Budzę się o trzeciej pięć i cicho (by przypadkiem mamy nie obudzić) wędruję do kuchni celem uzupełnienia płynów (z tego otwartego kartonu soku jabłkowego babcia nie upiła już chyba nawet łyka). Przy okazji biorę też kolejną tabletkę paracetamolu, żeby zdusić w zarodku powracający ból głowy. A później wracam do pościeli (śpię na tapczaniku babci) i przewracam przez godzinę z boku na bok, bo nie mogę ponownie zasnąć. Mama budzi się normalnie po piątej, co mnie też od razu budzi. Do szóstej próbuję jeszcze drzemać, ale że to próbowanie nie ma najmniejszego sensu, też wstaję i dołączam w kuchni do mamy. Pijemy kawę, rozmawiamy. Mama ma autobus do domu o dziewiątej (jedzie po żałobne ubranie, wróci w piątek). Zastanawiam się, kogo bym mógł jeszcze powiadomić o śmierci babci. Litwa wie, rodzina ze Śląska chyba też¹, miejscowych powinna powiadomić kuzynka Aldonka², a jeśli nie powiadomi, to żadna strata. Mama nie może jej przebaczyć, że przez minione dziewięć lat nie znalazła nawet jednej chwili, by odwiedzić babcię (- A wcześniej było „Kochana ciociu, kochana ciociu…” Wyrachowany fałszywiec!) i chyba najchętniej w ogóle by jej na pogrzebie nie oglądała. Do córki babcinej przyjaciółki ze Szczytna dzwoniłem wczoraj. Miała przekazać smutną informację reszcie rodzeństwa i dać znać, gdyby ktoś się do Kętrzyna wybierał. Przed ósmą dzwonię do pielęgniarki środowiskowej. Babcia ją lubiła, a ona może trochę babcię, bo nawet przed tym złamaniem, które położyło babkę do łóżka, przy przypadkowych spotkaniach w mieście pytała o babcine zdrowie. Gdy przychodziła zmieniać opatrunki przy pierwszej poważnej babcinej odleżynie, opowiadała z żalem, że kiedyś opiekowała się z oddaniem jakimś pacjentem, a gdy umarł, rodzina nie poinformowała jej o zgonie człowieka. Postanowiłem nie być taki i dałem jej znać, że Gieni już nie ma. Po ósmej znajduję w komórce numer do pani Zosi, ostatniej z żyjących babcinych koleżanek. Nie pamiętam skąd go mam i od kiedy, ale sprawdzam, czy jest aktualny. Był. Odbiera córka pani Zosi. Rozmawiamy przez chwilę. Matki na pogrzeb raczej nie puści, bo przy dziewięćdziesiątce pamięć głowa zaczęła jej szwankować i z zachowaniem równowagi ma problemy, ale dziękuje za pamięć i jeśli będzie mogła, przyjdzie sama. O pół do dziewiątej wychodzimy z mamą do autobusu. Sporo za wcześnie, ale na dworze jest ciepło, słonecznie, babci już w mieszkaniu i tak nie ma, więc spokojnie możemy posiedzieć dłużej na przystanku. A tu niespodzianka. Lonia-krawcowa była w Biedronce i po zakupach przyszła poczekać na swój autobus komunikacji miejskiej. Zupełnie zapomniałem, że została jeszcze ona, najmłodsza (w wieku mojej mamy albo niewiele starsza) koleżanka babci z pracy w szpitalnej pralni. To nie była jakaś bliska znajomość, nie na tyle, by odwiedzać się po domach, ale przy spotkaniach na mieście obie z babcią chętnie przystawały, by uciąć dłuższą pogawędkę. W ostatnich latach mnie się to w sumie też zdarzało, bo dość często mijaliśmy się przy okazji zakupów w pawilonie (obecnie Gama, dawniej Nemezja).
– I co tam słychać nowego? – pyta pani Lonia.
– Nie ma już Gieni… – odpowiadam i głos mi się łamie przy imieniu babci.
Mama odjeżdża planowo, o dziewiątej, ja siedzę na przystanku z panią Lonią jeszcze dwadzieścia minut, czekając na jej elektryczną piątkę.
Później idę na cmentarz zrobić lekkie porządki u dziadka. Wyrzucam zimowe gałęzie choinki, przestawiam donicę i znicze-latarenki za sąsiedni grób. Przetarłem nawet płytę pomnika. Do domu wracam o dziesiątej. Przez chwilę zastanawiam się nad drzemką, ale właściwie nie jestem senny. Dzwonię do mamy. Później do mnie dzwoni z Białegostoku Kazik, syn babcinej przyjaciółki, złożyć kondolencje i powiedzieć, że postara się przyjechać z żoną w piątek. Lubił babcię, a babcia lubiła jego, więc chciałby ją pożegnać jako przedstawiciel rodziny.
– Siostry nie mają najlepszego zdrowia. Młodsza w zeszłym roku pochowała córkę. Ze Szczytna mają bliżej, ale dla nich to już za ciężka podróż. Dla mnie trzy godziny jazdy to nie jest tak dużo.
– To może na obiad zostaniecie po pogrzebie? – pytam.
– Dziękuję, ale nie. Chciałbym wrócić do Białegostoku przed zmrokiem.
Rozmawiamy długo, wspominając babcię i nasze pierwsze (i jedyne zarazem) spotkanie, z którego zapamiętałem jedynie, że babcia obsadziła mnie w roli przewodnika i wysłała z gościem do dużego kościoła, żebym pokazał, jak wygląda w środku.
Przed dwunastą dzwonię ponownie do mamy przekazać nowiny. Wraca temat stypy, czy chociaż jakiegoś drobnego poczęstunku (kawa, ciasto) w „Zajeździe pod zamkiem”. Ale że w sumie nadal nic pewnego nie wiemy, ostatecznie postanawiamy improwizować.
– Chce mama Aldonkę, czy tych innych zapraszać na jakiś poczęstunek?
– Nie bardzo.
– To się jutro kupi u Mistrza Jana jakieś ciasto i zaprosimy Kazika do domu. Będzie miał czas i chęć to zajdzie. W dwie dodatkowe osoby zmieścimy się w pokoju.
– Tych naszych też trzeba uwzględnić.
– Pawła i Barbarę?
– Tak. Będę przecież wracała z nimi na wieś.
– Na kanapie, dwóch fotelach, tapczaniku… jakoś się pomieścimy i z nimi.
Reszta dnia to już tylko drobne porządki³, pranie i nieintensywne netowanie.
______________
¹ Tu miało paść kilka soczystych inwektyw pod adresem kuzynki (Kaśki), ale nie będę Stanleya zawstydzał, że się gorzej wyrażam o wnuczce własnej babki, niż on o ukochanym szwagrze. Bo nie, to nie jest tak, że ludzie dostają to, na co zasłużyli, zapracowali. Gienia na pewno nie zapracowała na wnuczkę, która przestała o niej pamiętać, gdy już nie można było do nas przyjechać w wakacje i wyciągnąć kasę na paliwo na podróż w obie strony (a czasem też coś ekstra typu tydzień pobytu nad morzem).
² Na drzewie genealogicznym dość odległa rodzina – córka ciotecznego brata dziadka. Jej babka była siostrą mojej prababki. Mama bardzo lubiła jej rodziców (mieszkali w tym samym bloku co babcia), ale za samą kuzynką nie bardzo przepada.
³ Podstawki pod donice (te na balkon), których nie mogłem nigdzie znaleźć, okazały się stać najzwyczajniej w świecie na strychu, pod nieużywanymi doniczkami z piachem. Nie mam pojęcia, jakim cudem wczoraj tego nie zauważyłem.



