Wracam ze wsi z pięcioma litrami wstępnie rozgotowanych jabłek i po południu odpoczywam przy prodiżu, dogotowując marmoladę. Prawdopodobnie przeholowałem deko z cukrem i będzie za słodka, ale to tylko dla mnie do jedzenia, więc żadna bieda.
O spotkaniu w Loży (17:00) mogę napisać jedynie, że było jakieś takie chaotyczne i mało profesjonalne. Zabrakło konkretnej osoby prowadzącej i dopracowanego scenariusza. Miejscowy artysta, który zrobił ilustracje do tomiku „Laura na poważnie”, opowiedział o swojej pracy (rysował pastelami, inspiracje znalazł w Gdańsku). Młodszy z synów Łozińskiej podzielił się kilkoma wspomnieniami o matce. Jakieś panie wyrecytowały kilka wierszy. Później trochę na siłę ściągnięto do mikrofonu Czesławę Dąbrowska, koleżankę (też polonistkę) Łozińskiej z ogólniaka. Głos zabrało parę osób z sali… Nie wiem, obecnym może taka nieformalna formuła odpowiadała. Wszyscy, a przynajmniej większość, sprawiali wrażenie zaznajomionych i mieli w sumie coś bardziej jak spotkanie znajomych emerytów². Kupiłem tomik „Laura na poważnie” i wydany wcześniej „Humor Laury” (przegapiłem promocję pierwszego wydawnictwa, chociaż była w mojej bibliotece¹), skorzystałem umiarkowanie z bufetu³ (do kieliszka białego wina zjadłem kawałek piernika i pączka w stylu amerykańskim, z dziurką w środku i kolorową posypką) i szybko zmyłem się do domu.
______
¹ Pewnie dlatego, że organizatorem było Towarzystwo Miłośników Kętrzyna, a biblioteka udostępniała jedynie salę, więc się nie poczuwała do obowiązku rozreklamowania wydarzenia.
² Pucułowaty i Tytus – bo byli obaj – robili za młodzież. Ze znajomych (z widzenia) widziałem jeszcze Czarną Arogancką.
³ Przebijając się przez tłum w stronę stołu, mijam panią Rutkowską i się oczywiście grzecznie kłaniam.
– Przypomnij! Skąd ja cię znam!? – tym razem pani Bronia nie wytrzymała i zamiast odpowiadać na dzień dobry, zaatakowała mnie pytaniem.
– A nie – uspokoiłem kobietę. – My się nie znamy. To znaczy, znamy się tylko z widzenia. Byłem uczniem pani siostry. Ale panią pamiętam jeszcze z internatu, ze stołówki, gdy przychodziła pani na obiady.
– W latach pięćdziesiątych?
„Jezus Maria! Aż tak staro chyba nie wyglądam?”
– Nie, aż tak dawno to nie. W połowie osiemdziesiątych.















