Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Kwiatokosy’

Po chleb wychodzę dopiero po trzynastej. Mam jeszcze kawałek razowca z poniedziałku i nie muszę się spieszyć. Pieczywo u Mistrza Jana już się prawie rozeszło, ale mój chleb z suszonymi pomidorami nadal jest. W cenie 7,20 zł za bochenek. W poniedziałek kosztował tylko 6,60. Niefajnie, bo z końcem marca kończy się zerowy vat na żywność, czyli cena jeszcze podskoczy. Mógłbym (powinienem) się pocieszyć medialnymi doniesieniami, że gospodarka ma się dobrze, a inflacja jest nawet mniejsza, niż zakładano, ale nie potrafię.
Przed siedemnastą wychodzę do zamku na prelekcję o pieniądzach i propagandzie (propagandzie na pieniądzach), wygłaszaną przez autora książki o banknotach zastępczych w roku plebiscytowym 1920 na Warmii, Mazurach i Powiślu (prelekcja w ramach premiery wydawniczej). Ojca by to pewnie bardziej zainteresowało i chciałby publikację. Spotkanie trwa półtorej godziny, dopiero po powrocie do domu zauważam, że włosy z tyłu głowy sterczą mi na wszystkie strony. Rano nie czesałem się w ogóle? Spóźniłem się deko na wykład (straciłem część, w którym przedstawiono osobę prelegenta), więc po wejściu na salę zajmuję pierwsze wolne miejsce z brzegu, w drugim rzędzie od końca. W pierwszym siedział SJP, w trzecim dyrektorka muzeum. Fatalnie wybrałem. I jeszcze ta fryzura. Wstyd zwłaszcza przed SJP, bo on taki ładny. Wiem, odczucie całkiem nieracjonalne, ale co poradzić, skoro czuję, jak czuję?
Na obiad smażę frytki. Wyrabiam się akurat przed odcinkiem (ostatnim) „Kwiatokosów”. Wieczorem, zamiast doczytywać baśnie Grimmów, oglądam dwuczęściowy niemiecki dramat¹ „Hotel Europa” (Das Weiße Haus am Rhein. 2021). Opowieść rozpisana na normalny, kilkuodcinkowy serial (dwa, trzy sezony po 10 odcinków) byłaby nawet ciekawa. W formie maksymalnie skondensowanej, bez znaczników wskazujących na upływające lata, z bohaterami, którzy wyglądają identycznie i w roku 1918 i dwadzieścia lat później, po dojściu Hitlera do władzy, nie budzi większych emocji, bo nie daje szans na poznanie bohaterów, zrozumienie, czy polubienie. Jeden plus to ładne widoczki Renu w okolicach Drachenfels (tam Zygfryd zabił smoka) i scenografia.

__________________________
¹ Dałem się złapać na reklamę obiecującą tajemnicę, która się jednak okazała tajemnicą nie taką, jakiej bym oczekiwał.

Read Full Post »

Popołudnie ponurawe, deszczowe, leniwe. Po szesnastej wyłączam radio, zirytowany wpuszczeniem na antenę Dwójki (PR2) jakichś fanatyczek, walczących o ochronę klimatu za pomocą zupy wylewanej na dzieła sztuki. Przed siedemnastą wychodzę do muzeum, wysłuchać kolejnego wykładu Akademii 2024, tym razem o stosunku protestantów do sztuki sakralnej. Obiad jem po powrocie z zamku, usmażone na szybkiego frytki. Wkurz na radio nadal mnie trzyma (nie powinno się udostępniać anteny fanatykom!), przez co zapominam o odcinku powieści Szczygielskiego. Za to doczytuję wreszcie bildungsroman Zannoniego („Moje głupie pomysły”). O 21:35 włączam telewizor na drugi odcinek tęczowego TVN-owskiego show.
Bez uroku nowości, intensyfikacji doznań wynikającej z samego faktu pierwszego zetknięcia, „Czas na Show. Drag Me Out” ani bawi, ani irytuje. Oglądam odcinek bez większego zainteresowania i nie mam najmniejszych chęci, by dzielić się wrażeniami z tego oglądania, bo wrażenia są równie silne, jak zainteresowanie.
Publiczność bez większego wysiłku ignoruję, ledwo rejestruję jej obecność i „entuzjastyczne” reakcje. Jurorzy, wiarygodni i autentyczni niczym PRL-owski bukiet sztucznych kwiatów z najordynarniejszego plastiku, już prawie mnie nie irytują. Ot grają, słabiutko grają i to wszystko. Jedną prowadzącą, Mery Spolsky, mam jeszcze momentami chęć kopnąć w dupę, ale trzeci odcinek, o ile się w ogóle zdecyduję na obejrzenie trzeciego odcinka, pewnie i na jej zmanierowanie mnie uodporni. Do drugiej trójki uczestników i drag queen nie mam praktycznie zastrzeżeń. Dziadek-Przedsiębiorca dał radę. Tomasz Karolak jak to Karolak, kto lubi (ja w sumie lubię) i ten jego występ obejrzy z przyjemnością. Młody Ładny jako DQ byłby lepszy bez pszennego wąsa. Nie poświecił – trochę szkoda. Ogólnie – to nie moja rozrywka.

Read Full Post »

Bywały lepsze środy.
Rano zaspałem i obudził mnie dopiero telefon mamy.
Poobiednią drzemkę przerwał mi koszmar, w którym odstawiając swój kubek z Paddingtonem na wąską, ciemną półkę regału, wyszczerbiłem krawędź naczynia. Tak to mną wstrząsnęło, że aż zapomniałem przełączyć radio ze „Spowiedzi dziecięcia wieku” czytanej przez Grzegorza Damięckiego (PR2) na „Kwiatokosy” Marcina Szczygielskiego w interpretacji Lidii Sadowej (PR1).
Wieczorną kąpiel znów mam zbyt późno, dopiero po serialu „Panhandle”.
A do książek z biblioteki kolejny dzień nie zajrzałem w ogóle. Miałem doczytać obie i zwrócić przed spotkaniem z Żulczykiem (przy okazji), ale to się już raczej nie uda.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

W niedzielę dorobiłem trochę zdjęć do albumu, chociaż nie wykorzystałem jeszcze wszystkich z wcześniejszego spaceru.

Tu było, tu stało (IV)

ul. Daszyńskiego (d. Moltkestrasse). Po lewej, w głębi, widać sklep piekarniczy Mistrza Jana.
ul. Daszyńskiego (d. Moltkestrasse). W ogrodniczym malują elewację.
Róg Daszyńskiego i Wileńskiej (d. Georgenthal). Dawna palarnia kawy, obecnie „MAJONEZY” Spółdzielnia Pracy Produkcyjno-Handlowa, wytwórca najbardziej znanych z kętrzyńskich produktów, majonezu i piernika.

ul. Daszyńskiego (d. Moltkestrasse).

Zakład „Społem” powstał w 1945 r. i produkował kawę naturalną i zbożową W 1962 r. wybudowano majonezownię i tak narodził się Majonez Kętrzyński.

ul. Daszyńskiego (d. Moltkestrasse). Charakterystyczna grafika z sylwetką kościoła św. Jerzego (ta na muralu) zdobiła kiedyś produkty zakładu.
ul. Daszyńskiego (d. Moltkestrasse). W parterowym budynku, obecnie mieszkalnym, jeszcze w latach 90. zeszłego wieku działał niewielki sklep masarski, w którym babka kupowała mięso.
Róg Daszyńskiego i Powstańców Warszawy (d. Wilhelmstrasse; po 1938 roku Strasse der SA). Kiosk jeszcze (nadal) stoi, ale od dawna jest już nieczynny. Do kupienia, jeśli się trafi frajer.
Widok od strony kiosku, po przekątnej. Na tym rogu Daszyńskiego i Powstańców Warszawy (d. Wilhelmstrasse; po 1938 roku Strasse der SA) stała synagoga, spalona w trakcie nocy kryształowej (Kristallnacht z 9 na 10 listopada 1938 r.).
Dwujęzyczna tablica wmurowana w chodnik na rogu bloku, upamiętnia fakt istnienia w tym miejscu synagogi. Na górze cytat z Biblii:

Panie! Umiłowałem mieszkanie domu Twego i miejsce przebywania chwały Twojej. Psalm 26,8

ul. Powstańców Warszawy (d. Wilhelmstrasse; po 1938 roku Strasse der SA). Na parterze, w lokalu po prawej (obecnie fryzjer) działał kiedyś sklep papierniczy, w którym kupowałem zeszyty i wkłady do długopisów. Dużo zeszytów, a wkładów jeszcze więcej.
ul. Powstańców Warszawy. W latach 90. w lokalu po papierniczym otworzono księgarnię. Prowadziła ją antypatyczna kobieta z zamkniętej księgarni na Sikorskiego. Czasem tam zaglądałem, ale nie pamiętam, żebym cokolwiek kupił. Raz coś już prawie miałem wziąć, ale przy kartkowaniu książki zauważyłem niezadrukowane strony (wada drukarska) i odłożyłem egzemplarz, jedyny dostępny interesującego mnie tytułu.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij