Mama przyjechała przed ósmą. Trzymając przed ojcem pełną tajemnicę, że zamierza nocować w mieście.
– Ale czemu tak? – zdziwiłem się.
– Zaraz by zaczął marudzić, że sobie nie poradzi. Nie wiem, czy on już taki stary i niedołężnieje, czy może na coś chory. Unika lekarza, więc trudno coś pewnego powiedzieć.
– Już całkiem dała sobie mama wejść na głowę! – stwierdziłem ucinając temat.
Babka przebudziła się jakoś wcześniej, więc już po dziewiątej zjadła śniadanie. Później jeszcze sam zdążyłem wypić kawę i zacząłem się szykować do wyjścia na dworzec. Wszedłem do łazienki, odkręciłem kran nad umywalką…
„A czemu to kapie z wężyka przy liczniku? – zaciekawiłem się. – Czyżby się odkręcił?”
Sięgnąłem ręką, by usunąć usterkę i wężyk został mi w dłoni, a obfity strumień chlusnął na łazienkę, momentalnie zalewając pół podłogi i mocząc mnie dokumentnie. Była 10:05, pociąg Marcina miał przyjechać o 10:30, a ja właśnie dostałem dodatkową atrakcję dnia w postaci awarii. Bo wężyk doprowadzający wodę nie odkręcił się, tylko skorodował od środka i obłamał, zostawiając gwintowaną część w zaworze, tak że sam (bez odpowiednich narzędzi) nie miałem najmniejszych szans, by się uporać z problemem. Normalnie tragedia!
– Może któryś z sąsiadów pomoże? – podsunęła mama
– O tej porze? Żaden nie jest hydraulikiem. Zresztą o tej porze nikogo nie zastanę w domu.
– A ten, co mieszka po Melce?
O tym gościu nawet nie pomyślałem. Poszedłem sprawdzić. Żona sąsiada akurat odbierała przesyłkę od kuriera, mąż („A tak, hydrauliką też się zajmuje”) coś tam gdzieś naprawiał przy samochodzie, ale sąsiadka przedzwoniła do niego spytać, czy może przerwać i pomóc („temu panu, co mieszka na górze z babcią” – RODO i brak wywieszek z nazwiskami lokatorów utrudnia jednak życie), bo brak wody w upalny dzień to jednak spory problem.
– Będę za dwadzieścia minut i ogarnę sytuację – facet obiecał od razu.
Mogłem więc spokojnie zostawić mamę na gospodarstwie i pędzić na dworzec. Zdążyłem na czas, nawet miałem jeszcze trochę zapasu i mogłem się rozejrzeć po książkach na regale bookcrossingu.
Z rozpoznaniem Marcina nie miałem najmniejszego problemu, bo sam do mnie podszedł, zresztą był chyba jedynym wysiadającym podróżnym w odpowiednim wieku. Na początek pochwaliłem się ładnie wyremontowanym dworcem i zaprowadziłem na wystawkę poświęconą regionalnym tradycjom kolejowym. Później Marcin się ochronnie namaścił przed słońcem (może nawet nie bardzo intensywnym, ale przygrzewającym niezgorzej) i zaczęliśmy wycieczkę po mieście. Zamek (muzeum) okazał się być otwierany dopiero o dwunastej, więc na pierwszy ogień poszło zwiedzanie obszaru dawnego starego miasta i kościół św. Jerzego (bez wchodzenia na wieżę i podziwiania panoramy Kętrzyna, bo Marcin nie wydobrzał po kontuzji kolana). Po wyjściu z bazyliki sprzedałem jeszcze opowieść o najznaczniejszym niemieckim poecie urodzonym w Kętrzynie (Arno Holz) i najgłośniejszej miejscowej zbrodni czasów międzywojennych, zrobiliśmy zakupy u Mistrza Jana (budynki związane z poetą i zbrodnią są w sąsiedztwie piekarniczego) i zaprosiłem Marcina do domu na kawę. Mama miała pewne obiekcje przed podejmowaniem gości w dobie pandemii koronawirusa, zwłaszcza takich przyjezdnych ze Śląska. Ale gdy przyszło co do czego, zamiast wycofać się bezpiecznie do pokoju, wdała się z Marcinem w swobodną konwersację (drobne przesłuchanie), co pozwoliło mi lekko odpocząć. Na co dzień mówię jeszcze mniej, niż się ruszam, a oprowadzając kogokolwiek po mieście poczuwam się do obowiązków dobrego przewodnika i opowiadam, co wiem o mijanych obiektach.
Po dwunastej wychodzimy do muzeum. Na pokazie multimedialnym o historii miasta był już komplet (z wiadomych powodu ograniczono widownię do 15 osób), obejrzeliśmy więc tylko stałe wystawy (tutaj remont niewiele zmienił): sztuki dawnej w reprezentacyjnej sali na parterze, oraz o przeszłości miasta i regionu, z masonikami, kącikiem Kętrzyńskiego i gablotką XVIII wiecznych książek z biblioteki pałacowej w Arklitach, które kilka lat temu ktoś wyrzucił w Olsztynie do śmietnika. Zeszła nam w zamku przynajmniej godzina. Później Marcin kupił sobie magnes na lodówkę (pewnie nie ma świadomości, że mieszkanie z takimi magnesikami nigdy nie będzie wyglądało elegancko i zamożnie) w kiosku z pamiątkami przed zamkiem, przegadując przynajmniej dziesięć minut z kioskarką (gdyby nie tworząca się kolejka i moja interwencja, rozmowa trwałaby dłużej) i ruszyliśmy w miasto. Trasą wzdłuż murów obronnych (w zieleniaku u pani Doroty kupujemy wodę, niestety butelki nie były z lodówki) przeszliśmy do loży masońskiej, dalej były dwa neogotyckie budynki – starostwo i ogólniak – oraz miejsce po spalonej synagodze, ratusz i plac z pomnikiem Kętrzyńskiego. W „Kardamonie” (restauracja w piwnicach ratusza) zasięgamy informacji w kwestii obiadu – Marcina interesują dania regionalne – i usatysfakcjonowani odpowiedzią zapowiadamy powrót za godzinę czy półtorej, po obejrzeniu jeszcze kawałka miasta. We wspomnianym kawałku zmieścił się kościół św. Katarzyny (tradycyjnie zamknięty, wnętrze do podziwiania przez kraty), spacer wokół jeziorka z krótkim przysiadem w altanie na molo, co było zwłaszcza mnie potrzebne, bo zaczynał mnie wykańczać parny upał. Wizytę w stadninie Marcin sobie darował, na amfiteatr rzucił okiem z daleka i poszliśmy coś przegryźć.
„Kardamon” powitał nas miłym chłodem. Rozsiedliśmy się wygodnie w środku. Po krótkim zastanowieniu Marcin wybrał dania, a ja powtórzyłem jego zamówienie i czekając na rybną zupę oraz gulasz na babce ziemniaczanej, zajęliśmy się swobodną rozmową, popijając chłodne piwo i wypisując karki z pozdrowieniami. Rozmowa wiadomo, kręciła się głownie wokół fantastyki i znajomych forumowiczach. Że było to w „Kardamonie”, nie mogłem nie wspomnieć o mojej wizycie z Bolevitchem w tym lokalu, z której bardziej niż deser i rozmowa utkwiło mi w pamięci spotkaniem z wydziaranym złodziejem, przyłapanym przez obsługującą nas kelnerkę z ręką w kasie.
Po obiedzie przeszliśmy się jeszcze trochę po placu Piłsudskiego (przypomniałem sobie o ławeczce Kętrzyńskiego przy fontannie) i okolicznych ulicach, a później niespiesznie ruszyliśmy na dworzec. Pociąg wbrew obawom Marcina przyjechał o czasie. Pożegnaliśmy się bez zbędnych czułości. Marcin wsiadł do wagonu, a ja nie czekając, aż skład odjedzie (planowo 16:50) wróciłem do domu, gdzie od razu wykapałem się, nawodniłem i padłem, pokonany zmęczeniem i bólem głowy.
Posts Tagged ‘Kardamon’
Dzień dwa tysiące trzysta dwudziesty szósty (wtorek)
Posted in Forum, Lepszy rydz niż nic, Łatka, tagged awaria, ból głowy, Bolevitch, dialog, Kardamon, koronawirus, Kętrzyn, mama, Marcin, ojciec, Pers bez skóry, pogoda, sąsiedzi, wycieczka po mieście, łazienka on 28 lipca 2020| 22 Komentarze »
Między Gdańskiem, a Białymstokiem (12:07-19:35)
Posted in Lepszy rydz niż nic, Z fotopuszki, Łatka, tagged Abramasia, babka, Bolevitch, dworzec, Eadweard Muybridge, Kardamon, kościół św. Jerzego, Kętrzyn, mama, naleśniki, pierogi, spacer, Stephen, wizyta, zdjęcia on 22 sierpnia 2014| 12 Komentarzy »
Środa, 20 sierpnia 2014
Poranek normalny: śniadanie, leki, zakupy. Przed jedenastą przyjeżdża mama, a ja szybko gonię po pierogi do „Ireny”. Wybór jest spory. Biorę po piętnaście sztuk (ok 30-40 dkg) z każdego wegetariańskiego rodzaju.
Za kwadrans dwunasta wychodzę na dworzec. Mam blisko, nie spieszę się. Nawet jeszcze przez chwilę rozmawiam z sąsiadką w drzwiach na klatkę schodową („Był pan może na cmentarzu, na grobie Ireny? Ponoć cały założony jakimiś starymi wieńcami”). A później pstrykam fotki po drodze.
Na dworcu jestem sporo przed czasem. Budynek w kapitalnym remoncie. Jeśli wierzyć wizualizacji po przebudowie stanie się prawdziwą wizytówką miasta.
Na drugi peron wjeżdża pociąg z Węgorzewa. Fotografuję z myślą o znajomych maniakach transportu pasażerskiego.
Wagony składu leciwe i jakieś takie obskurne, więc pewnie zabytkowe. Dodatkowa atrakcja dla turystów korzystających z otwieranej tylko na czas wakacji linii?
Wreszcie jest pociąg z Gdańska.
Moich gości w niezbyt gęstym potoku wysiadających lokalizuję z daleka, baz najmniejszych problemów. Abramasia tradycyjnie w odcieniach zieleni. Nie zmieniła się wiele od naszego ostatniego spotkania. A Stephen wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciach, które widziałem na FB.
Idziemy niespiesznie do domu zostawić bagaże.
Później jest obiad. Rozmowy. Abramasi wystarcza, że słucham, więc nie muszę się martwić o temat konwersacji. Stephen więcej milczy, nie czując się pewnie ze swoją znajomością polskiego.
Mama jest lekko zaaferowana. Babce ze zdenerwowania (że zacznie kaszleć i będzie przeszkadzać) aż ciśnienie się podniosło.
Po godzinie zabieram gości na spacer po mieście. Zaczynamy od powrotu na dworzec celem kupna biletu na dalszą podróż.
Później jest powrót na stare miasto, bazylika św. Jerzego, oglądanie Kętrzyna z kościelnej wieży.
Pierwszą część zwiedzania wieńczymy deserem w „Kardamonie”. Biorę mrożony nugat w piernikowej otoczce z sosem z czarnej porzeczki. 50% atrakcyjności w opisie. Abramasia decyduje się na sorbet (truskawkowy?), a Stephen na kawałek kętrzyńskiego piernika (porcja zdecydowanie zbyt mała). Przy wizycie z Bolevitchem było smaczniej. Siedzimy za to wygodniej, bo na kanapie. Rozmawiamy o życiu w Anglii, wspólnych znajomych. Tak gdzieś przez godzinę.
W drugiej część spaceru pokazuję gościom amfiteatr. Później mijamy jeziorko i zahaczając o schrony przy rondzie Solidarności zaglądamy do Stada Ogierów.
Ostatnia godzina (18-19) to spokojny odpoczynek w mieszkaniu i kolacja. Przydały się naleśniki nasmażone rano przez mamę. Po dziewiętnastej wychodzimy na dworzec. Dostaję jeszcze przed pożegnaniem słoik angielskiej marmolady w prezencie (sam nie pomyślałem, by coś przygotować dla gości). I już na dworze trójwymiarową kartkę z szermierzami Eadwearda Muybridge’a.
Piątek
Posted in Forum, Lepszy rydz niż nic, tagged babka, Bolevitch, Kardamon, odsyłacz, pogoda, randka, złodziejaszek on 10 stycznia 2014| 26 Komentarzy »
Zanim wstałem, zjadłem śniadanie i uporałem się ze sprzątaniem po wyrzuceniu choinki (przy ściąganiu bombek i światełek z drzewka opadły wszystkie igły – na śmietnik wynosiłem goły badyl) trzeba było się już szykować na randkę.
Bolevitch w służbowej podróży zahaczał o Kętrzyn i zaproponował spotkanie. Skwapliwie korzystam z propozycji i już o 14 czekam na skarpie przy placu Zamkowym, wypatrując wozu swojego gościa. Jakoż i po chwili nadjeżdża coś dostawczego, w czym trafnie domyślam się wyglądanego obiektu.
Bolevich prezentował się tak, jak na zdjęciach i jednocześnie trochę inaczej, niż się spodziewałem. Wydał mi się wyższy, szczuplejszy, starszy, chyba lekko zmęczony dniem w rozjazdach.
Powitanie wypadło lekko sztywno (nerwowo?), deszcz padał coraz mocniej. Po krótkim zastanowieniu odrzucamy spacer i zakotwiczenie u mnie (proponuje, choć rozgardiasz i sterta na środku pokoju nie zmniejszyła się od wczoraj nawet o jedną książkę). Zostaje wybór jakiegoś lokalu i stolikowanie przy kawie i soczku.
Pobliską „Maleńką” dyskwalifikuje kulinarnie nieciekawy deser zjedzony onegdaj w towarzystwie Regysky’ego. „Magnolię” mijamy, zanim zdążyłem sobie o niej przypomnieć. Ostatecznie pada na reprezentacyjny (z racji posadowienia w piwnicach ratusza) „Kardamon”.
Zajmujemy ustronny stolik, kelnerka przynosi menu (zbytek łaski – bez okularów w nieintensywnym oświetleniu lokalu jestem ślepy, jak kret, więc ostatecznie i tak proszę o polecenie czegoś słodkiego, a smacznego), zamawiamy napoje i deser (jabłka zapiekane w cieście francuskim z gałką lodów wanilinowych i sosem cynamonowym), a później blisko (ponad?) godzinę rozmawiamy z większym i mniejszym zaangażowaniem. Zabrakło momentów krępującego milczenia, czas mi się nie dłużył, ze swojej strony mogę więc uznać spotkanie za satysfakcjonujące. Atrakcja w postaci pomocy w ujęciu złodzieja, czyniącego nieudany zamach na kasę lokalu, dodała wydarzeniu drobnego smaczku.
Po deserze zrobiliśmy jeszcze krótki spacer w okolice amfiteatru. Próba zwiedzenia zamkowego muzeum skończyła się niepowodzeniem, bo dolną salę tzw. „rycerską” (z najciekawszymi eksponatami) właśnie szykowano na sobotnią konferencję popularnonaukową poświęconą fizykowi Wilhelmowi Wienowi (w 150 rocznicę urodzin).
Około 15:40 pożegnałem się z Bolevichem na placu przed zamkiem, zrobiłem jeszcze szybkie zakupy w Nemezji i wróciłem do zaczynającej się już lekko niepokoić babki („Tyle czasu cie nie było. Zaczynałam się martwić, ze może jakiś wypadek miałeś”).





















