrywki dużej lgną,
to na pewno bywa sporo takich zajęć,
co nudniejsze od zabawy naszej są.

Tym co jest ty się syć,
zawsze gorzej może być.

Na widowni (siedemdziesiąt pięć osób przynajmniej) dominowały tradycyjnie panie pięćdziesiąt, a może nawet sześćdziesiąt plus. Kilka osób młodszych² opuściło dziedziniec po czwartej piosence, reszta obecnych wytrwała do końca i wyklaskała na bis sfeminizowaną wersję „No, co ja ci zrobiłem?”.
Inne znane przeboje, które odświeżyłem przy okazji tego koncertu to: „Szuja”, „Już czas na sen (Dobranoc mężczyzno)”, „Kaziu, zakochaj się”, „Nad Prosną”, „Herbatka”…
Niestety krępowałem się wziąć z sobą notes i notować tytuły na bieżąco.
Na widowni zauważyłem kilku znajomych z widzenia. Był Chudy Emeryt, coraz mocniej zarośnięty Tytus³, atrakcyjny Duńczyk⁴ i Pucołowaty (z Reszla?), który nawet skinął mi głową na przywitanie⁵.

__________
¹ Dorota Wasilewska w zeszłym roku koncertowała w Kętrzynie razem z Janem Jakubem Należyty i jak stwierdziła dyrektorka MBP, wtedy właśnie zrodził się pomysł, by zaprosić ją do miasta ponownie.
² Dokładnie cztery, dwie pary mieszane w okolicach dwudziestki.
³ Jeśli nie przytnie coraz bardziej dorodnej brody, chyba będę go musiał przechrzcić na Zbója Madeja.
⁴ Zdaje się, że trochę przytył i przez to przybyło mu na atrakcyjności. W zeszłym roku na ciut zagłodzonego wyglądał.
⁵ Niewykluczone, że przyglądałem mu się zbyt nachalnie i poczuł się biedak zobowiązany.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij