Poranek trochę deszczowy, ale ciepły. Po południu się rozpogadza i przez moment jest nawet słonecznie.
Przed ósmą przyjeżdża mama. Ze słoikiem gruszkowego przecieru, torbą jabłek („Po co masz kupować, skoro mamy swoje?”) i pojemnikiem winogron od Pawła (dość marnych już, chyba to będzie ostatnia porcja). Jeszcze pełna nadziei, że z babką nie jest tak tragicznie, jak mówiłem przez telefon. Wróć – jeszcze z cieniem nadziei, choć z nerwów przed wyjazdem i czekającą ją konfrontacją, nie śpi już od trzeciej. Rano babka drzemie spokojnie, więc przez chwilę możemy udawać, że wszystko jest normalnie. Rozmawiamy o pierdołach, planujemy obiad. Po dziewiątej wyciągam mamę do hurtowni na Dworcowej, by pomogła mi w wyborze nowej, jesiennej kurtki. Później mama robi jakieś swoje zakupy (niewielkie) w pawilonie i smaży babce naleśniki, z wiarą, że skusi ją ulubionym daniem i nakłoni do jedzenie. Nie, niestety, nie skusiła. Babka z dnia na dzień jest coraz słabsza. Po południu zmieniamy jej pościel i przebieramy w czystą koszulkę, mama ma wtedy okazję dokładnie zobaczyć, jak babka strasznie zmarniała i wychudła. A gdy nakładam nowe opatrunki prawie się rozkleja na widok odleżyn, z którymi trzeba walczyć (jedna może się nawet trochę już goi, ale do pełnej poprawy potrzeba przynajmniej miesiąca, a tyle na pewno nie mamy).
Wieczorem trochę czytam, ale babka robi się mocno niespokojna.
– Piekło… piekło… piekło… piekło… – pojękuje cicho, więc odkładam książkę i idę przy niej posiedzieć.
Niestety mogę służyć jedynie swoją obecnością, bo pojęcia nie mam, jak jej pomóc.
Posts Tagged ‘David Sedaris’
Dzień dwa tysiące czterysta dwudziesty piąty (środa)
Posted in babka, Bez komentarza, Ostatnia prosta, Się czyta, tagged babka, Calypso, David Sedaris, kurtka, mama, na wylocie, odleżyny, pogoda, starość nie radość, zakupy on 4 listopada 2020| 8 Komentarzy »
Dzień dwa tysiące czterysta dwudziesty (piątek)
Posted in Lepszy rydz niż nic, Się czyta, Się słucha, tagged babka, ból głowy, blogowanie, Calypso, chirurg, czytelnia, David Sedaris, Maria Konopnicka, odleżyna, pielęgniarka, plany, PR2, promyk nadziei, starość nie radość, zwątpienie on 30 października 2020| 9 Komentarzy »
Uzupełnię później. Notatki już mam w terminarzu. W tekście będzie o aktualnej domowej sytuacji. W środek wrzucę chyba cytat z Poetki. A zakończenie najpewniej podsumuję zdaniem:
Z tego wszystkiego aż mnie głowa rozbolała.
_________
edit. 22:03
Albo może kiedyś wrzucę tylko zdjęcie strony z terminarza.
_________
edit. 22:40
Rano wszystko poszło całkiem sprawnie. Wizyta w przychodni (włącznie z jazdą w obie strony) trwała około 30 minut. Chirurg szybko wyczyścił ranę na kości ogonowej (w poniedziałek była jeszcze tylko straszna – teraz dziura zrobiła się chyba aż do kości – makabra, jak to się szybko rozwija), pielęgniarki założyły opatrunki. Babka wszystko zniosła cierpliwie i bez oporu, pojękując jedynie z cicha od czasu do czasu.
– Taką ranę bardzo trudno wyleczyć – uprzedziła starsza z pielęgniarek. – Pewnie już do końca będą z tym problemy.
Młodsza poleciła preparat do picia (z białkiem, coś a la jogurt) dla chorych z odleżynami („Mamie to kupowałam”). Lekarz przepisał opatrunki na dwa tygodnie. Pewnie oceniając ogólną kondycję babki i jej wiek uznał, że na dłużej nie ma potrzeby. Ogólnie pełen profesjonalizm. Aż mimo wszystko spojrzałem na sytuację z lekkim optymizmem. Bo wreszcie coś się zaczęło robić w kierunku poprawy kondycji babki.
Gdy wróciliśmy do domu szybko załatwiłem co trzeba w aptece i zadzwoniłem do mamy, żeby ją uspokoić i powiedzieć na czym stoimy. I z rozpędu zacząłem nawet czytać świeżo przyniesioną przez listonosza „Calypso” Davida Sedarisa. Wybuchając momentami głośnym śmiechem, bo rzecz okazała się tak zabawna, jak głosili recenzenci niedzielnej Czytelni (PR2).
A później chwilę podrzemałem (babka spała spokojnie od powrotu z wycieczki), przygotowałem babce śniadanie… i natrafiłem na mur twardo zaciśniętych warg. Nawet do wypicia kawy nie udało mi się jej przekonać.
Normalnie wszystkiego się odechciewa.



