Dzień jest ponury, ale dość ciepły. Temperatura rośnie powoli, od zera do 2°C, co chyba może wróżyć ocieplenie w marcu¹.
Prawie równo z dziesiątą² nawiedziła mnie Barbara. Na szczęście z wizytą krótką, tyle, co na wypicie herbaty³, bo już o 11:15 ma autobus na dalszą trasę. Żeby się czymś zająć, oprócz konwersacji, zabieram się od razu do obierania ziemniaków na zupę. Co bratowa wykorzystała skwapliwie (zdolna jest!) do skrytykowania męża, który nawet tego porządnie zrobić nie potrafi.
– Nawet gdy używa obieraczki, struga ziemniaki jak patyk, od siebie – stwierdziła. – Już mu nawet nic zwracam uwagi, bo to nic nie da. Dobrze, że w ogóle obierze.
– A to się w ogóle tak da użyć obieraczki? – dziwię się lekko. – Ja bym chyba nie potrafił.
Po piętnastej zaglądam na chwilę do biblioteki (mijany na dziedzińcu SJP kłania mi się grzecznie i wita z daleka. Bym chyba jednak wolał, żeby mnie nie traktował jak starszego pana) oddać książki i skorzystać z czytelni. Ostatnie niestety niezbyt mi się udało (a właściwie w ogóle), bo najstarsze roczniki „Tygodnika Powszechnego” mają w zbiorach z 2014 roku, a ja potrzebowałem numeru z 2008.
– Widocznie nikt nie potrzebował i nie korzystał, a niestety miejsca magazynowego nie mamy dużo – wyjaśnia bibliotekarka, choć to oczywistość, która nie wymagała żadnych wyjaśnień.
Wieczór (po krótkiej drzemce) spędzam na słuchaniu radia i netowaniu.
____
¹ Święta Łucja głosi, jaką pogodę styczeń przynosi.
² Zegar w pokoju akurat kończył wybijać godzinę (ale on się chyba odrobinę spieszy), a ja wybierać numer telefonu do mamy.
³ I nawet szklankę po sobie wymyła! Chyba cieszę się u bratowej większymi względami⁴, niż teściowa, bo u niej nigdy nie myje, a gości i pija herbaty o wiele częściej.
⁴ A ja taki podły jestem względem dziewczyny i obsmarowuję ją na blogu, ku uciesze gawiedzi. Wstyd!



