Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘zwątpienie’

Nic już z tego nie będzie.
Do tej pory zdarzały się u babki dni z marniejszym apetytem (a nawet bez apetytu), ale przy śniadaniu zawsze normalnie siadała na brzegu łózka i wypijała kubek kawy (Inki) z mlekiem. Teraz nie mogę jej posadzić nawet w łóżku, podpierając plecy zwałowaną kołdrę czy poduszki, bo zaraz zaczyna się zsuwać, zsuwając przy okazji opatrunek. Na leżąco ani pić, ani jeść nie chce. Mały łyczek soku, drobny kęs czegoś do jedzenia i koniec, zaciska usta i odmawia współpracy. Jedynie na winogrona daje się namówić, nawet te od sąsiadki (bez pestek, ale skórkę mają dość grubą, więc dzielę je na ćwiartki), ale ile da się przeżyć na samych winogronach?
Wczoraj wieczorem miała gorączkę, coś tam wycieka spod opatrunku, który trzeba zmieniać raczej co dwa niż trzy dni. Ogólnie jest jeszcze gorzej niż tydzień temu, gdy zacząłem myśleć o fachowej medycznej pomocy dla babki.
Gdyby to był kot, to już bym pewnie wiózł go do weterynarza na uśpienie, żeby (żebym?) się dłużej nie męczył. Z babką się niestety tak nie da.
Mamie napomknąłem tylko o gorące, resztę maksymalnie bagatelizując. I bez tego jest dość zgnębiona koronawirusem i obostrzeniami rządu (tu w grę wchodzi już zastraszenie). Rano znów usiłowałem ją przekonać do obywatelskiego nieposłuszeństwa i złamania zakazu wizyty na cmentarzu. Cmentarz rodzice mają pod lasem, w ustronnym miejscu, z wygodnym dostępem od zalesionej strony w postaci sporej dziury w ogrodzeniu. Nawet gdyby przed bramą stał policyjny radiowóz, gliniarze nie mają szans zobaczyć, że ktoś zapala znicze w dalszych rzędach grobów. Ale nie – zakaz to zakaz. A we wtorek pewnie na cmentarzu będą tłumy.

Dzień #2422.

Read Full Post »

Uzupełnię później. Notatki już mam w terminarzu. W tekście będzie o aktualnej domowej sytuacji. W środek wrzucę chyba cytat z Poetki. A zakończenie najpewniej podsumuję zdaniem:
Z tego wszystkiego aż mnie głowa rozbolała.
_________
edit. 22:03
Albo może kiedyś wrzucę tylko zdjęcie strony z terminarza.
_________
edit. 22:40
Rano wszystko poszło całkiem sprawnie. Wizyta w przychodni (włącznie z jazdą w obie strony) trwała około 30 minut. Chirurg szybko wyczyścił ranę na kości ogonowej (w poniedziałek była jeszcze tylko straszna – teraz dziura zrobiła się chyba aż do kości – makabra, jak to się szybko rozwija), pielęgniarki założyły opatrunki. Babka wszystko zniosła cierpliwie i bez oporu, pojękując jedynie z cicha od czasu do czasu.
– Taką ranę bardzo trudno wyleczyć – uprzedziła starsza z pielęgniarek. – Pewnie już do końca będą z tym problemy.
Młodsza poleciła preparat do picia (z białkiem, coś a la jogurt) dla chorych z odleżynami („Mamie to kupowałam”). Lekarz przepisał opatrunki na dwa tygodnie. Pewnie oceniając ogólną kondycję babki i jej wiek uznał, że na dłużej nie ma potrzeby. Ogólnie pełen profesjonalizm. Aż mimo wszystko spojrzałem na sytuację z lekkim optymizmem. Bo wreszcie coś się zaczęło robić w kierunku poprawy kondycji babki.
Gdy wróciliśmy do domu szybko załatwiłem co trzeba w aptece i zadzwoniłem do mamy, żeby ją uspokoić i powiedzieć na czym stoimy. I z rozpędu zacząłem nawet czytać świeżo przyniesioną przez listonosza „Calypso” Davida Sedarisa. Wybuchając momentami głośnym śmiechem, bo rzecz okazała się tak zabawna, jak głosili recenzenci niedzielnej Czytelni (PR2).
A później chwilę podrzemałem (babka spała spokojnie od powrotu z wycieczki), przygotowałem babce śniadanie… i natrafiłem na mur twardo zaciśniętych warg. Nawet do wypicia kawy nie udało mi się jej przekonać.
Normalnie wszystkiego się odechciewa.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij