Babka jest średnio zainteresowana śniadaniem. Jabłecznika też zjadła niewielki kawałek. Obiadu już nawet nie szykuję (dla siebie mam gar nieruszonej owsianki z wczoraj), bo szkoda fatygi.
Na dworze mróz, -5°C i z wieczorem robi się biało. Przez okno tego śniegu wyglądało cieniutko, więc wychodzę na śmietnik jeszcze w sandałach. Błąd, bo na chodnik nawiało już tyle białego puchu, że przemoczyłem skarpety. A za powrotem spotkała mnie dodatkowa przykra niespodzianka w postaci braku chęci do współpracy ze strony domofonu. Kluczy oczywiście z sobą nie wziąłem. Gdyby nie młoda sąsiadka wracająca z jazgotliwym pieskiem¹ musiałbym chyba stukać do okien mieszkań na parterze z nadzieją, że ktoś wyjdzie i wpuści mnie do bloku. Młoda (17 l., rocznik Kunegundy) na szczęście miała przy sobie komórkę (błogosławione pokolenie, które nigdzie nie rusza się bez telefonu!), więc wystarczyło jej zadzwonić do matki.
W sumie mogłoby być lepiej, ale tragicznie też nie było.
A babce zostało do setki 365 dni.
Dzień #3218.
____________
¹ Pokraczny kundel, paskudztwo na koślawych łapach, dla zmyłki zwane Puszkiem, który oczywiście (jak zawsze) zechciał mnie obszczekać.



