Jedna większa różnica między poniedziałkiem a wtorkiem, że babka nie je też śniadania. W pogodzie niewielkie fluktuacje. Mży, ale na tyle nieintensywnie, że nawet kaptura na głowę nie naciągam, gdy po południu wychodzę do pawilonu (Gama, dawniej Nemezja¹) po Somersby i chipsy. Nad kupnem „Stówki” nadal myślę (bardziej gdzie, niż czy w ogóle), ale wziąłem już na Allegro zbiór esejów (Boże mój, esejów!) Jurka i tom Pawła Nowaka kończący jego opowieść o warszawskich gejach (prawie czysta grafomania², ale przynajmniej wiem, że przeczytam). Pod wieczór³ babkę wyrywa ze snu jakiś koszmar i jej dramatyczne „Leone! Leone! Leone!…” odrywa mnie od spokojnego netowania. „To tylko sen. To tylko sen. To tylko sen…” mantruję przez kilka minut, nim udaje mi się ją uspokoić. „Sen, sen, sen…’ – powtarza wreszcie. A później jest jeszcze „Albin, Albin, Albin…” i „Tragedia, tragedia, tragedia…” też w sekwencji powtórzeń. Całość pozwala mi zgadywać, że średni z braci jej się przyśnił.
________
¹ A jeszcze dawniej, w początkach istnienia (w latach 70. zeszłego wieku), pawilon „Jubileuszowy”, ozdobiony pierwszym w mieście kolorowym neonem.

² Może jednak nie powinienem pisać tak kategorycznie niepochlebnie o tym tomie „Cudzego życia”? Autorowi byłoby pewnie przykro, gdyby trafił nieszczęśliwym trafem na tę wzmiankę.
³ W okolicach dwudziestej drugiej, więc już bliżej nocy, ale brak zwrotu „pod noc” się nie używa.



