Wyż Werner przyniósł nad Polskę słoneczną pogodę i 12°C. Niestety rosnące ciśnienie (do 1028 mb) tym razem dało mi się we znaki. Od rana noszę się z bólem głowy, niezbyt intensywnym, ale uciążliwym.
A może to nie pogoda, tylko rozmowa z ciotką Janką podniosła mi ciśnienie? Jechała właśnie na rodzinne groby i zadzwoniła z drogi, żeby uprzedzić¹, że będzie na wsi za dwie godziny. Przy okazji zaczęła jakieś kocopoły opowiadać o stawianiu nowych nagrobków.
– Jarek był teraz na cmentarzu i powiedział, że zmieni dla ojca. I babci nowy postawi.
„Taki bogaty, a tylko na trzy znicze² było go stać? Już widzę te nagrobki”.
– Skoro ma chęć, niech zmienia.
Po śniadaniu gotuję gar kompotu z jabłek przywiezionych od mamy. Dla kwaśności dorzuciłem dwie pigwy, chyba niepotrzebnie, bo kompot wyszedł kwaśny jak ocet.
Obiad jem późno, po siedemnastej. Usmażyłem frytki, zużywając resztę ziemniaków kupionych ostatnio w zieleniaku. Później prawie przez godzinę kroję przywiezioną pigwę. Mama narwała owoców hojnie, chciałem na dwa litrowe słoiki, zasypałem cukrem cztery.
Po dwudziestej słucham wstępu do „Latającego Holendra” (PR2, rozmowa Doroty Kozińskiej z Marcinem Majchrowskim) i nawet uwertury. Na więcej Wagnera zabrakło mi samozaparcia. Po kąpieli wyłączam radio, odpalam na YouTUBE przypadkowy przebój Abdela Halim Hafeza i słuchając klasycznych arabskich brzmień, zanurzam się w leniwym netowaniu.
__________________
¹ Mama miała farta, rano zajęła się praniem i gdy ciotka telefonowała do niej po ósmej, była akurat na strychu wywiesić pościel.
² Grobów rodzinnych na wiejskim cmentarzu mamy pięć.



