IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ
Wyruszyliśmy na Litwę we wtorek 20 lipca wczesnym rankiem. Pobudka – 5:00, wyjazd z Kętrzyna godz. 5:50. Po drodze zatrzymaliśmy się w Sejnach na ostatnie zakupy – słońce prażyło umiarkowanie, więc panie doszły do wniosku, że cukierki czekoladowe i polska kiełbasa będą w stanie przetrzymać te kilka godzin w bagażniku. I trzeba było jeszcze wymienić w kantorze kilka stówek na lity (przelicznik – jak wspominałem – 1.33 złotego za 1 lita).
Człowiek rozsądny, jadący samochodem w daleką, nieznaną trasę, powinien zaopatrzyć się w porządną mapę czy samochodowy atlas. My mieliśmy do dyspozycji coś wydanego w schyłkowych latach PRL-u. Tylko dzięki wszechobecnym informacyjnym znakom drogowym prawie bez problemów (drobne kłopoty z wyjazdem z Suwałk) udało nam się dotrzeć do przejścia w Ogrodnikach. Po pięciu minutach odprawy granicznej (kuzyni jadą na stare dowody osobiste) i stracie godziny czasu (przestawiamy zegarki z 9 na 10) wjechaliśmy na dawne ziemie Rzeczypospolitej Polskiej. Od razu można było odczuć różnicę – Litwini mają drogi bez porównania lepsze od polskich. Zabudowa wsi też jest inna – widzi się sporo przedwojennych drewnianych domów i utrzymanych w podobnym stylu murowanych z białej cegły. Opuszczone, zrujnowane kołchozy (czy sowchozy?) przypominały mi lekko mazurskie popegerowskie zbudowania. Najbardziej jednak uderzające były litewskie rzeźbione przydrożne krzyże. Widać tradycja rzeźby w drewnie jest u nich nadal dość żywa, bo na cmentarzach spotkałem później podobnie ciekawe krzyże-kapliczki.
Na naszej mapie w części litewskiej zaznaczone były tylko miasta powyżej 50 tys. mieszkańców, ale że pruliśmy główną drogą (szeroką, prostą, gładką) do Wilna, wystarczyło kierować się drogowskazami. Schody zaczęły się dopiero przy wjeździe do stolicy. Bo nie tak łatwo trafić do poszukiwanej dzielnicy kierując się wyłącznie wskazówkami osiemdziesięcioletniej przewodniczki. Mówiłem – „Zatrzymajmy się w Alytus i kupmy w księgarni plan Wilna” (w Polsce nigdzie nie mogłem znaleźć). Ale oczywiście nikt nie chciał mnie posłuchać! Kasy szkoda na plany miasta! Przed wyjazdem jeden z babki bratanków udzielił jej telefonicznie potrzebnych wskazówek – „Musicie trzymać wieżę telewizyjną po prawej stronie”. Babka, z przejęcia chyba, kazała nam trzymać się z lewej strony wieży, w związku z czym zgubiliśmy się lekko. Sytuacja nieco stresująca – robimy duże koło, wieża telewizyjna niezmiennie majaczy po lewej stronie, a Wirszuliszek jak nie było widać, tak i nie widać. Babka się denerwuje – „Trzeba zatrzymać jakiegoś taksówkarza. – powtarza bez przerwy – Taksówka pojedzie przodem i nas doprowadzi na osiedle.” Ale tu i taksówki akurat jak na lekarstwo. Tuż przed wyjazdem kuzynom komórka padła i przedzwonić do wileńskiej rodziny też nie ma z czego. Stanęliśmy wreszcie w jakiejś bocznej uliczce zasięgnąć informacji u tubylców. Okazało się, że jedziemy prawie dobrze. Tyle, że po obwodzie i dojeżdżamy do Wirszuliszek z drugiej strony. Przy wjeździe do Wilna wystarczyło skręcić w lewo i po jakich 10 minutach bylibyśmy na miejscu, a tak dotarcie pod blok zajęło nam prawie godzinę. Przygoda powtórzyła się, gdy wracaliśmy do Polski. Wydawało się rodzinie, że wystarczy przejrzeć plan miasta w supermarkecie i poradzą sobie bez problemów. Figa z makiem. Pół godziny krążyliśmy po jakichś obwodnicach zanim w końcu trafiliśmy na w miarę właściwą drogę dzięki wskazówkom Rosjanina ze stacji paliw.



