
3°C. Ponuro. Po piętnastej niezbyt intensywne opady (nasilająca się mżawka) i wzbierający wiatr. Ciśnienie niskie i leci w dół (↓982 hPa).
Korzystam z faktu, że Paweł zostaje na noc. Na początek dałem się zaprosić na obiad. Do „Smakosza”, renomowanej jadłodajni w stylu PRL-owskich barów mlecznych, której sława dotarła już nawet do stolicy.
Brat się zachwycał, że serwują tam dużo (w sensie, że porcje ogromne), tanio, a co najważniejsze bardzo smacznie.
Zgłosiłem zdanie odrębne.
– Jadłem obiady mamy, Barbary, sam często coś gotuję, tu jest naprawdę dobre jedzenie – Paweł się upierał.
– Chyba ci smak całkiem zdegenerowało na kuchni żony! – stwierdziłem¹.
Nie powiem, porcje faktycznie są spore i w przystępnej cenie, ale z tą smacznością bym nie przesadzał. Po wybranej próbce (gulasz z ziemniakami i sałatka wiosenna²) spojrzałem przychylniejszym okiem na swoją wczorajszą pomidorową na keczupie.
Wieczorem brat robił jeszcze zakupy w Gamie.
– To dla mnie weź coś dobrego – rzuciłem, żartem w sumie. – Jakieś ciastka.
– Spadaj grubasie! – odpowiedział Paweł.
Zachodzę przed odcinkiem „Kości” do kuchni, patrzę, z przy chlebaku leży torebka z ciastkami (kruche z warstwą czekolady). Kupił.
________
¹ Ciut prześmiewczo. Barbara kocha gotowe jedzenie – typu chińskie zupki – i zasadniczo mało co kiedy gotuje. Tak przynajmniej twierdzi Paweł, gdy jest w nastroju do wygadywania na żonę.
² Brat dla siebie brał mięso w sosie chrzanowym, ziemniaki i surówkę z kapusty. Za obie porcje zapłacił coś około czterdziestu złotych. Kompot (rozwodniony syrop, chyba truskawkowy) w gratisie.



