Słonecznie i ciepło, 22-24°C.
Sobota
Po trzynastej wychodzę na cmentarz posadzić pelargonie u dziadków i sprawdzić, czy napis na tablicy dobrze wygląda. Wybrałem opcję z zeszlifowaniem starego i wypisaniem wszystkiego od nowa, z pełnymi datami urodzin i zgonów. Wyszło ładnie. A na dole zostało jeszcze tyle miejsca, że będzie można bez problemu i mnie dopisać. Nawet gdyby dodać przydomek do imienia, może tylko ciut mniejszą czcionką wszystko. Jeśli się trochę wkręcę w rodzinę Leszka (ma trzech fajnych synów), to może któryś z nich się tym zajmie, gdy już będzie trzeba. Bo na bratanicę chyba nie mam za bardzo co liczyć. Nieważne.
Wyrzuciłem zwiędnięte wiązanki, wymyłem pomnik. Do domu wróciłem przed szesnastą, już z lekkim bólem głowy, bo jednak słońce przyświecało dość intensywnie, a ja nie miałem czapki. Na szczęście paracetamol pomógł i dałem radę funkcjonować wieczorem.
Po dwudziestej pierwszej idę do Biedronki. Zazwyczaj sobotami brałem Somersby i chipsy. Teraz podstawa moich zakupów to zapas wkładów do zniczy, dla siebie i na wieś, bo wybieram się we wtorek, na rocznicę ojca. Patrząc po rachunku, alkoholizm jest o wiele tańszym hobby od kultywowania pamięci zmarłych.
Niedziela
Przespałem osiem godzin jednym ciągiem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mi się to udało. Może, gdy nocowałem w Warszawie po Paradzie Równości w 2018 roku?
Ranek spędzam na Facebooku, porządkując profil i ustawiając posty, które mają się wyświetlać dla niestandardowej grupy Rodzina i others. Bo dodałem Maję (sąsiadkę) do znajomych, ale przy ograniczonym dostępie nie widzi u mnie nic. Marudną, a bezsensowną pracę (komuś będzie się chciało przeglądać moje aktywności od 2009 roku?) przerywa telefon. Od wzmiankowanej Mai.
– Może chciałbyś z nami na wycieczkę rowerową pojechać? – dziewczyna zaczyna konkretnie. – Jakbym rower dla ciebie pożyczyła.
– Ale ja jestem taki dość masywny – przypominam. – Żeby nie było później problemów, jak się pode mną złoży.
– Już nie przesadzaj. To jak, pojechałbyś?
– No nie wiem… Ciepło jest.
– Po siedemnastej.
– W sumie mógłbym. Jeśli znajdziesz ten rower. I jeśli nie wybierzecie żadnej karkołomnej, długiej trasy. Bo ja dawno nie jeździłem rowerem, dziesięć lat najmniej.
– Bez obaw. Trasę wybiera Marek¹. Powiem, żeby wybrał łatwą.
– Dobrze. Niech będzie – godzę się bez większego entuzjazmu, pełen nadziei, że może to jednak nie wypali.
– To jesteśmy umówieni.
Rower oczywiście się znalazł (w garażu Sławka) i po siedemnastej wyjeżdżamy w piątkę (Marek, Maja, Sławek, Julia i ja) na spokojną rundkę wokół jeziora Mój. Początek był dość ciężki, nie powiem, ale jak już opanowałem z grubsza obsługę przerzutek, jazda stała się całkiem przyjemna. Zwłaszcza jeśli trasa biegła dobrą drogą, z górki i zapomniało się o cholernie niewygodnym siodełku.
Ruch rowerowy był spory, tempo jazdy też (jednak²), bardziej niż podziwianiem widoków zajmowałem się pilnowaniem pionu i pobocza ścieżki rowerowej, ale w sumie było fajnie. Odpocząłem (psychicznie), zrobiłem trochę zdjęć, głównie na postojach, które były dwa. Pierwszy w lesie nad jeziorem (Sławek poczęstował mnie mandarynką, panie jedzą kanapki) i drugi, na przeciwległym brzegu, na plaży miejskiej z bogatą wypoczynkową infrastrukturą (Unia sfinansowała).
Rozmawiało mi się swobodnie i z Mają, i z jej atrakcyjnym narzeczonym. Tylko Julia trzyma się cały czas na dystans od całej grupy. Jak jechała, to na końcu. Jak się rozłożyliśmy na hamakach na plaży, to ona gdzieś znika (później się okazało, że została przy rowerach na parkingu). Aż mnie to zaczęło tak uwierać (i w sumie śmieszyć), że w końcu nie wytrzymałem.
– Coś się stało, że Julia mnie unika? – pytam Mai. – Nie pasowało jej, że jadę z wami na wycieczkę.
– Nie, na pewno nie.
– Bo wiesz, jeśli sobie pomyślała, że chcecie nas swatać, to będziecie mieli teraz problem, żeby ją udobruchać.
– To na pewno nie to.
– Bym nie był taki pewny. Ale to już nie moje zmartwienie. Mówiłem przecież, że nie szukam żony.
Do Kętrzyna wracamy o 20:40. Jeszcze odprowadzam ze Sławkiem rower do jego garażu (facet chyba czuje się trochę niezręcznie, gdy zapada milczenie, więc mówi o sobie i to sporo), a później idziemy (600 metrów) pod blok, w którym mieszka i jedziemy na stare miasto samochodem. Bo Sławek chce jeszcze zajść do Mai.
Jestem w domu prawie punkt 21:00, akurat na telefon mamy, która już była chyba lekko zaniepokojona, że o dwudziestej nie zastała mnie w domu.
____________
¹ Marek to kolega mojego brata z ogólniaka. Był nawet kiedyś u nas na wsi (- A ja się tak zastanawiałem, skąd cię znam – powiedział, gdy mu przypomniałem kilka szczegółów.), więc szybko złapaliśmy dobry kontakt.
² Jak dla mnie. Google twierdzi, że na te 23 kilometry wystarczy godzina i osiemnaście minut.



