Męczący dzień.
Reszty można nie czytać*
Wstaję po ósmej, razem z Kunegundą i pierwsze, co muszę zrobić, jeszcze taki nie do końca obudzony, to biegać po baterie do piecyka gazowego. Bratanica chciała wziąć kąpiel, a się okazało, że piecyk nie odpala. Już wieczorem w środę zauważyłem, że jakaś dioda pulsuje w Junkersie na czerwono, ale nie wiedziałem, o co chodzi i zlekceważyłem sprawę. „Mryga, to mryga. Woda ciepła jest, więc to raczej żadna awaria – pomyślałem. – Może to tak zawsze mrygało, a nie zwróciłem uwagi?”. Dopiero rano mi się przypomniało, że kilka lat temu wydarzyło się coś podobnego i baterię wtedy wymieniłem, jedną z dwóch. Teraz kupiłem dwie (LR20, czyli D; 25,99 zł za komplet, na szybkiego więc pewnie przepłaciłem) i wymieniłem obie.
Później przewalam pół szafy, żeby znaleźć suszarkę, bo Kunegunda potrzebuje wysuszyć włosy przed wyjściem do szkoły. Suszarki używała tylko babka i nawet nie pamiętałem, że już jej nie trzymam w szafie ściennej w przedpokoju (żeby była pod ręką). Nieważne. Znalazła się.
Po dziesiątej jadę na wieś, bo pomyślałem… W sumie nie wiadomo, co dokładnie¹, więc przyjmijmy wersję najkorzystniejszą (pochlebną dla mnie): pomyślałem, że mamie przyda się towarzystwo, gdyby poszła na pogrzeb znajomej. Mieszkały prawie po sąsiedzku, znały się pół wieku, kiedyś nawet dość blisko (gdy obie miały małe dzieci). Ale się okazało, że mama drugi dzień ma problemy z ciśnieniem, może od pogody, a może z nerwów (bardziej prawdopodobne), głowa ją boli i woli nie ryzykować, że zemdleje w kościele. Poszedłem sam. W sumie może nawet i dobrze, bo ksiądz² znów odstawił cyrk i zmusił żałobników do utworzenia zmotoryzowanego konduktu³, a nie dla wszystkich osób bez własnych aut wystarczyło miejsc w samochodach rodziny. Z pogrzebu wracam około czternastej trzydzieści, mam jeszcze czas na cienki obiad (mama nie była przygotowana) i herbatę. Po szesnastej wracam do miasta, trochę zmachany chodzeniem, trochę zgrzany, bo się cieplej ubrałem, trochę zmoczony. Wysiadam w centrum i po drodze zaglądam do saloniku z prasą (już nie pod szyldem RUCH-u), w nowej lokalizacji, po sąsiedzku ze starą⁴, po marcowy numer „Kina”. Kunegunda (zostawiłem jej zapasowe klucze) już była po szkole, bo w przedpokoju znajduję jej plecak. Uprzedzała, że tylko wpadnie i leci do koleżanek. Transport na wieś załatwiła sobie na dziewiętnastą i tuż przed umówioną godziną zjawia się u mnie, by zabrać wszystkie pozostawione bambetle.
___________
¹ Mogłem nic nie myśleć. Nic nie stało na przeszkodzie bym wziął udział w tym pogrzebie, to wziąłem udział.
Całkowicie bezmyślnie. Kiedyś córka zmarłej była moją najlepszą koleżanką. Tak mniej więcej od momentu, gdy zacząłem chodzić (zgaduję trochę) do siódmej klasy podstawówki. W czasach przedszkolnych i później często przesiadywałem u niej w domu. I może przez wzgląd na te zamierzchłe zaszłości pojechałem na pogrzeb. Ale też nie żebym się poczuwał do jakiegoś obowiązku. Moja mama nadal bardzo często rozmawiała z moją ex-koleżanką, ale ja po podstawówce może już tylko ze dwa razy zamieniłem z nią jakieś zdawkowe uwagi.
² Gdyby to był tekst pisany na forum, pewnie bym się nie powstrzymał od kilku soczystych inwektyw pod adresem klechy.
³ Sprawdziłem na mapie Google – 850 metrów od kościoła do cmentarza, 12 minut spacerem. Zanim wszystkie samochody dojechały na miejsce, ludzie wysiedli, ustawili za bramą cmentarza i ruszyli w ostatnią drogę, zdążyłem z bratową pokonać trasę na piechotę i dołączyć.
⁴ Powstańców Warszawy 1, wejście do szczytu. Kiedyś był w tym lokalu punkt reklamy i małej poligrafii, w którym chyba nawet coś raz oprawiałem, wydruk „Sekstetu” Żurawieckiego, albo streszczenia Teklaka z jego oglądania „Wiedźmina” Szczerbca (z Żebrowskim w roli tytułowej).
* Już klikając „publikuj” miałem przeświadczenie, że wszystko co poniżej, to całkowicie zbędny bełkot, którego nie powinienem zamieszczać na blogu. Teraz (późnym popołudniem w sobotę 23 marca 2024) powyższe wrażenie tylko się nasiliło, utrwaliło.




Hebius, czasy gdy ksiądz od kościoła do cmentarza prowadził kondukt pieszo odchodzą do lamusa. Jeszcze kilkanaście lat temu i u nas, choć cmentarz położony jest spory kawał od kościoła, na dodatek trzeba się wysilić bo znajduje się na górce, szło się pieszo, dziś ksiądz za cholerę na to nie pójdzie. A już całkiem zbaraniałem w Krasnobrodzie, gdzie kościół dzieli od cmentarza krótki odcinek asfaltowej drogi i też samochodami jeżdżą 😂 Leniwi księża to jeden ze znaków dzisiejszych czasów.
Niech pracują tak dalej, tylko to przyspieszy odejście ludzi od KK.
To już się dzieje, tyle że kler nie widzi swojej winy w takim stanie rzeczy.
Krzyżyk na drogę.
Niemiecke piece gazowe w polskich domach. A wizawi Obozu Koncetracyjnego w Bełżcu reklama – Chemia z Niemiec
No i wielkie cudo. Trzeba patrzyć na to z humorem. Tak jak Władysław Szlengel:
Nie rozumiem, czemu się tu krygujesz, że zbędny tekst. Przecież to rodzaj pamiętnika – piszesz, co było, co widziałeś, co czytałeś, gdzie byłeś, z kim rozmawiałeś. Co w tym zbędnego?
Skoro czytamy, to widocznie ma to dla nas jakąś wartość.
Nie wiem, pewnie potrzebuje tego „krygowania się” dla pełni blogowego komfortu. Dlatego wole się nie zastanawiać, co jest z wami nie tak, że chcecie to czytać :D
my mamy piecyk vailant ale on też tak ma że dioda świeci na niebiesko a jak siada bateria to na czerwono i do tego mruga.
W moim normalnie piecyk ma zielone światełko.
pewnie są różne rodzaje. Ale czerwona zawsze oznacza coś nie tak :)
Mam nadzieję wreszcie to zapamiętać. Bo jak to teraz sobie przypominam, dioda od baterii najpierw zaczyna świecić na czerwono – że jest słaba i wymaga wymiany – a mryga, jak już nawet na to czerwone światełko zaczyna jej brakować energii :D
trzeba uważać bo jak miga to już często piecyk nie odpala. Ja tego pilnuje bo mam piecyk w łazience i nie zawsze widzę czy mi np. odpaliło jak zmywam w kuchni.
Widać nie widać, ale przecież czuć, że leci zimna woda :D
u mnie się od razu ciepła nie robi chwilę się czeka i jak nie odpali to w tym czasie już się gaz zbiera. Niebezpiecznie
Aaa… Bo ty nie masz okienka w łazience. U mnie jest i to takie niezbyt szczelne, bo stare jak sam blok, więc się takich drobnych wycieków w ogóle nie obawiam.
ano niestety u mnie nie ma okienka
Fatalne rozwiązanie. Wiem, bo u mamy jest taka ciemna łazienka.
Nie wiedziałem , że piecyki mają baterie. To nowość czy zaprzeszłość?
To jest piecyk gazowy do podgrzewania wody. W starych płomyk palił się cały czas, ewentualnie trzeba było zapalić gaz zapałką. W nowszych jest bateria, która daje iskrę i zapala gaz, gdy się puszcza strumień wody.
No tak… Coś z nami, czytelnikami jest nie tak.
Moim zdaniem – skoro miałeś ochotę (potrzebę) pojechania na wieś i wzięcia udziału w pogrzebie, to dobrze, że pojechałeś.
Ja od prawie czterdziestu lat nie uczestniczę w pogrzebach.
Rozumiem, że możesz mieć swoje przyczyny. Zapewne bardzo istotne. Ale w ludziach, tych którzy oczekują, że jednak będziesz, nawet jeśli rozumieją twoje powodu i tak może obudzić się jakiś żal, ze mogłaś, a nie przyszłaś.
Większość ze znajomych akceptuje mój wybór. Chodzę za to na groby i na msze rocznicowe.
Wiesz, to tak się tylko mówi, „Spoko luz, rozumiemy” :D
Sam tak mówiłem jak bratanica nie przyszła na pogrzeb babki. „Jasne, rozumiem, chora, niech leży w domu i zdrowieje”. I nawet tak myślałem w chwili, gdy to mówiłem. A chwilę później myślałem co innego „Gówno tam chora, nie chciała to nie przyszła. Prababkę miała w dupie, ale mogła chociaż pomyśleć o babce. Tylko ją też ma pewnie w dupie. I mnie, bo sumie czemu by miała nie mieć?…”. I na koniec zostaje żal, do którego się człowiek może nie przyznawać nawet przed samym sobą., ale jednak gdzieś tam w środku zostaje.
Chociaż oczywiście mogę być w błędzie. Pewnie masz normalnych znajomych, którzy mówią, co myślą i czują, a tylko ja jeden jestem jakimś takim dziwadłem :D