Pada rano.
Pada przed południem i po południu, gdy dodatkową atrakcją są pomruki odległej burzy. Temperatura nie przekracza 18 °C.
Mama była już spakowana na przyjazd do miasta, ale zmieniła plany, wychodząc przed siódmą po chleb.
– Dopóki babcia żyła przyjeżdżałam co tydzień. Pomogłam, nie pomogłam, ale trzeba było. Teraz już nie muszę – wyjaśnia, gdy rozmawiamy o dziesiątej przez telefon.
– A leków jeszcze mamie wystarczy? – pytam. Bo to, co wybrałem z ostatniej recepty, czeka w szufladzie kredensu od początku miesiąca.
– Tak, mam jeszcze całe opakowanie.
Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ
niedziela 28 maja 2023 r.
Kętrzyn – Św. Lipka
Budzik w komórce dzwoni o 5:30. Zastanawiam się przez moment nad dalszą drzemką, ale dodatkowe dziesięć minut nic mi przecież nie da. Wstaję. Parzę mocną herbatę i robię do śniadania dwie kanapki z paprykarzem. Później pakuję do jeansowej kurtki po dwa batony z musli do kieszeni zewnętrznych oraz po butelce wody do wewnętrznych. I spisuję z notesu cztery adresy, gdyż ewentualnie zakupione karty postanawiam wysłać bezpośrednio ze Św. Lipki. Zabieram też długopis, komórkę, aparat fotograficzny. Byłoby wygodniej zapakować wszystko do skórzanej szkolnej torby (antyk z początku lat 90. zeszłego wieku), wożonej zawsze na Parady, ale może przy pielgrzymce nie wypada? Nie byłem nigdy, to nie wiem, jak tam się ludzie noszą.
Z domu wychodzę około 6:20. Dziesięć minut to aż nadto na dotarcie do małego kościoła. Jest słonecznie, ale termometr pokazuje tylko 10 stopni. I w cieniu ten nocny chłód utrzyma się nawet po południu. Na parking przy Traugutta zajeżdża akurat autokar – jak się później okazało – pełen pielgrzymów z Giżycka, którzy będą szli razem z nami do Św. Lipki.
Zbiórkę pielgrzymów wyznaczono na 6:30. Przed św. Katarzyną jest może ze dwadzieścia, trzydzieści osób. Proboszcz wita serdecznie wszystkich przybywających. Manewruję w tumie tak, by być zawsze trochę z tyłu i uniknąć tych serdeczności. Pielgrzymkę poprowadzi ksiądz Kamil, zwalisty wikary z przaśnym – jak wyszło w trakcie marszu – adekwatnym do wyglądu poczuciem humoru. Przed wyruszeniem w drogę zachodzimy jeszcze do kościoła na modlitwę i kilka porządkowych ogłoszeń.
Granice Kętrzyna opuszczamy tuż po siódmej. W nogach mamy już prawie trzy kilometry, przed nami kolejnych dziesięć. Pierwsze refleksje: tempo na ulicach miasta było zdecydowanie zbyt szybkie. I nie myślałem, że tak ciężko połączyć energiczny marsz z kościelnymi pieśniami. Śpiewanie sprzyja zadyszce i potęguje zmęczenie.
Kwadrans po siódmej mijamy Trzy Lipy. Próbuję robić jakieś zdjęcia, przeważnie z góry, z maksymalnie wyciągniętej ręki, na ślepo. Wychodzi, co wychodzi, w sumie nic ciekawego. Przy Paradzie bym swobodnie kursował wzdłuż kolumny w te i nazad, tu nie mam śmiałości, ani za bardzo potrzeby. Idę aby iść, przez całą drogę trzymam się bliżej końca pielgrzymującej gromadki.
Następną miejscowością na trasie są Biedaszki. Przy pierwszej pracy z panem K. pokonywałem tę drogę codziennie w obie strony, ale dawno to było i od tego czasu w okolicy zaszły spore zmiany. Refleksji ciąg dalszy: odmawianie różańca jest w marszu o wiele mniej męczące od śpiewania. Człowiek idzie, klepie pacierze, nie myśli. Tzn. ja nie myślę, prawdziwi pielgrzymi pewnie rozpamiętują tajemnice i własne pielgrzymkowe intencje.
Po ósmej mijamy Pudwągi, które ciągną się wzdłuż drogi przez kilka minut (następne na trasie Pieckowo jest jeszcze dłuższe). Na rozwidleniu za wsią przewidziano czas na postój, pół godziny na odpoczynek i drugie śniadania. Ksiądz Kamil cały czas przypomina, by trzymać się prawej strony drogi i przestrzegać przepisów ruchu. I zachęca do poznawania osób, które idą razem z nami, po prawej, czy po lewej. A ludzi idzie sporo, dobrze ponad setka. Spod św. Katarzyny wyruszyło nas o wiele mniej, autokar pielgrzymów z Giżycka i miejscowych drugie tyle, ale na trasie dołączali kolejni chętni i się uzbierało.
Wpół do dziewiątej mamy zapowiedziany popas. Za nami mniej więcej połowa pielgrzymkowej trasy.
Rozsiadam się wygodnie na poboczu pod lasem, zjadam dwa batoniki, nawadniam, ściągam buty i pozwalam odetchnąć stopom. Jestem lekko zmęczony marszem i pogodą, ale daję radę. Codzienne spacery trochę mnie przygotowały do tego wyjścia. Dzwonię do mamy powiedzieć, gdzie jestem. Wspominałem jej wcześniej, że się wybieram na odpust do Świętej Lipki, ale nie mówiłem, że na piechotę.
Ostatnią miejscowość przed Św. Lipką jest Pieckowo. Mijamy wieś dobrze po dziewiątej. W jednym z ostatnich gospodarstw u wylotu dobrzy chrześcijanie częstują spragnionych pielgrzymów wodą i innymi napojami. Popas był dopiero co, ale ludzie są złaknieni darmowego poczęstunku. Sam też korzystam z okazji i dolewam wody z cytryną do jednej, opróżnionej już butelki po mineralnej.
Tuż za wsią była moja pierwsza wspólna budowa z panem K. wtedy na wolnej przestrzeni, sporej łące pod lasem. Teraz wszystko tak zarosło drzewami, że z trudem udaje mi się wypatrzyć dach budynku, czerwieniejący wśród dorodnych brzóz, czy innych olch (klonów może?).
Po różańcach i porcji czerstwych żartów ksiądz Kamil opowiada o swojej drodze do kapłaństwa. Słucham i czuję się jak przy lekturze jednej z pobożnych książek prababki Marianki, tej z budującymi opowieściami o cudach maryjnych. Bo tutaj też jest o ciężkiej chorobie, ostatnim wybłaganym zastrzyku, który lekarz dawał bez żadnej nadziei i modlitwie z ofiarowaniem dziecka na służbę Maryi, która okazała swoją skuteczność. Nie wiem, może i prawdziwe to wszystko, ale i tak lekko żenujące całkowitym oderwaniem od współczesności.
Na plac przed bazyliką w Św. Lipce docieramy dwadzieścia po dziesiątej. Msza odpustowa została zaplanowana na jedenastą, czyli czasu mam akurat na krótki odpoczynek i zakup pocztówek. Na mszy właściwie nie planowałem zostawać, ale jak już przysiadłem pod murem dla wypisania pocztówek, tak i pod nim zostałem aż do procesji na zakończenie nabożeństwa. Trzynaście kilometrów pielgrzymki chyba jednak zmęczyły mnie bardziej, niż byłbym skłonny to przyznać. A w każdym razie zgasiły moją chęć do dalszego łażenia (a miałbym do zagospodarowania dwie godziny) i podziwiania bazyliki, czy okolicy.
Wg regionalnej telewizji na odpuście było kilka tysięcy osób. Nie jestem przekonany, ale może i było.
Odjazd autobusów do Kętrzyna zaplanowano na 13:00 i 13:10. Wsiadam w pierwszy, już dość zapełniony, ale znajduję jeszcze kawałek miejsca do siedzenia na obudowie czegoś tam (silnika?).
Więcej zdjęć ➽ ➽ ➽





































