Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 27 lutego, 2026

Ludzie mają potrzebę wyrażania siebie, zaistnienia, bycia wyjątkowymi. Myślą sobie – nie potrafię grać na żadnym instrumencie, nie potrafię tańczyć, to może… pisanie! Pisać umiem, bo przecież w szkole się nauczyłem…

Michał Michalski¹

Ranek z przejaśnieniami, popołudnie bardziej pochmurnie. 7°C.
Przed jedenastą rozmawiam z ciotką Janką, która wyszła do sklepu i po drodze zdecydowała się podzielić wrażeniami ze świeżo zakończonego turnusu rehabilitacyjnego. Najpierw dzieliła się z jedyną bratową, która odbiera jej telefony, a później ze mną. Po jedenastej przez godzinę goszczę Barbarę, która po odebraniu rozliczenia chorobowego z ZUS-u nabrała przekonania (całkowicie błędnego – że tak zdradzę od razu), że powinna złożyć korektę zeznania podatkowego i zjawiła się, by skorzystać z mojego komputera².
Obiad³ podgrzewam wcześniej i kwadrans po szesnastej wychodzę na najbliższy przystanek komunikacji miejskiej⁴, by złapać dwójkę (numer linii), którą chciałem dojechać pod salę MOSiR-u na Kazimierza Wielkiego. W tym roku zdecydowałem się skorzystać z oferty KCK⁵ i zobaczyć wreszcie na własne oczy, jak wyglądają nasze Kaziuki Wilniuki, czterdziesta druga już edycja wydarzenia, które przybliża kulturę i zwyczaje wileńskiego regionu, a może bardziej zaspokaja sentymenty miejscowych wilniuków i ich potomków, dla których pochodzenie z tamtych stron nadal jest bardzo ważnym elementem tożsamości. W tym roku oprócz stałego elementu imprezy – konferansjerki w wykonaniu Ciotki Franukowej (Anna Adamowicz) i Wincuka Bałbantuszczyka z Pustaszyszek (Dominik Kuziniewicz) i jarmarcznych stoisk z rękodziełem i kulinariami – licznie zgromadzona w sportowej sali publiczność dostała w części artystycznej występ dwóch zespołów. W pierwszej godzinie Kapela Kawalerów Podwileńskich (support?) zaprezentowała folklor miejski w klimatach z międzywojnia, a po przerwie gwiazdorzył już głównie Polski Zespół Artystyczny Pieśni i Tańca „Wilia” w szerokim repertuarze, który obejmował nawet widowisko obrzędowe (zaślubiny) w muzycznej oprawie rodem z Łowicza, Kujaw i partytur Chopina⁶.
Około 19:25 z widowni zaczęło ubywać publiczność, chcącej zdążyć na ostatni miejski autobus (19:33). Też się przez chwilę zastanawiałem, czy nie ruszyć do wyjścia. Ale marne miałem miejsce⁷ do dyskretnego ulotnienia i w sumie co mi zależało przejść się do domu te 2,4 km. Ot, taki przyjemny spacerek przed drugą częścią obiadu. I zostałem do końca koncertu, który nastąpił już o 19:40. Gdybym wiedział…
Wracając do domu zrobiłem jeszcze po drodze zakupy w Biedronce⁸, bo pomyślałem, że w sobotę ugotuję fasolkę po bretońsku, a potrzebowałem do dania cebuli i marchwi.

Gdybym miał więcej czasu (zapału), bym jeszcze gdzieś dał przypis o sytuacji w autobusie. Na przystanku przy Sezamie wsiadł Tytus i – tak sobie momentami myślę – bardzo się starał, by się nie spotkać ze mną wzrokiem i mnie nie zauważyć. Co było dość trudne i wymagało sporo ekwilibrystyki, bo stałem akurat na wprost drzwi. Czyli dzieliła nas raptem szerokość autobusu i te parę osób między nami. Ale w sumie może i faktycznie mnie nie zauważył, bo i dlaczego miałby się rozglądać po facetach? Tak że zostawiam temat luzem, bo w sumie ten wieczór nastroił mnie całkiem przyjemnie i nie mam powodu, by sobie to zepsuć niepotrzebnymi dywagacjami.

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

______
¹ Gazeta.pl (2026.02.27): Polacy piszą coraz więcej książek. „Autorzy nie mają żadnych umiejętności literackich”. Ewa Jankowska rozmawia z Michałem Michalskim, dyrektorem wydawnictwa ArtRage.
² A słyszałem ostatnio na własne uszy, jak mówi do niej córka: Przecież zostawiłam ci laptop!
³ Znów pierogi z serem, bo termin się kończył i nie było wyjścia.
⁴ Właściwie najbliższy pasujący, bo do tego przy zamku miałbym bliżej, ale stamtąd to tylko autobusy na nowy cmentarz za miastem kursują.
⁵ Kętrzyńskie Centrum Kultury.
⁶ Maria Pomianowska pomogła im to opracować. Chopin na folkowo – Weselne impresje.
⁷ Siadłem tak jakoś całkiem bezmyślnie, na pierwszym wolnym krześle, z którego był dobry widok na wydzielony na parkiecie kawałek sceny.
⁸ I biegam na parkingu za cebulami, które się wysypały z gównianej biedronkowej foliówki-jednorazówki, bo nie planowałem żadnych zakupów, więc nie miałem ze sobą szmacianej siatki, a dodatkowe kupno torby na same warzywa uznałem za zbędny, nierozsądny wydatek.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij