Budzę się z lekkim bólem głowy, który towarzyszy mi niezmiennie do końca dnia. Na obiad gotuję makaron. Babka swoją porcję zjada z jogurtem, ja w postaci mlecznej zupy. O dwudziestej przełamuję niechęć do ruszania się z domu i kontaktów z ludźmi. Wychodzę do zamku, pod którego murami trwa od rana XVI Jarmark Średniowieczny na Św. Jakuba. Na wieczór zaplanowano część artystyczną – występ gnieźnieńskiego zespołu muzyki dawnej Huskarl. Rzecz nie do końca w moich klimatach, ale jak już było wyżej – zmusiłem się. Koncert na dziedzińcu skusił jakieś czterdzieści, pięćdziesiąt osób, w dużej mierze rodziców z mocno nieletnimi dziećmi. Wytrzymałem (bez większych oporów; zobaczyć¹ i usłyszeć na żywo nyckelharpę było nawet ciekawie) do końca pierwszej części i ewakuowałem pospiesznie, gdy zespół zarządził sprzątanie krzeseł z dziedzińca, celem zrobienia miejsca do nauki praktycznej średniowiecznych czy renesansowych tańców. Przed powrotem do domu robię jeszcze zakupy w Biedronce. Po nocy wekuję słoiki z wiśniami i kończę oglądać pierwszy sezon „Rojstu”, do którego miałbym jednak spore zastrzeżenia w warstwie scenograficznej. Rozumiem, że miało byś biednie, szaro i ohydnie, ale czemu te wszystkie PRL-owskie graty wyglądają na zużyte starocie, skoro akcja się dzieje w latach osiemdziesiątych?
_________
¹ Z tym to może nie do końca mi się udało. Zapomniałem o okularach, a pod wieczór to ja się już jednak robię całkiem ślepy.



