Maja zadzwoniła po piętnastej, odrywając mnie od obiadu.
– To wybierzesz się z nami na wycieczkę? – od razu przystąpiła do rzeczy.
– A nie jest zbyt upalnie? – próbowałem niemrawej obrony.
– O siedemnastej wyjedziemy, to już powinno być w miarę przyjemnie.
– Sam nie wiem… Nie lubię takiego pożyczania. Rower się zepsuje pod moim ciężarem i będą nieprzyjemności. Co innego, gdybym jechał swoim.
– Jak się coś zepsuje, to Sławuś później naprawi. Nie zawracaj sobie tym głowy.
„Nie jestem pewien, czy Sławek podchodzi do tego na równym luzie – pomyślałem.
– To skoro zapraszacie jasne, że bym się przejechał – zgadzam się skwapliwie bez dalszego krygowania. – A jaka dziś trasa?
– Marek coś wymyślił. Trzy dwory za Gałwunami. Nie pamiętam dokładnie, ale do przejechania nie więcej, niż dwadzieścia kilometrów.
Wyszło w trakcie, że większość tych kilometrów biegła polnymi, szutrowymi, czy brukowanymi drogami. Mój pożyczony rower miał szerokie opony, w sam raz na takie trasy. Jednak i tak wypatrywanie asfaltu okazało się największą atrakcją, bo dwory, które mieliśmy podziwiać, prezentowały się średnio, żeby nie powiedzieć, że wcale.
Ale samo jeżdżenie po okolicy było fajnie.
Uzupełnienie z 2023.06.28
Jedziemy razem, ale każdy według własnego tempa, sił i możliwości, więc praktycznie osobno. Tylko zakochani trzymają się blisko siebie. Julia sunie gdzieś z tyłu. Ja różnie. Maciek przeważnie pruje hen wysforowany do przodu. Jeden raz porzucił pozycję przewodnika, gdy zjechaliśmy na całkowicie polną drogę z głębokimi koleinami (w mapach Google jej nie było, przez co miałem problemy z wykreśleniem trasy wycieczki), w których nie mógł się pomieścić swoim trójkołowcem.
Fotografuję okolice bez większego przekonania. Krajobrazy ładne, ale nie jestem pewien, czy na moich ujęciach będzie to widać.
W momentach jazdy w towarzystwie trochę rozmawiam. Z Markiem o trasie wycieczki, dworach (nazwa szumna), boreliozie i innych atrakcjach. Z pozostałą trójką przeważnie monotematycznie o szukaniu pracy (odpowiadam na zainteresowanie z ich strony i pytania o to, jak mi idzie), co już przyjemne zbyt nie jest, bo odrywa mnie od beztroskiego podziwiania chmurek (bujania w obłokach) i przypomina o wyboistej rzeczywistości (te zdjęcia bruku to tak symbolicznie trochę).
– Modlimy się z Mają – mówi Julia – żebyś sobie coś znalazł.
„Jezus Maria! – myślę. – I jeszcze to, modlitwy! To ja już wolę żeby się nie modlić i zostawić mnie w spokoju”.
W Skierkach za pałacem jest miejsce na odpoczynek dla turystów zwiedzających okolice, altana ze stolikami, gdzie robimy dłuższy postój. Julia częstuje przygotowanymi kanapkami. Wszyscy jedzą z apetytem i chwalą, że takie zgrabne rączki przyszykowały tak smaczny posiłek. Ograniczyłem się do zwykłego „Dziękuję” i głupio mi przez to trochę, bo wychodzę na jakiegoś niewdzięcznego gbura.
Za Starą Różanką znów zjeżdżamy z asfaltu w polne drogi i po kilku kilometrach docieramy do części Kętrzyna, w której jeszcze nie byłem. Przed miejskim targowiskiem towarzystwo się rozjeżdża każdy w swoją stronę – ja ze Sławkiem do garażu zostawić rowery, reszta do swoich domów.



