Środa, 20 sierpnia 2014
Poranek normalny: śniadanie, leki, zakupy. Przed jedenastą przyjeżdża mama, a ja szybko gonię po pierogi do „Ireny”. Wybór jest spory. Biorę po piętnaście sztuk (ok 30-40 dkg) z każdego wegetariańskiego rodzaju.
Za kwadrans dwunasta wychodzę na dworzec. Mam blisko, nie spieszę się. Nawet jeszcze przez chwilę rozmawiam z sąsiadką w drzwiach na klatkę schodową („Był pan może na cmentarzu, na grobie Ireny? Ponoć cały założony jakimiś starymi wieńcami”). A później pstrykam fotki po drodze.
Na dworcu jestem sporo przed czasem. Budynek w kapitalnym remoncie. Jeśli wierzyć wizualizacji po przebudowie stanie się prawdziwą wizytówką miasta.
Na drugi peron wjeżdża pociąg z Węgorzewa. Fotografuję z myślą o znajomych maniakach transportu pasażerskiego.
Wagony składu leciwe i jakieś takie obskurne, więc pewnie zabytkowe. Dodatkowa atrakcja dla turystów korzystających z otwieranej tylko na czas wakacji linii?
Wreszcie jest pociąg z Gdańska.
Moich gości w niezbyt gęstym potoku wysiadających lokalizuję z daleka, baz najmniejszych problemów. Abramasia tradycyjnie w odcieniach zieleni. Nie zmieniła się wiele od naszego ostatniego spotkania. A Stephen wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciach, które widziałem na FB.
Idziemy niespiesznie do domu zostawić bagaże.
Później jest obiad. Rozmowy. Abramasi wystarcza, że słucham, więc nie muszę się martwić o temat konwersacji. Stephen więcej milczy, nie czując się pewnie ze swoją znajomością polskiego.
Mama jest lekko zaaferowana. Babce ze zdenerwowania (że zacznie kaszleć i będzie przeszkadzać) aż ciśnienie się podniosło.
Po godzinie zabieram gości na spacer po mieście. Zaczynamy od powrotu na dworzec celem kupna biletu na dalszą podróż.
Później jest powrót na stare miasto, bazylika św. Jerzego, oglądanie Kętrzyna z kościelnej wieży.
Pierwszą część zwiedzania wieńczymy deserem w „Kardamonie”. Biorę mrożony nugat w piernikowej otoczce z sosem z czarnej porzeczki. 50% atrakcyjności w opisie. Abramasia decyduje się na sorbet (truskawkowy?), a Stephen na kawałek kętrzyńskiego piernika (porcja zdecydowanie zbyt mała). Przy wizycie z Bolevitchem było smaczniej. Siedzimy za to wygodniej, bo na kanapie. Rozmawiamy o życiu w Anglii, wspólnych znajomych. Tak gdzieś przez godzinę.
W drugiej część spaceru pokazuję gościom amfiteatr. Później mijamy jeziorko i zahaczając o schrony przy rondzie Solidarności zaglądamy do Stada Ogierów.
Ostatnia godzina (18-19) to spokojny odpoczynek w mieszkaniu i kolacja. Przydały się naleśniki nasmażone rano przez mamę. Po dziewiętnastej wychodzimy na dworzec. Dostaję jeszcze przed pożegnaniem słoik angielskiej marmolady w prezencie (sam nie pomyślałem, by coś przygotować dla gości). I już na dworze trójwymiarową kartkę z szermierzami Eadwearda Muybridge’a.





















