Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Nienumerowany’

Letnia scena zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie (sezon 2024)
Marek Gałązka
„Autorsong – Śpiewanie Stachury”

miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
piątek 30 sierpnia 2024 roku, godz. 18:00-20:05 (mniej więcej)

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Tegoroczny sezon (drugi w sumie) „Letniej ceny zamkowej” zamykał koncert z piosenkami Edwarda Stachury.
Chcąc nie chcąc Chciał, nie chciał – poszedłem.
Poszedłem i wytrwałem do końca¹, może bez wielkiego zachwytu, ale też i bez jakiegoś bólu.
A teraz piszę o tym, co było bardziej z obowiązku² niż z chęci, bo chęci do pisania nie mam żadnej. Możliwe, że cała się zużyła przy robieniu notatek w trakcie koncertu. Bo tym razem – wyjątkowo – miałem z sobą notesik i notowałem pracowicie, co było śpiewane. Początkowe wersy śpiewanych tekstów dokładniej. I moje odczucia poniekąd, głównie pozamuzyczne.
Ale do rzeczy.³

O 17:55 dziedziniec zamkowy był już szczelnie wypełniony siedzącą publicznością. Na szczęście moje ulubione miejsce nie było zajęte nawet przez osobę stojącą, więc podszedłem grzecznie do bibliotekarek⁴ tłoczących się w drzwiach do biblioteki.
– Nie macie już więcej krzeseł? – spytałem.
– Nie ma już wolnych? – zdziwiła się jedna z pań (opiekunka czytelni dla dzieci i młodzieży?) i zaczęła rozglądać po rzędach widzów. Nie było.
– Wie pan co… Można sobie wziąć…
Tu kiwnęła głową w stronę klatki schodowej, gdzie na półpiętrze stały wygodne krzesła biblioteczne (na dziedzińcu rozstawiono zwykłe drewniane, składane).
No i OK, na więcej nie liczyłem.
Zabrałem krzesło z półpiętra, wróciłem na swój upatrzony kawałek bruku, usadowiłem się stabilnie… i odkryłem, że tym razem po lewej mam za sąsiada Duńczyka, który stał pod ścianą ubrany adekwatnie do upalnej pogody, w koszulce z krótkim rękawem i szortach z podwiniętymi nogawkami (a może to były mankiety?), prezentując ładnie opalone, owłosione nogi. Nałożone do kompletu sandały pozwalały dostrzec, że stopy, choć żylaste, ma zadbane i całkiem kształtne, w typie greckim⁵.
„Będzie czym nacieszyć oko, jeśli koncert nie dostarczy lepszych wrażeń” – pomyślałem z zadowoleniem.

O osiemnastej przyszedł Pucułowaty. W tej samej koszulce, co tydzień temu (ładna, to zapamiętałem). Tym razem skinąłem mu głową pierwszy. Odkłonił się grzecznie i ruszył ku pierwszym rzędom, rozglądać za wolnym krzesłem. Tymczasem kobiety siedzące na ławce⁶ pod oknem Galerii „Konik Mazurski” ścieśniły się lekko i zrobiły miejsce Duńczykowi, który z chęcią skorzystał z ich uprzejmości.
Tuż po Pucułowatym nadciągnęła Wysoka Rdzawa⁷. Czasem na koncertach towarzyszy jej prowadzana pod ramię staruszka. Zgaduję, że matka. Różnica wiekowa pasowałaby na takie pokrewieństwo. Rdzawa zawsze opiekuje się nią troskliwie, pilnując, by nie przewiał kobiety jakiś chłodniejszy podmuch. Tym razem była sama.

O 18:05 trzy osoby⁸ zajęły wolny kawałek ściany między mną, a Duńczykiem, zasłaniając mi widok na nogi blondyna.
„No i koniec frajdy” – pomyślałem ponuro, ale na scenę już wchodziła dyrektorka biblioteki, więc skończył mi się czas na rozmyślanie o pierdołach.

– Spytałam przed koncertem wykonawcy, jak mam go przedstawić – zaczęła pani Małgorzata. – Jako poetę? Kompozytora? Popularyzatora twórczości Stachury? Powiedział, że jako twórcę i wykonawcę.
Później mówiła coś tam jeszcze, ale krótko i szybko ustąpiła miejsca Markowi Gałązce, któremu nie spieszyło się do śpiewania.
Minął najmniej kwadrans, zanim facet dostroił gitarę i się wygadał na temat Stachury, którego piosenki nadal wykonuje ku zdziwieniu wielu, bo – jak to ujął – nikt przed nim, ani po nim nie pisał takich tekstów piosenek, jakie pisał Stachura.

Około 18:20 wybrzmiewa pierwsza.

1. Tobie albo Zawieja w Michigan.

„No nie wiem… – pomyślałem. – Facet taki sobie. Ani oka na czym zawiesić, ani głos porywający. Melodia…. Czy tu jest w ogóle jakaś melodia? Tekst… Spróbuję chociaż na tekstach się skoncentrować”.
W sumie nie jestem jakimś fanem poezji Edwarda Stachury. Ani nawet prozy. Raz mnie gość uwiódł, „Siekierezadą”. Ale i to nie w lekturze, tylko za pośrednictwem ekranizacji (1985) i chyba głównie dzięki obecności Edwarda Żentary na ekranie i Vivaldiego na ścieżce dźwiękowej.

2. Co warto.⁹
3. Nie brookliński most.¹⁰
4. Ballada dla Potęgowej.

Zauważyłem, że Wysoka Rdzawa, nie znalazłszy wolnego krzesła, przysiadła samotnie na schodkach w kącie dziedzińca, z niewygodnym widokiem na scenę z boku.

5. Walc nad Missisipi.
6. Piosenka dla Rafała Urbana.

Rozglądam się po widowni. Tym razem na dziedzińcu dominuje publiczność w wieku 40-60 lat. Może nawet dolna granica byłaby niższa. Starsze emerytki trafiają się sporadycznie. Chyba męczący w dzień upał zatrzymał je w domu.

7. Jest już za późno, nie jest za późno.

Minęła 18:40 (wyjątkowo zegarek też z sobą wziąłem). Mam już zabazgraną jedną czwartą notesika (całość 30 stron A7).
„Czy ja w ogóle odczytam, co tak teraz notuję?” zastanawiam się z lekkim niepokojem¹¹.

Po wybrzmieniu siódmej piosenki Marek Gałązka przechodzi z gitary akustycznej na elektryczną. I znów w trakcie dostrajania instrumentu zabawia publiczność słowem: opowieściami o grze na gitarze – że Bobowi Dylanowi fani długo nie mogli wybaczyć, gdy się przesiadł z gitary akustycznej na elektryczną i obrzucali go zgniłymi pomidorami… a ktoś tam coś tam… a on zamówił tę swoją gitarę, co to teraz na niej zagra u lutnika w Chicago… i gdyby teraz było za głośno…
Trochę długo to trwa, zanim się upora z robotą i wróci do śpiewania.

8. Biała lokomotywa.

„Przy gitarze elektrycznej lepiej to wszystko zaczyna brzmieć” – pomyślałem.
A tymczasem Wysoka Rdzawa wstała i wyszła.¹²

9. Zobaczysz.

Duńczyk poszedł do biblioteki, zgaduję, że skorzystać z WC.
„Taki słaby pęcherz?”.
Minęła dziewiętnasta. W zamkowej bramie pojawił się Tytus.
„A co tak późno tym razem? Prosto z pracy?”.

10. Smutno.

Duńczyk wrócił na swoją ławkę, pogryzając jabłko.
Zagryzmoliłem połowę notesika.

11. Zabraknie ci psa.

Jot¹³ stojąc w bramie, ma dobry widok na to, że coś sobie pilnie notuję.
„No i pies go trącał”- konstatuję.
Jot sam pisze, tak ogólnie, nie w tej chwili. Pisze i publikuje. Nawet mam kupioną jedną jego książkę, którą miałem przy jakieś okazji zabrać z sobą do zamku i poprosić o autograf, ale się jeszcze nie zebrałem do lektury, więc za okazją też nie bardzo się rozglądam.
Rozpoczyna się powolny odpływ widzów.
Wyszedł młody brodacz.
I jakaś laska.
Cztery panie z rzędów przy samej bramie. I za chwilę piąta.
A Marek Gałązka przechodzi właśnie do w pełni autorskiej części koncertu, co poprzedza dłuższym słownym wstępem i przywołaniem koncepcyjnego albumu „Pistolet w ręku Ojca”, z którego prezentuje nam jeden kawałek.

12. Mój lęk.

Artysta znów gada. Najpierw zapowiada dwa utwory o ludziach, artystach niespełnionych, później anonsuje program-performance (muzyka i pokaz wideo?) „Epitaph 45 Sted i Bruno”, z którym chciałby przyjechać do Kętrzyna jesienią.
„Oj, już za dużo tego szczęścia!”

13. Zakryć oczy.

Nienumerowany ma już chyba dość i opuszcza dziedziniec. W tygodniu musiał być u fryzjera, bo wygląda na świeżo ostrzyżonego.

14. Pełnie księżyca.

Wychodzi małżeństwo emerytów i trzydziestolatka.
Wrócił młody brodacz. Wyszedł jedynie odlać się za zamkiem?
Tylny rząd opuszczają dyskretnie dwie czterdziestolatki.
A później następuje tak masowy zryw, że nie nadążam z liczeniem. Z widowni ubywa najmniej piętnaście osób, w tym Pucułowaty. Minęła 19:30. Może wszyscy się spieszą na jakiś autobus?
W tym czasie Gałązka opowiada o filmie „Znikający punkt” (Vanishing Point).
– Obejrzyjcie koniecznie, jeśli ktoś jeszcze nie widział. Tylko wersję z 1971 roku! – podkreśla.

15. Znikający punkt.
15. Znikający punkt (II).

Ubywa kolejnych pięć osób, choć Gałązka zapowiada, że już powoli kończymy.
Duńczyk robi kilka zdjęć¹⁴ i przenosi się w okolicę bramy.
„Chce być bliżej wyjścia, gdy koncert się skończy?”.
W przedsionku już nikogo nie ma. Miejsca siedzące pod ścianą zamku też wszystkie opustoszały.

17. Życie to nie teatr.

Duńczyk jednak również odpadł przed końcem.
Marek Gałązka opowiada przez chwilę o Ryszardzie Milczewskim (Bruno).

18. Nie rozdziobią nas kruki.

Pani dyrektor wchodzi na scenę podziękować za występ i pożegnać artystę, ale nie tak szybko. Marek Gałązka nawet bez zachęt w postaci gromkich, niemilknących braw jest gotów na bis i prezentację czegoś nowego ze swojego repertuaru.

19. [?]

Publiczność ma razem z artystą śpiewać refren, frazę brzmiącą mniej więcej jak „Sted, tak przy piwie cię mie㔹⁵. Pierwsze rzędy chyba śpiewają.

I to już definitywny koniec części koncertowej. Bo gadania jeszcze trochę jest.
Pani Małgorzata przypomina, że artysta przywiózł ze sobą płyty CD, a artysta zachęca do ich kupowania¹⁶ i potwierdza gotowość przyjechania do Kętrzyna jesienią, bo dobrze mu się tu zawsze grało i w ogóle.

Ufff!!!

Nie, żebym cierpiał, czy się nudził, ale koncert zamknięcia sezonu był jak dla mnie najsłabszym koncertem tegorocznej „Letniej sceny zamkowej”.

________
¹ A było tym razem wielu takich, którzy nie wytrwali. Chociaż w sumie ta osiemdziesiątka (lekko licząc), która została do końca, też całkiem ładnie wypełniała zamkowy dziedziniec.
² Tylko gdzie ten obowiązek? Kto mnie zmusza?
³ Tu mi się przypomniało, jak Walpurg dostał kiedyś tekst mojej recenzji do oceny (redakcji, korekty?) i cały wstęp w tejże, utrzymany w podobnym duchu i stylu, wykreślił jako pretensjonalny i zbędny. Niestety sam jestem mocno przywiązany do tego, co napisałem i tak nie potrafię.
⁴ Koncertowi zamknięcia sezonu patronowała biblioteka.
⁵ Drugi palec dłuższy od palucha.
⁶ Ta ławka to wyjątkowo niewygodny grat. Siedziałem na niej w zeszłym roku na którymś koncercie. Nigdy więcej podobnego błędu! Oparcie nie zapewnia oparcia, bo jest zbyt niskie i źle wyprofilowane. A deski, na których się siedzi, wyginają się mocno i sprawiają wrażenie, jakby zaraz miały trzasnąć pod ciężarem siedzących.
⁷ Ona była za pierwszym razem ruda, bo ufarbowana – sądząc z obecnego koloru włosów – ale już nie będę zmieniał jej kryptonimu.
⁸ Robert-fotograf z żoną i jakaś kobieta pachnąca dezodorantem Nivea. Lubię ten zapach, bo mi się mile kojarzy z łazienką Pinokia i baterią jego kosmetyków.
⁹ Straciłem przynajmniej kwadrans, zanim odkryłem, że moje zanotowane „zbawić by można” to „zwalić by można się z nóg” i zidentyfikowałem tytuł. Artysta tytułów nie podawał i musiałem notować na szybkiego pierwsze wersy piosenek.
¹⁰ „Rozdzierający jak tygrysa pazur antylopy plecy jest smutek człowieczy”.
¹¹ Nie powiem, miejscami ciężko jest, ale na razie daję radę.
¹² Ale wychodząc po koncercie, zauważyłem ją przed zamkiem, więc może tylko wybrała słuchanie z pewnego oddalenia?
¹³ Z Jotem znamy się z ogólniaka i jednego wspólnego biwaku. Chyba już nawet gdzieś o tym wspominałem.
¹⁴ Zwróciłem uwagę na prawą dłoń Duńczyka. Nie nosi obrączki.
¹⁵ Zanotowałem „Sted, tak przy piwie się mieć” ale z „cię” ma to większy sens.
¹⁶ Dwa albumy, 30 zł sztuka, za oba 50 zł, czyli jest zniżka. Cały zysk ze sprzedaży autor przeznacza na Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce.

Aktualizacja 2024.09.02; Wersja archiwalna w Web.Archive

Read Full Post »

Letnia scena zamkowa – koncerty na zamku w Kętrzynie (sezon 2024)
Antek Sojka & Janek Pęczak

miejsce: dziedziniec zamku w Kętrzynie
czas: piątek 9 sierpnia 2024 roku, godz. 18:00-19:20 (mniej więcej)

„Oj, chyba będzie ciężko coś z tego koncertu napisać” – pomyślałem od razu na wstępie, gdy dyrektorka muzeum, w sposób przydługi a nudnawy, zapowiadała zaproszonych artystów, omawiając drobiazgowo drogę ich kariery i dotychczasowe osiągnięcia.
Zapamiętałem z tego wszystkiego, że młody Sojka brał udział w nagrywaniu płyty „Małe Wu Wu” (1988)¹ i uczył się jazzu, a realizował zawodowo głównie jako realizator dźwięku (producent muzyczny), a Pęczak (smakowite nazwisko) był między innymi gitarzystą T.Love.
„Oj, chyba będzie ciężko wysiedzieć na tym koncercie do końca” – przemknęło mi przez głowę przy pierwszej piosence, która była tak inna od tego, co słucham na co dzień, że nawet już po koncercie – bo jednak przełamałem początkowe wrażenie (że tak zaspoileruję) i wytrwałem do końca – nie potrafię tego sklasyfikować inaczej niż pod opisowym określeniem „muzyka o miłości do słuchania latem na plaży przy ognisku”.
Panowie śpiewali na zmianę (i w duecie) piosenki z płyt autorskich i wspólnych. Jako trzecia wybrzmiała jakaś po angielsku z repertuaru Boba Marleya.
„Lubię reggae” – pomyślałem. I chyba to mnie zatrzymało na koncercie. Chociaż ta właśnie rozbrzmiewająca w ogóle nie brzmiała jak reggae, ale pierwszy szok już minął i nie czułem potrzeby ucieczki. Dźwięki dobiegające ze sceny były w sumie całkiem przyjemne (może tylko ciut za głośne): gitara (+ kilka razy harmonijka ustna) i coś klawiszowego elektronicznego, plus dwa męskie głosy, z których pęczakowy podobał mi się bardziej, a drugi w brzmieniu i manierze wykonawczej przypominał lekko² głos Sojki-seniora.
Uszy zajęły się słuchaniem dźwięków, umysł krążył swobodnie, bez większego skupiania się na tekstach piosenek, oczy krążyły po dziedzińcu, wyłapując na widowni znajome twarze.
Duńczyk przyszedł zbyt późno i nie znalazł już dla siebie wolnego krzesła. Zauważyłem, że pyta jakiejś młodej laski³, czy to obok niej jest wolne. Nie było.
„Czyli on jednak też by posłuchał na siedząco” – skonstatowałem. Zawsze widuję gościa, gdy stoi, przeważnie w bramnym przedsionku i już zacząłem podejrzewać, że to z wyboru, a nie z konieczności.
Czarna Arogancka siedziała ze swoją znajomą (rozmawiały w oczekiwaniu wejścia artystów na scenę) prawie obok mnie. Dzieliła nas ta znajoma, która okazała się też znajomą Pucułowatego (z Reszla?), więc gdy chłopak zjawił się na dziedzińcu, podszedł, by się przywitać.
„Skinie mi głową na powitanie?” – zastanawiałem się bez większej ciekawości, obserwując dyskretnie⁴ rozwój sytuacji, a tymczasem Pucułowaty podał rękę znajomej… a później i mnie.
„Jezus Maria! I po cóż to!?”.
Nienumerowany był tym razem z mamą. Albo ze starszą siostrą. W sumie tylko jego rozpoznaję, jej twarzy nadal nie zapamiętałem⁵.
Chudy Emeryt jakby się deko zaokrąglił. Tytus mignął mi ledwo przez moment. Nie jestem pewny, czy był na koncercie do końca.
Koncertujący muzycy tradycyjnie zostali nagrodzeni rzęsistymi brawami, więc w ramach bisu wykonali dwie dodatkowe piosenki.
Żegnając publiczność, dyrektorka muzeum przypomniała o zaplanowanym na przyszły tydzień (wyjątkowo na sobotę) teatralnym spektaklu w ramach programu „Teatr Jaracza w zabytkach Warmii i Mazur”.
– Wejściówki są jeszcze w kasie muzeum – powiedziała. – Tym razem nie za darmo, ale pięć złotych to cena, którą chyba udźwigną państwa portfele.
Ciekawe, że bilety jeszcze się nie rozeszły. Może tematyka przedstawienia – sztuka, z którą przyjeżdża teatr to adaptacja powieści „Wszystko na darmo” Waltera Kempowskiego – jest zbyt mało rozrywkowa?

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

_________
¹ Wikipedia tego faktu nie odnotowuje. Wśród młodych wokalistów widnieje Kuba Sojka.
² Albo nawet bardzo. Taką opinię podsłuchałem u towarzystwa (dwóch panów i pani w okolicach czterdziestki), które zachwycało się koncertem, wracając do domu – specjalnie zwolniłem lekko kroku, żeby iść za nimi i posłuchać wrażeń osób bardziej osłuchanych w muzyce tego rodzaju.
³ Widownia tym razem była zróżnicowana, pełen przekrój spragnionego kultury społeczeństwa Kętrzyna – od rodzin z nieletnimi dziećmi po silną reprezentację emerytek.
⁴ W okularach na nosie mogę sobie na to pozwolić, patrzę kątem oka i nie sprawiam wrażenia, że się wgapiam w kogoś żądny uwagi.
⁵ Bo to kobieta?

Zamiast przypisu do tytułu (Cudny świat):

Read Full Post »

W kwietniu minęła dwudziesta rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego. Przy tej smutnej okazji Kuba Blokesz postanowił przypomnieć postać barda, który był dla niego kimś ważnym, na którego piosenkach uczył się gry na gitarze i od którego piosenek zaczynał swoją estradową karierę, występując gdzieś tam jako siedemnastolatek z pierwszym solowym recitalem.
Kiedyś, dawno temu, sam lubiłem słuchać Kaczmarskiego, mam którąś z jego płyt (LP) i niewiele brakowało, a byłbym nawet na jego koncercie w Olsztynie (dostałem już bilet, ale Kaczmarski się rozchorował i odwołał przyjazd), ale jak wspomniałem – było to dawno temu i miałem od tego czasu długą przerwę w słuchaniu śpiewanej poezji, więc poszedłem na koncert bez uprzedzenia¹ i bez brzmiących mi gdzieś w pamięci oryginalnych wykonań utworów Kaczmarskiego (może pomijając jeden „Sen Katarzyny II”).
Na dziesięć minut przed koncertem dziedziniec był już prawie zapełniony, ale znalazłem jeszcze wolne krzesło i przysiadłem pod ścianą, w drzwiach do galerii „Konik Mazurski”, upewniwszy się wpierw, czy galeria jest zamknięta.
– Zamknięte, zamknięte – uspokoiły mnie emerytki siedzące po lewej (jedna chyba nawet z galerii była), a później wróciły do rozmowy jak raz na temat Czarnej Aroganckiej, która się przemieszczała po dziedzińcu w poszukiwaniu wolnego miejsca. Że zupełnie niezmieszana – mówiły panie między sobą, a ja słuchałem, nastawiwszy ucha – odebrała w trakcie koncertu Jakubowskiego dzwoniący telefon i odeszła w głąb sali – bo ten koncert, „Fredro – konteksty”, był akurat w muzeum na parterze – spokojnie porozmawiać. Faktycznie coś takiego się zadziało.
– Proszę dać na głośnik – zachęcił ją wtedy artysta od stolika. Bo sala rycerska (tzw.) aż tak duża nie jest, żeby w jednym końcu nie było słychać, że w drugim ktoś coś mówi. – Jak coś ciekawego, to też z chęcią posłuchamy.
Po koncercie widziałem, że kobieta podeszła do Jakubowskiego, przeprosić pewnie. Albo obsobaczyć, że ją chciał zawstydzić. Nieistotne.
Założyłem sobie ambitny cel zapamiętać, co też Kuba Blokesz będzie po kolei śpiewał i prawie mi się to udało.
Tak to leciało po kolei:
1. „Drzewo genealogiczne” (z uroczym wersem „Nie mam blizn po kajdankach, napletek posiadam”),
2. „Konfesjonał”,
Po takim muzycznym przedstawieniu osoby barda Blokesz opowiedział o tym, jak dużo dla Kaczmarskiego znaczył Włodzimierz Wysocki i jego twórczość. I że nie należy się zamykać na znajomość rosyjskiej twórczości i coś tam jeszcze (zapomniałem). A następnie wykonał:
3. „Epitafium dla Wysockiego”,
4. „Rublow”,
Od ikony było łatwo przejść do bloku piosenek o malarstwie (w nawiasie malarskie inspiracje poszczególnych utworów):
5. „Encore Jeszcze raz” (Encore, jeszcze, encore!, Paweł Fiedotow, 1851),
6. „Lot Ikara” (Pejzaż z upadkiem Ikara, Pieter Bruegel starszy, ok. 1557),
7. „Szulerzy” (Grający w karty, Caravaggio, 1597),
8. „Wojna postu z karnawałem” (Walka karnawału z postem, Pieter Bruegel starszy, 1559).
Przed „Obławą” Blokesz opowiedział trochę o swobodnym podejściu Kaczmarskiego do przekładów, że tutaj tekst Wysockiego jest bardziej inspiracją, bo w oryginale mamy czerwone flary, przez swą czerwień bardziej przemawiające do rosyjskiej publiczności, a my dostaliśmy psy:
9. „Obława (I)”,
10. „Obława (II)”.
W tym miejscu straciłem czujność (uważność), bo zaczęły się kawałki bardziej znane i nie do końca jestem pewny kolejności utworów. Być może było tak:
11. jakiś wiersz,
12. „Mury”.
„Mury” były poprzedzone słowem wstępnym o interpretacji zakłamywanej przez pomijanie ostatniej zwrotki i inspiracji do powstania utworu (zdjęcie z tylnej okładki longplaya z koncertem gitarowym kogoś tam – nie jestem pewny, czy Blokesz wymienił tu nazwisko katalońskiego pieśniarza Lluísa Llacha).
13. „Blues Odyssa”,
14. „Co się stało z naszą klasą”.
Być może „Blues…” był przed „Murami”, a wiersz (nie zidentyfikuję, bo nie zapamiętałem ani jednego wersu) po „Bluesie…”?
Podsumowując².
Ładny pan. Ładny głos. Ładny koncert.
Publiczność długo biła brawa (na bis dostaliśmy „Źródło (Wąwóz)”) i opuściła dziedziniec zamku zachwycona. Albo przynajmniej ukontentowana.
– Myślę, że Kuba Blokesz nie gości u nas ostatni raz – powiedziała dyrektorka biblioteki, żegnając artystę.
I w sumie byłoby miło, gdyby w przyszłym sezonie pan wokalista (na nazywanie bardem musi jeszcze trochę popracować) pojawił się z kolejnym programem.
Zajęty uważnym słuchaniem i zapamiętywaniem, ze wzrokiem wbitym w scenę i artystę, wyjątkowo mało uwagi poświeciłem reszcie widowni. Ze znajomych widzów dostrzegłem tylko przypadkiem Tytusa³ i Duńczyka. A przede mną – czysty przypadek – znów siedział Nienumerowany⁴, ten ładny nastolatek, o którym wspominałem przy okazji poprzedniego koncertu. Tym razem był sam, bez mamy.
Gdybym się nie krępował i robił notatki w trakcie koncertu, łatwiej by mi było zdać relację. Ale z drugiej strony – komu to potrzebne?
_________
¹ Takiego jak w przypadku piosenek duetu Przybora&Wasowski, które w oryginalnych wykonaniach towarzyszą mi mniej lub bardziej intensywnie cały czas.
² Wykorzystam, co już wrzuciłem zaraz po koncercie.
³ Spóźnił się i minął mnie, wypatrzywszy wolne krzesła w rzędzie przy wejściu do muzeum.
⁴ Ukłon w stronę Baltazara (Adiego), który ma słabość do młodzieży, a na blogu zamiast imion używa cyferek.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij