23°C. Wietrznie. Z przejściowym zachmurzeniem i przelotnym deszczem w okolicach osiemnastej.
Nie chce mi się czekać ze spacerem do zmroku i wychodzę z domu już po dwudziestej pierwszej. Wybieram dłuższą trasę. I odwrotny kierunek marszu, przez co mam wrażenie, jakbym przez większość czasu szedł pod górkę. Niewykluczone, że tak właśnie było¹. Na Pileckiego² mijam Marka jadącego ścieżką rowerową po przeciwnej stronie ulicy. Myślałem, że mijam go niezauważenie, ale jednak nie. Marek zawrócił na rondzie, a po chwili dogonił mnie i zechciał towarzyszyć do końca spaceru. Idę szybciej, on jedzie wolniej, rozmawiamy o zmianach w mieście, dokonanych i planowanych (burmistrz ma do wydania coś około ośmiu milionów na pierdoły z Polskiego Ładu), o trasach do chodzenia i jeżdżenia. W sumie to było lekko męczące, ale całkiem miłe spotkanie.
________
¹ Normalnie, gdy idę niezgodnie z ruchem wskazówek zegara, mam tylko jedno strome podejście na Skłodowskiej-Curii.
² Przypominam – Aleja Rotmistrza Pileckiego wygląda tak:

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Marek jechał ścieżką po lewej, od strony ogrodów działkowych. Ja szedłem chodnikiem po prawej, od skraju osiedla. Zaczęło się już mroczyć na tyle, że włączyły się latarnie. I że też mnie wypatrzył i rozpoznał! Co jest tak charakterystycznego w moim wyglądzie (chodzie?), że nawet po zmroku nie mogę zachować anonimowości?



