Chłodno (4°C), pochmurno, deszczowo.
Na obiad wyciągam z zamrażarki fasolkę po bretońsku, otworzoną niedawno pomyłkowo zamiast pomidorowego sosu. Danie po odgrzaniu okazuje się tak rzadkie (zupy gotuję gęstsze!), że muszę dodać kaszy manny, by się można było tym normalnie najeść.
Koniec z kupnem gotowych dań w słoikach, nawet przy promocjach. To ma sens tylko wtedy, gdy ktoś potrzebuje słoików, a ja mam tego szkła w piwnicy od groma.
Po obiedzie doczytuję Rymkiewicza i w okolicach szesnastej trzydzieści (siąpi niezbyt intensywnie) wychodzę do zamku, by przed wykładem w muzeum zdążyć jeszcze zajrzeć do biblioteki.
Oddaję tom poezji, przedłużam na następny miesiąc dwa przetrzymywane tytuły i biorę z nowości najcieńszą książkę, jaka dostrzegam na półce. „Druk drobny, ale tylko sto stron… – myślę, sprawdzając objętość „Krwi o świcie” Claudii Salazar Jimenez i przelatując wzrokiem tekst z tylnej okładki. – Mroczna historia Peru… losy trzech kobiet… „Świetlisty Szlak”… To może być całkiem ciekawe i do przeczytania nawet w jeden dzień.” Ha! Gdybym zajrzał jeszcze do środka…
brak prądu całkowita ciemność gdzie to? wszędzie jaka przyczyna? wieże wysokiego napięcia przewrócone bomby eksplozja wszystko zmiecione rozwalone wysadzone byłaś z innymi? gotowałam obiad w domu czekałam na męża zgasło światło przepisywałam na maszynie protokoły z zebrania nie ma prądu wywoływałam zdjęcia nie ma prądu trzeba znaleźć świeczki nie starczy sześć stron dwie wieże obrzeża stolicy co mówisz? nie możesz tego podpisać towarzyszko ciemność wyłączenie z historii poddać się albo wybuch bomby wiesz co zrobili?
Jezus Maria! Arcydzieło ambitne jebane musiało mi się trafić!
Wykład o gotyckich krucyfiksach pani z Narodowego Instytutu Dziedzictwa w Olsztyna mimo niesprzyjającej pogody ściągnął całkiem sporo osób, chyba tak pod trzydziestkę nawet. Nie jestem pewny, czy spotkanie było warte aż takiego zainteresowania. Od połowy prelekcji bardziej niż treść wykładu zajmuje mnie walka z obezwładniająca sennością. Nie żeby pani mówiła aż tak nudnie, raczej pogoda tak mnie przygniotła. Gdy o 18:15 wracam do domu od razu walę się na tapczanik babki i drzemię przez dwie godziny.
Po dwudziestej wychodzę jeszcze do Biedronki po kawę. Mama chciała żółte Tchibo², ale tego akurat nie ma (wykupili). Ani niczego ciekawego w promocji, więc tylko przeprowadzam wózek przez sklep i idę do Gamy (d. Nemezja). A tu niespodzianka, kawa nie dość, że jest, to jeszcze o złotówkę taniej, niż w supermarkecie. Ale co się przeszedłem, to moje.
___________
¹ Szczęśliwie miałem resztki w torebce, inaczej makaron musiałbym chyba gotować. Albo ryż.
² Mam w planach wyjazd na wieś. W środę. Powrót w piątek najwcześniej.




To, że jesz cokolwiek, już wiem. Ale że czytasz cokolwiek, to zaskoczenie. Swoją drogą, dodanie kaszy manny do fasolki, to chyba gorszy pomysł niż makaronu. Kluski z sosem pomidorowym i fasolką, chyba bardziej pasują.
Skoro masz tyle słoików, to nagotuj sobie jakiś dobroci i spożywaj. Przecież umiesz gotować.
Kaszy było akurat tyle, by zagęścić fasolkę.
Ostatnio mam czytelniczy spadek, ale jednak do czegoś tam staram się zaglądać. Może nie codziennie, ale na tyle często że nadal się łapię do tej polskiej mniejszości systematycznych czytelników. Tu masz zestawienie moich tegorocznych lektur, gdybyś był zainteresowany tytułami.
Lista lektur mi się przyda. Ostatnio pracuję tyle, że nie mam czasu na czytanie. Trzeba to zmienić.
A wracając do naszej poprzedniej dyskusji o smogu, specjalnie dla ciebie. Jest źle i ma być jeszcze gorzej. Niedługo w maskach tlenowych będziemy chodzić.
Przy takim powietrzu maska antysmogowa by się niewątpliwie przydała.
A ta fasolka nie była aby przeterminowana, albo po otwarciu za długo nie stała? Nawet gotowe dania jakiś tam poziom trzymają, więc trudno mi uwierzyć że oni swoim klientom sprzedają takie coś… Chyba że myślą przewodnią owej firmy jest powiedzenie, że człowiek nie świnia, wszystko zeżre… 😅 Obyś się tylko tą fasolką nie zatruł…
Po prostu jestem przyzwyczajony do innej fasolki, takiej jak się gotowało u mnie w domu, czy jaką kiedyś gotowałem sam. Z dużą ilością warzyw (marchwi głownie) i tak gęstej, że łyżkę można było w niej stawiać.
Doskonale to rozumiem bo sam innej nie znam 😉 Umówmy się, te dania ze słoików nigdy do domowego jedzenia się nie zbliżą, dlatego zamiast jeść ten syf poświeć trochę casu i sam coś ugotuj, szczególnie że coś nie cos w kuchni potrafisz 😉
W jednoosobowym gospodarstwie nie mam żadnej motywacji do działań w kuchni.
Ale każdy chce smacznie zjeść. A że masz słoiki to zawsze możesz wekować…
Nie wiem, czy każdy. Niektórzy chyba nie przywiązują wielkiego znaczenia do tego, co jedzą.
Ja właśnie dzisiaj jadę, bez względu na pogodę.
Bo pewnie autem własnym. Ja w mieście na przystanek autobusowy mam blisko, ale na wsi będę musiał iść ponad kilometr. Przy porządnej ulewie żaden parasol mi nie pomoże. Na szczęście środa jest dość ponura, ale na razie nie pada zbyt intensywnie.
Trafiliśmy na kanie i podgrzybki oraz parę borowików. Wszystko młode, co bardzo dziwne o tej porze roku.
Długo było ciepło, popadało trochę, to i grzyby rosły.
Już sama „mroczna historia Peru” by mnie chyba odstraszyła 😉
– napisała czytelniczka książek o służbie zdrowia, też tej polskiej.
:D
„Mroczna historia” to z opisu na okładce. Akcja dzieje się po prostu w latach 80. i 90. gdy w Peru trwała poniekąd wojna domowa, czyli walka z terrorystycznym „Świetlistym Szlakiem”.
No bo polska służba zdrowia mnie dotyczy (na nieszczęście), a wojna domowa w Peru nieszczególnie (na szczęście) 😂
Aha.
cieszy, że przyszła refleksja, że lepiej ugotować samemu niż kupić gotowe (też kupuję, ale ograniczam do gotowanych warzyw, sałataki z ogórków itp)
Da się kupić rzeczy gotowe i smaczne. Tyle, że przeważnie to dość drogo wychodzi.
nie ma umilacza?…
Nikogo nie interesują moje czasoumilacze, nikt ich nie potrzebuje.
Wszystko w porządku? Gdzie nam znikłeś?
:)
A wystarczyło przeczytać ostatnie zdanie wpisu by wiedzieć, że Hebius nie został porwany przez kosmitów tylko relaksuje się na wsi! Mam za swoje! 😅 No nic, czekamy na powrót.
Już wróciłem.
To dobrze :)
Ale nie na długo, bo chyba mój komputer postanowił już umrzeć.
No, nieeee. I Twój też?
Chyba to był fałszywy alarm. Ale komputer jest dość wiekowy i w sumie już mógłby zejść. Nie będzie dla mnie zaskoczeniem, gdy się któregoś razu nie uruchomi.
Rób kopie:)
Robię systematycznie, przynajmniej raz w miesiącu.
Aż tak opadłeś z sił po wizycie na wsi że na blogu ciągle wtorek, czy to efekt lenistwa? 😉
Nie wiem.
Mogłem opaść z sił mentalnie. Albo przygniotła mnie świadomość bezsensu tego mojego pisania.
Jakiego bezsensu skoro są ludzie którym się chce zaglądać do Ciebie każdego dnia i czytać to co piszesz?
Bez obrazy: chyba nienormalni jacyś :D
😅😅😅😅
Łukasz też sobie czasem taką fasolkę w słoiku kupuje jak go najdzie.
Lepiej gotować samemu, o wiele smaczniejsza wychodzi.
i zdrowsza ale ja nie lubię to dla jednej osoby mi się nie chce
Ale to można przecież zrobić więcej i samemu zawekować. Ja tak teraz z zupami robię, bo na jeden obiad dla jednej osoby to się ani chce, ani udaje cokolwiek ugotować.
Ale to można przecież zrobić więcej i samemu zawekować. Ja tak teraz z zupami robię, bo na jeden obiad dla jednej osoby to się ani chce, ani udaje cokolwiek ugotować.
sporo Ci dubluje komci :)
Więcej niż widać, bo część udaje mi się w czas skasować. WordPress nie działa ostatnio tak, jak powinien.