IMPORT Z ONETU
Z pamiętnika robola
Godz. 06:40. Pobudka. Przeciągam wstawanie o kwadrans. Położyłem się wcześnie, ale i tak jestem średnio wyspany.
Godz. 07:20. Zajeżdżamy z majstrem po betoniarkę.
Godz. 07:45-8:20. Na budowie w NR.
Okazuje się, że betonu rano nie będzie – nie dało się zamówić. Majster przez chwilę nosi się z zamiarem ręcznego wylewania ław. Szczęściem inwestorowi pomysł nie przypadł do gustu. Ostatecznie staje na tym, że Plastuś spróbuje coś załatwić na popołudnie, choćby samą gruszkę, bez pompy.
Na budowie nie ma nic do roboty, więc wracamy do miasta.
– Czekaj w domu – przykazuje majster, wysadzając mnie pod pawilonem. – Zadzwonię, jak będę wiedział, że lejemy dzisiaj.
Godz. 11:45. Przypomniało mi się, że nie jadłem jeszcze śniadania. Rezygnuję z netowania na rzecz lektury.
Godz. 14:30. Na obiad ziemniaki z masłem i ogórki ze śmietaną – podwójna mizeria.
Godz. 18:00. Telefon odrywa mnie sprzed telewizora. Okazuje się, że beton i pompa były po szesnastej. Plastuś zalał ławy sam, bo nie mógł się do majstra dodzwonić.
– Nie podoba mi się to – mówi pan K. – Przecież cały czas w domu byłem.
Tez nie jestem zachwycony sytuacją.
Chociaż jest jeden plus tego wolnego dnia – przynajmniej spokojnie doczytałem „Bierki”.





