Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘2026.01.10’

IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Wyruszyliśmy na Litwę we wtorek 20 lipca wczesnym rankiem. Pobudka – 5:00, wyjazd z Kętrzyna godz. 5:50. Po drodze zatrzymaliśmy się w Sejnach na ostatnie zakupy – słońce prażyło umiarkowanie, więc panie doszły do wniosku, że cukierki czekoladowe i polska kiełbasa będą w stanie przetrzymać te kilka godzin w bagażniku. I trzeba było jeszcze wymienić w kantorze kilka stówek na lity (przelicznik – jak wspominałem – 1.33 złotego za 1 lita).

Człowiek rozsądny, jadący samochodem w daleką, nieznaną trasę, powinien zaopatrzyć się w porządną mapę czy samochodowy atlas. My mieliśmy do dyspozycji coś wydanego w schyłkowych latach PRL-u. Tylko dzięki wszechobecnym informacyjnym znakom drogowym prawie bez problemów (drobne kłopoty z wyjazdem z Suwałk) udało nam się dotrzeć do przejścia w Ogrodnikach. Po pięciu minutach odprawy granicznej (kuzyni jadą na stare dowody osobiste) i stracie godziny czasu (przestawiamy zegarki z 9 na 10) wjechaliśmy na dawne ziemie Rzeczypospolitej Polskiej. Od razu można było odczuć różnicę – Litwini mają drogi bez porównania lepsze od polskich. Zabudowa wsi też jest inna – widzi się sporo przedwojennych drewnianych domów i utrzymanych w podobnym stylu murowanych z białej cegły. Opuszczone, zrujnowane kołchozy (czy sowchozy?) przypominały mi lekko mazurskie popegerowskie zbudowania. Najbardziej jednak uderzające były litewskie rzeźbione przydrożne krzyże. Widać tradycja rzeźby w drewnie jest u nich nadal dość żywa, bo na cmentarzach spotkałem później podobnie ciekawe krzyże-kapliczki.

Na naszej mapie w części litewskiej zaznaczone były tylko miasta powyżej 50 tys. mieszkańców, ale że pruliśmy główną drogą (szeroką, prostą, gładką) do Wilna, wystarczyło kierować się drogowskazami. Schody zaczęły się dopiero przy wjeździe do stolicy. Bo nie tak łatwo trafić do poszukiwanej dzielnicy kierując się wyłącznie wskazówkami osiemdziesięcioletniej przewodniczki. Mówiłem – „Zatrzymajmy się w Alytus i kupmy w księgarni plan Wilna” (w Polsce nigdzie nie mogłem znaleźć). Ale oczywiście nikt nie chciał mnie posłuchać! Kasy szkoda na plany miasta! Przed wyjazdem jeden z babki bratanków udzielił jej telefonicznie potrzebnych wskazówek – „Musicie trzymać wieżę telewizyjną po prawej stronie”. Babka, z przejęcia chyba, kazała nam trzymać się z lewej strony wieży, w związku z czym zgubiliśmy się lekko. Sytuacja nieco stresująca – robimy duże koło, wieża telewizyjna niezmiennie majaczy po lewej stronie, a Wirszuliszek jak nie było widać, tak i nie widać. Babka się denerwuje – „Trzeba zatrzymać jakiegoś taksówkarza. – powtarza bez przerwy – Taksówka pojedzie przodem i nas doprowadzi na osiedle.” Ale tu i taksówki akurat jak na lekarstwo. Tuż przed wyjazdem kuzynom komórka padła i przedzwonić do wileńskiej rodziny też nie ma z czego. Stanęliśmy wreszcie w jakiejś bocznej uliczce zasięgnąć informacji u tubylców. Okazało się, że jedziemy prawie dobrze. Tyle, że po obwodzie i dojeżdżamy do Wirszuliszek z drugiej strony. Przy wjeździe do Wilna wystarczyło skręcić w lewo i po jakich 10 minutach bylibyśmy na miejscu, a tak dotarcie pod blok zajęło nam prawie godzinę. Przygoda powtórzyła się, gdy wracaliśmy do Polski. Wydawało się rodzinie, że wystarczy przejrzeć plan miasta w supermarkecie i poradzą sobie bez problemów. Figa z makiem. Pół godziny krążyliśmy po jakichś obwodnicach zanim w końcu trafiliśmy na w miarę właściwą drogę dzięki wskazówkom Rosjanina ze stacji paliw.

Read Full Post »

IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Jedno trzeba powiedzieć od razu – nasza zagraniczna eskapada była słabo przygotowana. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy z babką, czy kuzyni zechcą pojechać na Litwę i ile dni mogą poświęcić poznawaniu turystycznych atrakcji i rodziny. Dopiero w niedzielę wieczorem (Kaśka z mężem i synem zjawiła się około 11.15) babka przedzwoniła do Wilna spytać, czy może zwalić się bratankom na kark z gromadą wnuków. W poniedziałek przyjechała do Kętrzyna mama i kobiety zaczęły się zastanawiać nad doborem prezentów dla rodziny. Komplet pościeli dla zapewniających nam nocleg – OK. Na Litwie kosztowałaby drożej niż w polskiej hurtowni. Piwo (Żywiec) i „Żubrówka” dla bratanków – ujdzie. Mają na Litwie co prawda własną „Żubrówkę” po sklepach, ale polski alkohol, dla odmiany, jako rodzaj zagranicznej atrakcji pasuje.

Tak a propos alkoholi – piłem już bimber z kilku źródeł: Bimber mazurski (dziadek po mieczu pędził czasem w kuźni), zwany pieszczotliwie przez rodzinę likierkiem, z powodu specyficznego zapachu. Bimber warszawski (czy też raczej grójecki) – paskudztwo, którego jeden kieliszek ledwo przeszedł mi przez gardło. Bimber beskidzki (weselny, w czasie swojej wojskowej przygody) nie różniący się prawie niczym od monopolowej. I powiem tak – na Litwie to dopiero potrafią pędzić! Pijam alkohole naprawdę rzadko, gdy trafię do odpowiedniego towarzystwa (nienawidzę picia w domu ze starymi, dlatego przy wszelkich świętach i rodzinnych spędach ograniczam się do jakiegoś półsłodkiego wina) i nie powiem, żebym miał jakiś tęgi, odporny na działanie wódy łeb. W Wilnie, przy zapoznawczej kolacji, waliłem kielich księżycówki za kielichem, popijając na dokładkę gorzałkę piwem. A na drugi dzień, zgodnie z zapowiedziami rodziny (że po litewskiej samoróbce głowa nie boli) wstałem wczesnym rankiem bez śladu najmniejszego nawet kaca.

Wracając do prezentów – baby niepotrzebnie nakupiły kawy i herbaty. Takie same gatunki, co u nas można kupić prawie w każdym większym litewskim sklepie. Odrobinę drożej oczywiście, ale można. Jak już wspominam o cenach – przy przeliczniku 1,33 złotych za 1 lita mało co jest na Litwie tańszego niż u nas. Nie wiem jak ci ludzie sobie radzą, bo przy wyższych cenach za żywność i ubranie, mają mniejsze pobory niż w Polsce. Z ciekawych rozbieżności (na korzyść Litwinów) – doba na strzeżonym parkingu w Wilnie kosztowała ok. 10 złotych (dokładnie 8 litów, czyli 10,64 zł), czyli tyle samo, co godzinny postój samochodu na parkingu w Mrągowie (nawet trwającym właśnie Piknikiem Country nie można wytłumaczyć takiego przebicia!). W jednej z wileńskich księgarni widziałem bardzo ładne wydany tomik „Sonetów” Szekspira za 8 litów (10,64 zł) – u nas po 20 zetów trzeba płacić za sztywne oprawy szekspirowskich dramatów. Jednotomowe wydanie „Władcy Pierścieni” Tolkiena (twarda, lakierowana oprawa ) – 18 litów (23,99 zł) –– rzecz co prawda po rosyjsku, ale w Polsce 49 zł kosztuje wydanie Zyska w oprawie broszurowej. Ale przy tańszych książkach zwykłe widokówki, kosztujące w Polsce 50 groszy, w litewskich supermarketach stoją po licie.

Jednak znów odbiegłem od tematu. Gdyby babka się zastanowiła, to zamiast kaw i herbat kupilibyśmy kilka flaszek spirytusu. W sklepach litewskich tego napoju nie uświadczysz.

We wrześniu ubiegłego roku załadowaliśmy chyba z pięć flaszek spirtu najstarszemu z bratanków babki (w Wilnie mieszka ich trzech), który odwiedził nas w Kętrzynie. Na różne nalewki domowej roboty przydałby się i teraz.

Ciąg Dalszy Nastąpi

Read Full Post »

IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Czyli niewielki wstęp historyczno-rodzinny

W kilku (zresztą zaraz się okaże, czy zdołam) słowach wyjaśnię, skąd mój ubiegłotygodniowy pierwszy zagraniczny (jednodniowej wycieczki do śp. Czechosłowacji nie ma chyba co liczyć) wyjazd. Nie pamiętam, czy wspominałem na blogu, ale pochodzę z mieszanej polsko (po ojcu) litewskiej (ze strony mamy) rodziny. Do 1939 roku rejon Święcian z wysuniętym w stronę Białorusi miasteczkiem Hoduciszki miasteczkiem należał do Polski. Dziadek wraz z trzema braćmi i siostrą prowadził tam około 23 ha gospodarstwo. Zajmowali się głownie ogrodnictwem (jabłka, pomidory) i powodziło im się na tyle dobrze, że mogli sobie pozwolić na ciężarówkę i jedyne w okolicy radio marki Philips. Potem była wojna i pierwsza okupacja radziecka. Jeden z braci dziadka zginął gdzieś pod Modlinem. Drugiego w listopadzie zabrało NKWD i ślad po nim zaginął. W 1940 roku rodzina została rozkułaczona i wywieziona do Kazachstanu. Dziadkowi udało się – jako, że był w tym czasie poza domem – uniknąć tej atrakcji. Niestety w kilka lat później, już za drugiej okupacji radzieckiej, miał mniej szczęścia i w 1951 trafił razem z żoną i dwójką dzieci na Syberię. Po śmierci Stalina była jakaś amnestia i jako przedwojenny obywatel Polski uzyskał możliwość wyjazdu za granicę. Wszelkie starania o prawo osiedlenia się na Litwie zawiodły, więc styczniu 1957 roku wylądował na Mazurach, gdzie osiedlił się wcześniej (też wypuszczony z Syberii) jeden z jego kuzynów (z Białoruskiej części rodziny). W okolicach Hoduciszek pozostała liczna rodzina dziadków.

Teraz, korzystając z faktu, że Kaśka ma własny samochód i dwa wolne miejsca w tymże, babcia postanowiła zabrać wnuki (ja – najstarszy wnuk po córce, kuzynka – jedyna wnuczka po synu) i pokazać nam rodzinne swoje strony oraz przestawić litewskim krewnym. W Wilnie zatrzymaliśmy się na dwa dni u bratanków babki, a potem pojechaliśmy na wieś, do rodzinnego domu dziadka, gdzie gospodaruje teraz wdowa po jego bracie z córką-nauczycielką. Dom został w 1940 przejęty przez władzę radziecką, ale w 1945 czy 1946 udało się go odzyskać, lekko zdewastowany co prawda (mieściła się w nim szkoła i jakiś klub kultury) i ogołocony z wszelkich sprzętów, ale jednak. Jeśli już wspominam o meblach – drobna ciekawostka. Dziadek (i jego bracia) dorobili się przed wojną porządnego dębowego kompletu mebli – stół plus cztery krzesła. W przedwojennych czasach widać w tamtych okolicach krzesła były niezłą rzadkością (korzystano przeważnie ze zwykłych stołków?) skoro sąsiedzi, spodziewając się księdza po kolędzie, zawsze pożyczali jedno, żeby było na czym usadzić proboszcza. W 1940 roku jedno z tych dębowych krzeseł było właśnie w pożyczkach. Dzięki temu włada radziecka zarekwirowała komplet lekko niekompletny, a rodzinie została taka drobna pamiątka niegdysiejszego bogactwa.

+

Poranna rozmowa z Jerzykiem na GG

Ja:

Buuuu… : ( Chyba mój blog przestał być czytany :(  Zero nowych komentarzy.

Apollo/Jerzyk:

< olaboga > Musisz dać coś nowego i fajnego.

Ja:

Nowe będzie na pewno, ale czy fajne… Piszę, na co mam ochotę.

Apollo/Jerzyk:

< hahaha >

Ja:

No trudno. Widać czytelnicy się znudzili.

+

(specjalnie dla Sojuza :P)

Może sam (nawet bardziej na pewno, niż może) jestem nieudacznikiem, ale mogę się pochwalić kuzynem (wnuk starszego brata mojego dziadka) – znanym litewskim poetą, który ma swoją własną rubrykę (omówienie nowości wydawniczych) w jednym z litewskich tygodników literackich i tłumaczył z angielskiego m.in. Charlesa Bukowskiego :)

Read Full Post »

IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Wieczór spędziłem na rozmowach via GG i nadrabianiu zaległości w lekturze. Kilka godzin i wyszedłem na prostą. Od jutra mogę wzorem Sojuza zaczynać relację z pobytu za granicą.

Read Full Post »

IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Po wczorajszym odpoczynku i całodziennym (no… powiedzmy) sprzątaniu w chacie włączyłem wieczorem komputer… i kaplica. Nic nie chce działać, jakieś komunikaty w poczcie mam, że dysk mi zawirusowało, noż wnerwiłem się niezmiernie. Zamiast spokojnego czytania – skanowanie kompa (które nic nie dało) i próby utrzymania chociaż GG na chodzie. Z trudem udało mi się wrzucić komunikat o powrocie do sieci na Hydepark Gejowa i zajrzeć na chwilę na kilka stron. Walpurg mnie wkurzył – żal „Labas vakaras”, czyli „dobry wieczór”. pomieszany z pretensją – swoim posunięciem. Dość mam już tych znikających blogów (po litewsku blogas to niedobry, zły :P). Zwłaszcza, że nie jestem w stanie pojąć powodów zamknięcia sklepiku. Znudziło się blogowanie, nie ma tematów, czasu czy chęci – to rozumiem. Ale żeby poszło o odmienne poglądy polityczno-historyczne autora i komentatorów… Tylko nakopać do dupy! Sojuz – zauważyłem (przeczytać jeszcze nie miałem kiedy) – opisuje swój wypad do Lwowa. Może ruszyć jego śladem i zrelacjonować czterodniowy pobyt na Litwie? Tyle, że babka powoli zaczyna mi obrzydzać całą (bardzo przyjemną) eskapadę. Jeszcze pół biedy, gdy snuje swoje opowieści o pobycie u rodziny wśród koleżanek i sąsiadek. Chociaż wysłuchiwanie po raz n-ty zachwytów nad siedmioletnią Barbarą (kuzynka któregoś tam odległego stopnia), która włada biegle litewskim, angielskim, rosyjskim i żydowskim (po rosyjsku faktycznie – lepiej niż jej osiemnastoletnia ciotka, z którą w ogóle nie można było się porozumieć), czy nad smakiem i grubością przywiezionej z litewskiej wsi (okolice Hoduciszek) słoniny doprowadza mnie do szału. Dziś było jej już mało znajomych bab, więc ściągnęła do chaty faceta (rolnika z podkętrzyńskiej wsi), który przywozi po blok mleko, żeby poczęstować go słoniną (trzy rodzaje – mocno wywędzona, wędzona lekko, zasolona), twarogiem (też litewskim, wiejskim) i chlebem. Do tego stały zestaw opowieści i oglądanie albumu ze zdjęciami. Koszmar!

Read Full Post »

IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ

Za mną wypad na Litwę i inne atrakcje. O 11 wyprawiłem gości w powrotną drogę na Śląsk. I normalnie jestem wykończony. Spać mi się chce (od tygodnia nie dosypiam), głowa boli (mam nadzieję, że podwójny Nurofen zadziała) – dokończę tylko ten komunikat i kładę się na godzinę albo dwie. W domu pobojowisku (w okolicach mego biurka wręcz burdel! – wczoraj przygotowywałem album z fotkami z litewskiej eskapady dla kuzynów), ale zostawię sprzątanie na jutro. Dziś nawet obiadu nie będę jadł (tak swoją drogą ciekawe ile przytyłem?), więc co wspominać o porządkach w chacie. Sprawdzanie, co nowego w Sieci, na HP Gejowa i w mojej poczcie też na razie odłożę. Mówiąc prawdę odzwyczaiłem się przez ten tydzień od komputera. I mając świeżo w pamięci przeżycia z ostatnich dni nie odczuwam potrzeby szukania dodatkowych wrażeń.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij