Poranek pochmurny, deszczowy. Po południu rozpogadza się, ale temperatura nawet w słońcu jest umiarkowana. 16°C.
Do biblioteki wychodzę przed obiadem i więcej rozmawiam z panią Barbarą, niż zajmuję szukaniem nowej lektury. Zwłaszcza, że Ale w tym tygodniu i tak będę musiał jeszcze raz się do niej biblioteki pofatygować, bo na tom mojego przetrzymanego Cobena czekają już w kolejce, więc tym razem wystarczy mi sama wizyta i cienki egzemplarz tomik „Raptularza” Urszuli Kozioł. Z zamku nie wracam od razu do domu, zachodzę jeszcze na Lanca po trzy kolejne notesy. Tanie i ładne, to niech leżą w szafie i czekają w zapasie, może kiedyś się do czegoś przydadzą.
W nocy po wyrzuceniu śmieci odwiedzam stary ogródek i z jabłonki dziadka, która w tym roku obrodziła wyjątkowo obficie, ale drobnym owocem, zrywam reklamówkę jabłek na kompot. Kawa ostatnio jakoś słabo mi idzie i zwłaszcza na kolację potrzebuję czegoś smaczniejszego do picia.
Posts Tagged ‘nieznajomy’
Dzień sześćdziesiąty ósmy (niedziela)
Posted in Lepszy rydz niż nic, Łatka, tagged dialog, kot, nieznajomy, pogoda, spacer, tricolor, z przypisem on 16 lipca 2023| 22 Komentarze »
Noc jest ciepła. Temperatura nie spada poniżej 20°C. Ze wschodem słońca zaczyna się powoli podnosić, do 33°C przynajmniej. Szczęściem niebo nie jest przejrzyście błękitne, chmurzy się lekko, co chroni mieszkanie przed nadmiernym przegrzaniem i pozwala utrzymać w pokoju średnio przyjemne, ale nie tragiczne 27°C. Wiatr w którymś momencie późnego popołudnia przywiewa nawet krótki, nieintensywny deszczyk, więc w sumie upał nie daje się zbyt mocno we znaki.
Po obiedzie (przysmażone ziemniaki, zsiadłe mleko) ucinam sobie dłuższą drzemkę. Na spacer wychodzę dopiero przed północą i wracam później, niż powinienem, bo na wysokości miejskiego targowiska zostałem zaatakowany przez spragnioną towarzystwa trójkolorową kotkę. Tak mi się stworzenie plątało pod nogami, że musiałem zrobić postój na najbliższej ławce i głaskać ją przynajmniej przez kwadrans. Obawiałem się deko, że młoda tricolorka zechce mi towarzyszyć aż do domu, bo po solidnej porcji karesów nadal za mną drepcze, ale zostałem porzucony po dojściu do bramy ogrodów działkowych, więc widocznie tylko przez kawałek szliśmy w tym samym kierunku. Już pod blokiem mam jeszcze jedno niecodzienne spotkanie. Przechodzący ulicę młody mężczyzna z wiadrem¹ zatrzymuje się na mój widok i zaczepia mnie pytaniem:
– Ma pan może chleb?
– Chleb? – powtarzam zaskoczony.
– Albo bułkę.
– Mam jeszcze w domu trochę chleba.
– A mógłby się pan podzielić? Bo mam coś smacznego do chleba.
– Podzielić się…? Dobrze. Proszę zaczekać.
Kawałek chleba w chlebaku jest jeszcze mniejszy, niż myślałem, właściwie to trochę grubsza piętka, ale jeśli człowiek jest autentycznie głodny…
– Niestety więcej nie mam – mówię, wręczając nieznajomemu przyniesioną kromkę.
– Dziękuję. A nie wie pan, czy można gdzieś teraz kupić frytki? – człowiek zaskakuje mnie po raz kolejny.
– Frytki? O tej porze raczej wątpię.
_________
¹ Dokładniej z białym dziesięciolitrowym pojemnikiem, opatrzonym jakąś nieczytelną w świetle latarni etykietą. W sumie młodość zaczepiającego też bardziej słyszę w głosie, niż widzę i facet z równym powodzeniem mógł mieć lat dwadzieścia, jak i czterdzieści.



