– A wiśnie wiszą – mówi mama. – Kogo się pytam – nikt nie chce. Cukier drogi, napracować się trzeba. Ludzie wolą kupować gotowe soki, czy dżemy, niż robić przetwory. Nic się nie opłaci… Takie czasy.
– Mają pieniądze, to kupują. Ja robię przetwory, bo wolę ich smak, niż kupnych.
Po trzynastej noszę swojego leciwego Poljota do zegarmistrza (pękła sprężyna), a przy okazji (i po drodze) robię zakupy to tu, to tam, po kolei: Mistrz Jan, apteka, sklep ze wszystkim, wg Barbary nazywany „Śmietnikiem”, salonik RUCH-u, Gama (d. Nemezja)… I jeszcze przy klepsydrach zaliczam krótką rozmowę ze znajomą z pracy, a teraz się męczę, próbując sobie przypomnieć, jak kobiecie na imię… A! Już mam! Zosia! Gryzło mnie od obiadu, a jak zacząłem pisać, od razu przyszło do głowy!
Zza chmur coraz częściej wyłazi słońce, temperatura wzrosła do 26°C, zegarmistrz daleko, wracam zmęczony i przepocony.
Wieczorem kończę „Bliskich” Annie Ernaux (z biblioteki przyszło już przypomnienie o terminie zwrotu). W planach na najbliższe godziny kolacja przy odcinku „Detektywa z wybrzeża” i długo nocny spacer.
edit. (23:30)
Ze spaceru zwolnił mnie deszcz. Na szczęście zasiedziałem się przy komputerze, nie wyszedłem od razu po filmie, dzięki czemu uniknąłem zmoknięcie, czy wręcz dokładnego przemoczenia, bo opad by mnie złapał mniej więcej w połowie trasy.




Znajoma z pracy? Nie spodziewałam się, że aż tyle mnie ominęło! A wiśnie rwałabym!
Nic cię nie ominęło. To znajoma z dawnej pracy. I nawet wtedy praca oficjalnie nie była moja, tylko mamy, a ja tam tylko trochę pomagałem.
Haha! To niezła zmyłka!
Tak. Nie byłem dość precyzyjny w swoim wpisie.
Też wolę swoje przetwory, niż zw sklepu.
I to rozumiem :) Chociaż kupne soki też są OK.
U mnie wiśnie od dawna już nie wiszą, ale i ze smutkiem stwierdzam, że tym roku było ich mniej niż zwykle. Za dżemami wiśniowymi nie przepadam, ale już za sokiem i owszem. Fakt, w tym roku choćby patrząc na ceny cukru to rzeczywiście nie opłaca sie robić, ale i żal by się marnowało skoro już natura dała…
U nas (u rodziców, gdy byłem jeszcze dzieckiem) kiedyś najlepiej szły wiśniowe kompoty. A teraz nawet drylowane wiśnie w syropie stoją w piwnicy latami.
Bo i nie ma komu jeść skoro zjawiasz sie tam tak rzadko.
Niewątpliwie masz rację.
Swoja drogą nie myślałeś by sie na stałe na wieś przeprowadzić? Przynajmniej powietrze świeże i przyroda.
Hmmm…
Przeprowadzić z własnego mieszkania do wynajmowanego w nieocieplanym budynku, w którym właściciel dokonuje tylko minimalnych remontów, bo czeka, aż wymrą ostatnie lokatorki, żeby mógł spokojnie budynek zburzyć?
Z mieszkania z centralnym ogrzewaniem, do takiego, w którym trzeba palić samemu? Z kuchnią o połowę mniejszą od tej, którą mam teraz i łazienką ślepą, a tak ciasną, że bym się nie mógł w niej przewrócić, bo się zatrzymam na którejś ścianie?
Na wieś, gdzie nie ma żadnej pracy, a w sklepach wszystko jest droższe, niż u mnie w mieście i z krótkim terminem przydatności do spożycia?
Żeby nie korzystać z Internetu, oferty kulturalnej muzeum, bibliotecznego księgozbioru i mieć za jedyną rozrywkę radio i publiczną telewizję?
Żeby być bliżej bratowej, gdy najdzie ją chęć do rozmowy o nerwicach, czy depresji męża?
Zaiste, kusząca wizja :D
🤣🤣🤣
No tak, same plusy!
Ale za to wtedy można wynająć swoje mieszkanie!
Nie dość, że będzie Cię stać na droższe ceny w sklepach, to dodatkowo nie będziesz musiał iść do pracy ;)
W paleniu odciążysz mamę, a Internet na pewno da się podłączyć. Z Biblioteki możesz przecież korzystać robiąc co jakiś czas wycieczki do miasta, a do kulturalej oferty Miasta i tak się zazwyczaj przymuszasz (albo przynajmniej czytelnik odnosi takie wrażenie ;)).
Same plusy!
Będąc teraz na wsi nie czytałem, nie pisałem, raz się przymusiłem do włączenia radia (na trzydzieści minut może) i odszukania Dwójki, nie byłem zainteresowany żadnymi wiadomościami z kraju i ze świata, i nie odczuwałem najmniejszej nawet braku Internetu i kontaktu z innymi ludźmi.
W kilka miesięcy po tym, jak wróciłem na wieś z Gdańska (po odbyciu zasadniczej służby wojskowej) zerwałem kontakty z zamiejscowymi znajomymi, z którymi prowadziłem długoletnią korespondencję (od nielicznych miejscowych zawsze trzymałem się na dystans). Myślę, że teraz poszłoby mi to szybciej i prościej, bo bez pisania jakichś wyjaśniających listów :) Poszłoby i zapewne pójdzie za chwilę, jak już przestanę się utrzymywać na powierzchni :)
Faktycznie 😅
:)
A’ propos opłaci.
Puścił szew w portmonetce, tam gdzie kieszonka na drobniaki no i wypadają.
Szewc zaprzyjaźniony powiedział, że on nie ma jak chwycić i żeby do kaletnika.
Kaletnik obejrzał i natychmiast zdiagnozował: tu trzeba skórzany paseczek podłożyć, coś tam coś tam i będzie.
– Za ile?
– Za 25 zeta.
Jasna sprawa, że raczej zrezygnuję z noszenia drobnych 😂
Jeśli portmonetka porządna ja bym chyba zapłacił. Sam zaniosłem teraz do naprawy stary zegarek, chociaż prawie go nie używam, a w razie potrzeby mógłbym spokojnie zastąpić zegarkiem po dziadku.
Skórzana, pamiątkowa w pewnym sensie – ale już dość podniszczona, więc inwestowanie w nią wydaje mi się nielogiczne. Do tej pory była w porządku, bo płaciłam tylko kartą i drobnych nie nosiłam, a teraz, gdy emeryturę Ojczastemu przynosi listonosz, wypada posiłkować się przy codziennych zakupach gotówką 😁
Rozumiem.
Skończyłeś „Bliskich”, bardzo dobrze.
Teraz jeszcze „Lata” 😁
Nie, teraz sięgnę po coś lżejszego. Już zarezerwowałem kryminał oficjalnej kontynuatorki przygód Herkulesa Poirota.
Nowa profesorowa Szczupaczyńska w listopadzie się pojawi.
Może sobie serię odświeżę.
Mam nadzieję, że piąty tom będzie ciekawszy niż czwarty (moim zdaniem był najsłabszy)
Ten z weselem? Ja bym niżej stawiał drugi, ten z handlarzami żywym towarem.
Zosia – piękne imię.
:)
Ja zdecydowanie przetworów nie robię, ale kupowanie lokalnych przetworów to fajna sprawa.
Tylko, że one są przeważnie o wiele droższe, niż sklepowe.
Tak zazwyczaj jest (i jest to dość logiczne).
:)
ja czekam z biblioteki na najnowszą Lackberg ale kolejka się ustawiła :)
Na drugi tom „Mentalisty”? Nie zdążyłem jeszcze przeczytać pierwszego.
no to nie jesteś prawdziwym fanem Kamilki :D
Mama już jej nie chce czytać, to i ja jakoś odpadłem :)
w tym wieku żeby się nadal tak słuchać mamy to wręcz godne pochwały :D
Nie, no kiedyś tam pewnie wypożyczę tego „Mentalistę” i nadrobię. Ale jak ogólnie w Lackberg wszedłem tylko dlatego, że kupowałem kolejne tomy jej kryminałów mamie na prezenty z różnych okazji (gwiazdka, urodziny, Dzień Matki). Kupowałem i sam czytałem, z przyjemnością, ale niejako przy okazji :)
aha czyli robiłeś jak Łukasz. On też czasem czyta książki kupione na prezent. Ja tak nie robię ja potem je pożyczam od tej osoby :)
U mnie bywa z tym różnie. Lackberg i Milenium Larssona czytałem przed oddaniem, a z książek Dana Browna (bo mama też go lubi) do tej pory jedynie „Ostatni symbol” przeczytałem Resztę widziałem w ekranizacji i jakoś nie chciało mi się poznawać wersji literackiej.
nie ma co na siłę. Mnie do Lackberg i Millenium nie trzeba było ciągnąć. Lubię i czytam wszystko co wpadnie. Ale chyba jednak najbardziej to chłonęłam Tess Gerritsen ale już wyklepałam wszystko co napłodziła
Do thrillerów medycznych mnie nie ciągnie. Nawet ze szpitalnych seriali oglądałem tylko „Szpital na peryferiach” i dopiero teraz „The Good Doctor”.
o kurde nie oglądałeś Ostrego Dyżuru ???? :O szok i zaniedbanie … znaczy tfu niedowierzanie
Ani „Ostrego dyżuru”, ani „Chirurgów”, nawet „Hausa” tylko sporadycznie, jakieś przypadkowe odcinki.
chirurdzy mnie nie porwali specjalnie ale Ostry Dyżur polecam. Bardzo mi się podobał ten serial
Może kiedyś.