– A jakże z tym pamiętnikiem?
Przyrzekła mu przynieść swój pamiętnik, zaniedbany już wprawdzie od trzech lat, lecz stanowiący niemal codzienne kroniki jej życia, jeszcze od dzieciństwa.
Podała mu gruby tom w płóciennej oprawie.
— Chcę, byś to przeczytał — powiedziała, rumieniąc się. — Ale proszę cię! Nie śmiej się ze mnie. Byłam kiedyś bardzo głupiutka, a… nie wiem, czy z biegiem lat udało mi się zmądrzeć.Tadeusz Dołęga-Mostowicz, Znachor
4:45 Jeszcze nie zdążyłem zasnąć. Balkon jest zamknięty, ale mimo to słychać, jak kierowca od Mistrza Jana hałasuje koszami z pieczywem. Albo czymś innym. Hałasuje w każdym razie, jak nigdy.
8:00 Budzę się bez potrzeby i sprawdziwszy, że to jeszcze nie dziesiąta szybko zasypiam ponownie. Pewnie coś mi się przyśniło, ale nie pamiętam co.
9:20 Można jeszcze podrzemać pół godziny.
10:00 Wynoszę na balkon koc, żeby się trochę przewietrzył, przez co dzwonię na wieś ciut później.
– Zaspałeś? – pyta mama.
– A co? Nic mama nie robił, tylko siedziała i patrzyła na zegarek? – zgaduję.
– Obiad mam już ugotowany to przysiadłam i czekałam na telefon.
Rozmawiamy przez dwadzieścia minut. O niczym nadzwyczajnym.
– A może w poniedziałek przyjedziesz po jabłka?
– W poniedziałek? Myślałem w połowie miesiąca, żeby można było od razu porządek na cmentarzu zrobić.
– Racja…
– Ale zobaczymy jaka pogoda będzie. Mogę w poniedziałek i drugi raz później.
– Na górze są ładniejsze, wysoki jesteś, to sobie zerwiesz. Zastanawiam się, czy dzisiaj pigwy nie zebrać. Na jednym krzaku jest już żółta, dojrzała. Drugi później kwitł, to pigwy są jeszcze zielone i mogą powisieć.
– Te żółte też by mogły jeszcze powisieć.
– Deszcze zapowiadają na sobotę, niedzielę, to by było lepiej zebrać owoce już teraz.
11:00 Czekając, aż zagotuje się woda na kawę obieram ziemniaki, a zasiadając do śniadania nastawiam zupę. Planowo na obiad dzisiejszy i sobotni, ale nie wiem, czy i w niedzielę się uporam z tym garem, który mi się nagotował, bo jeszcze parówki muszę zjeść (700 gram), którym się kończy termin przydatności do spożycia.
13:00 Na termometrze 26°C. W radiu (PR2) jakiś Mozart, w necie nic zajmującego. Coś gdzieś czyta, coś gdzieś piszę. Miałem nie zaglądać na forum – zaglądam. Miałem się odezwać do Czartogromskiego – nie odzywam się.
14:30 Zjadłem parówki. 1/3 opakowania.
15:30 Zjadłem talerz zupy. 1/4 pojemności gara?
16:30 Odgrzebuję w drugiej piwnicy motyczkę¹, wyciągam kilka najsłabiej wyglądających pudeł do wyniesienia na śmietnik (za każdą wizytą w piwnicy staram się wybrać ze zgromadzonych tam bogactw coś, co mi się już na pewno nie przyda), zabieram komórkę (jednak) i wychodzę na cmentarz. Kartony mocno zakurzone, więc próbuję je nieść trzymając jak najdalej od ubrania, z jednej strony trzymając ręka, z drugiej podpierając, odpychając haczką.
– Hej! – słyszę za plecami, gdy jestem może na dziesiątym metrze drogi ku kontenerom z makulaturą. – A co ty tam tak walczysz motyką z pudłami?
Odwracam się, a to Kunegunda. Zjawiła się po walizkę, oczywiście.
– Jesteś z Ingmarem? – pytam. – Szkoda, że nie wcześniej. Mógłbym się z wami zabrać na wieś. Ale teraz mam porządki na cmentarzu i nie będę zmieniał już planów.
– Mogę spytać, czy cię zabierze.
– Nie, nie trzeba. A kiedy ty masz ten swój wyjazd do Grecji?
– Jutro.
Nie przeciągam dłużej rozmowy, skoro kierowca czeka w aucie.
16:45 Na termometrze na pewno jest tylko 26°C? Powietrze jest tak cieple, że aż oblepia. Zmęczyłem się zanim dotarłem do cmentarnej górki. Hakanie, grabienie, wybieranie zielska, mycie pomnika idzie mi wolniej niż w żółwim tempie. A po skończeniu pracy muszę chwilę przysiąść na ławce i odpocząć.
18:15 Po powrocie do domu tylko się myję, nawadniam i walę jak kłoda na kanapie, nawet bez włączania radia, żeby mi umilało drzemkę (sprawdziłem wczoraj w ramówce, że nie będzie nic dla mnie).
20:20 Zastanawiam się przez chwilę, czy jeszcze nie pospać, ale nie, nie tym razem. Wstaję, szykuje sobie kolację, odpalam komputer…
21:36 Na Facebooku widzę informację, że zmarł prof. Michał Głowiński. Przykra wiadomość.
Nocne spacerowanie już sobie dziś daruję.
_____________
¹ Oddawałem bratu wszystkie narzędzia ogrodnicze, ale przez trzy lata nie znalazł czasu, chęci, możliwości do zabrania sprzętów na wieś. No i w sumie bardzo dobrze, bo mam teraz z czym iść na chwasty. A oferta darowizny straciła już swoją aktualność. Co jest niech leży, gdzie leży. Jeść nie prosi, miejsca dużo nie zajmuje, a może się kiedyś przyda jeszcze do czegoś. Tak jak teraz ta haczka.




A mnie kuźwa spora część pigwy na drzewie gnić zaczęła. Cholera wie co się w tym roku z nimi stało. Resztę musiałem lekko przedwcześnie zerwać, bo zapewne podzieliły by los tamtych. Coś się cholerka dzieje, bo słyszę że ludzie w mojej okolicy narzekają na gnijące jabłka czy gruszki… Nie prościej podać liczbę parówek? Kto z nas może wiedzieć jakie to było opakowanie? 😉
Przecież wagę podałem – 700 gram :D
Parówki były z tych cienkich, paluszków. Wczoraj zjadłem pięć.
A co robisz z pigwy? Mama wczoraj z tego jednego krzewu zerwała wiadro (po farbie, 10 litrowe) owoców.
U mnie się robi dżemy, choć to dość pracochłonne. Choć przy dżemach ogólnie trzeba posiedzieć…
Jadłem, ale sam nie robią. Przy pigwie to faktycznie za dużo zachodu. Szybciej pokrojoną drobno zasypać cukrem i brać później sok do herbaty. Albo do pigwówki.
Parówki mrożę. Z uwagi na Ojczastego zaczęłam kupować takie duże opakowania (bo to jeden z fundamentów jego śniadań i kolacji) – zasięgnęłam rady internetów, które powiedziały, że można mrozić, bo nie wiedziałam w sumie 😁
Najpierw pakowałam do woreczków po dwie sztuki, ale wkurzała mnie ta ilość plastiku zużywanego i spróbowałam hurtem w dużym pojemniku. Przy wyjmowaniu trzeba tylko oderwać potrzebną ilość od pozostałych 😂
Ja przy mrożeniu zużywam foliowe woreczki po chlebie.
I opakowania po chipsach, których już teraz nie kupuję, ale opakowań mam spory zapas :D
Jeżeli talerz to 1/4 pojemności gara, to to nie jest żaden GAR, tylko zwykły GARNEK 😂
Może trochę przesadziłem z pojemnością talerza :D Ale brałem dolewkę, więc w sumie przesadziłem niewiele.
Garnek jest trzecim z kompletu*, więc ma chyba cztery litry. Najmniej. Na jedną osobę to jednak zdecydowanie za dużo. Dawno zupy nie gotowałem i nie wiem, jakieś zaćmienie mnie dopadło, gdy lałem wodę, kroiłem ziemniaki i sypałem warzywa.
____
* Komplet pięciu sztuk. Najmniejszy garnek dwulitrowy, a każdy kolejny chyba o litr pojemniejszy od poprzedniego.
Pamiętam, jak babka kupiła ten komplet i wróciła podwójnie zadowolona ze sklepu. Raz, że sama kupiła i przyniosła. A drugi, że takie ładne i porządne jej się trafiły. To, że jest wiekowa, a jeszcze sobie sama radzi myślę, że cieszyło ją mocniej niż jakoś (wysoka, cena pewnie zresztą też) zakupu.
Jesteś wysoki! :-)
Tak w miarę. Kiedyś miałem metr osiemdziesiąt dwa.
Jaką kawę pijesz?
Rozpuszczalną. Teraz dwie łyżeczki na kubek 400 ml. Woda z mlekiem prawie pół na pół. I dwie łyżeczki cukru.
Pewnie smakuje bardziej jak kawa zbożowa niż inna. W domu zazwyczaj nie mamy mleka, więc u nas bez mleka, bez cukru, i tylko normalna (taka co ją trzeba mielić).
Nie wiem. Nie jest w ogóle podobna do kawy Inki, a inne zbożówki pijałem zbyt dawno by kojarzyć, jak smakowały.
Pijałam tylko inki (chyba), nadal lubię ich smak, ale ponieważ przerzuciłam się na prawdziwą kawę, nie piłam inki dobrych kilka lat.
No to gdybyś chciała kiedyś do Inki wrócić – w kawie rozpuszczalnej jej smaku nie odnajdziesz.
Ja już nie jem parówek odkąd się zatrułam i obejrzałam film Jak się produkuje parówki
Dziękuj :D
Po tym, jak mama któregoś roku zahodowała kaczki (nie wiem, z 10 lat może wtedy miałem, chyba nie więcej) przestałem jeść kaczynę.
A widok krowy zaganianej na ciężarówkę, która miała ją zawieźć do rzeźni (ależ to zwierzę było przerażone) na dobre zniechęcił mnie do jedzenia wołowiny, która w domu i tak się pojawiała u nas dość rzadko, bo mamę wystraszyła choroba wściekłych krów (Bovine Spongiform Encephalopathy, BSE).
Ale jakoś do wieprzowiny nawet wiejskie, publiczne świniobicia (nawet takie drastyczne, gdy niedorżniętym świniak kwicząc przeraźliwie* uciekał rzeźnikom-amatorom i się wykrwawiał, marnując krew na kaszankę, a ludzie ganiali go po podwórku) nigdy mnie nie zniechęciły.
________
* W sumie ten przeraźliwy kwik był chyba przy wszystkich wiejskich świniobiciach.
Pisząc to myślałam o składzie chemicznym parówek i innych odpadów które się w nich znajdują.
Wiem.
Tzn. domyślałem się :)
To ile masz wzrostu, jeśli można wiedzieć?
Kiedyś miałem metr osiemdziesiąt dwa. Ale ze trzydzieści lat minęło, jeśli nie więcej, od ostatniego razu, kiedy się mierzyłem.
Jednorazowo 700 gramów :-) może zaszkodzić
700 gram w opakowaniu. Na obiad zjadłem 1/3 paczki.
Nie wiem, być może to też trochę za dużo.
wcześnie przyszła po walizę ;)
Parówki można mrozić człowieku. Ja kupuję frankfurtki w paczce pół kilogramowej dla Lu i zostawiam zwykle ze 3 w lodówce a resztę mrożę i on sobie potem po 2-3 wyjmuje i gotuje.
Ale z tego co kojarzę, to ty chyba nawet chleb mrozisz :D
ja już wszystko mroże nawet latem zamroziłam sobie 2 wiązki szparagów :D
A u mnie w zamrażarce chyba znowu stoją głównie pojemniki z wodą :)
a po co mrozisz wodę ?
Bo słyszałem, że nie jest dobrze mrozić pusty zamrażalnik.
o krystyno … no to weź tam jednak jakieś jedzenie daj
Nie będę przecież robił na siłę jakichś zapasów. Jak babka była na chodzie i się jadło więcej mięsa, zamrażarka była potrzebna i wykorzystywana. Teraz mrożę tylko jakieś nadmiarowe obiady.